Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Sorilea powoli skinęła głową. Dotknęła palcami złotej tacy spoczywającej na stoliku i zaraz oderwała rękę. Twarz miała równie nieodgadnioną jak posąg, ale Cadsuane domyśliła się, że Alannę spotka jakaś nieprzyjemna niespodzianka następnym razem, gdy popuści cugle temperamentu albo pozwoli na te swoje arafeliańskie dąsy. Ale to nie miało znaczenia. Liczył się tylko chłopiec.
— Większość mężczyzn przyjmuje to, co im się daje, jeśli to dla nich atrakcyjne i przyjemne — stwierdziła Sorilea. — Kiedyś tak myśleliśmy o Randzie al’Thorze. Niestety, za późno, by, zmieniać ścieżkę, którą podążamy. Teraz on żywi podejrzenia wobec wszystkiego, co jest mu oferowane za darmo. Gdybym obecnie chciała, by on coś przyjął, udawałabym, że nie chcę, aby to dostał. Gdybym chciała znaleźć się blisko niego, udawałabym, że jest mi obojętne, czy w ogóle go jeszcze kiedyś zobaczę. — Spojrzenie jej oczu, podobnych do dwóch zielonych świdrów, po raz kolejny skupiło się na Cadsuane. Wcale nie starała się dostrzec, co się kryje w jej głowie. Ta kobieta wiedziała. Przynajmniej częściowo. Dość albo zbyt wiele.
A jednak Cadsuane czuła narastające podniecenie. Jeśli miała dotąd jakiekolwiek wątpliwości, że Sorilea ją bada, już się ich pozbyła. Tym bardziej że nikt nie sondował drugiej osoby w taki sposób, jeśli nie liczył na jakąś ugodę.
— Czy uważasz, że mężczyzna powinien być twardy? — spytała, ryzykując wiele. — Albo silny? — Tonem dawała dobitnie do zrozumienia, że sama widzi różnicę.
Sorilea ponownie dotknęła tacy; na jej wargach przelotnie zapełgał nieznaczny uśmiech. A może to było tylko złudzenie.
— Większość mężczyzn uważa, że te dwa określenia oznaczają to samo, Cadsuane Melaidhrin. Silne wytrzymuje, twarde się roztrzaskuje.
Cadsuane zrobiła wdech. Każdego ukarałaby srodze za podejmowanie takiego ryzyka. Ale ona nie była każdym, a zresztą czasami trzeba ryzykować.
— Ten chłopiec wprawia je w konfuzję — stwierdziła. — Powinien być silny, ale staje się coraz twardszy. Już jest zbyt twardy i nie przestanie twardnieć, dopóki coś go nie powstrzyma. Zapomniał już, co to śmiech, wyjąwszy śmiech dyktowany goryczą; nie zostało mu ani trochę łez. Jeżeli na powrót nie odnajdzie śmiechu i łez, świat stanie w obliczu klęski. On musi się nauczyć, że Smok Odrodzony to także ciało. Jeśli uda się na pola Tarmon Gai’don w takim stanie, to nawet jego zwycięstwo może się okazać równie ponure jak porażka.
Sorilea słuchała uważnie i milczała nawet wtedy, gdy Cadsuane skończyła mówić. Przyglądała się jej tymi zielonymi oczyma.
— W naszych proroctwach nie ma mowy o waszym Smoku Odrodzonym i waszej Ostatniej Bitwie — powiedziała w końcu. — Próbowaliśmy zmusić Randa al’Thora, by poznał swoją krew, ale obawiam się, że on postrzega nas jako jeszcze jedną włócznię. Jeśli jedna włócznia złamie się w twoim ręku, nie zatrzymujesz się, by ją opłakiwać, zanim ujmiesz następną. Być może ty i ja dążymy do celów, które wcale nie są tak bardzo od siebie odległe.
— Może i tak — zgodziła się dyplomatycznie Cadsuane. Cele, które dzieliła odległość równa dłoni, wcale nie musiały być podobne.
Nagle kobietę o pomarszczonej twarzy otoczyła łuna saidara. Mądra była tak słaba, że w porównaniu z nią Daigian wydałaby się co najmniej umiarkowanie silna. Ale z kolei siła Sorilei bynajmniej nie opierała się na Mocy.
— Jest taka jedna rzecz, którą być może uznasz za przydatną — oznajmiła. — Nie potrafię sprawić, by działała, ale potrafię utkać sploty, żeby ci ją pokazać. — I zrobiła tak, jak obiecała, tkając wątłe pasma, które wskakiwały na swoje miejsce i natychmiast topniały, zbyt słabe, by wywołać zamierzony skutek. — To się nazywa Podróżowanie — powiedziała.
Tym razem Cadsuane opadła szczęka. Alanna, Kiruna i inne wypierały się, jakoby przekazały Mądrym wiedzę o łączeniu kręgu tudzież wielu innych rzeczach, które tamte nagle jakby znikąd umiały, toteż Cadsuane założyła, że Aielom udawało się wyciągać je siłą z sióstr więzionych w namiotach. Jednak to...
Niemożliwe, powiedziałaby, a jednak nie sądziła, że Sorilea kłamie. Ledwie mogła się doczekać, kiedy sama wypróbuje splot, co wcale nie znaczyło, by natychmiast miała z niego skorzystać. Nawet gdyby wiedziała, gdzie znajduje się ten młody nikczemnik, to i tak musiała go zmusić, żeby do niej przyszedł. W tej sprawie Sorilea miała rację.
— To wspaniały dar — powiedziała powoli. — Nie dysponuję niczym porównywalnym, co mogłabym ci ofiarować w zamian.
Tym razem nie było wątpliwości, że na wargach Sorilei zakwitł przelotny uśmiech. Wiedziała znakomicie, że Cadsuane jest teraz jej dłużniczką. Ująwszy obiema dłońmi ciężki złoty dzban, ostrożnie napełniła dwa małe białe kubki. Czystą wodą. Nie rozlała ani kropli.
— Proponuję ci przysięgę wody — powiedziała uroczystym tonem, podnosząc jeden z kubków. — Dzięki niej staniemy się jednością i nauczymy Randa al’Thora śmiechu i łez. — Upiła łyk i Cadsuane zrobiła to samo.
— Jesteśmy związane jako jedna. — A jeśli się okaże, że ich cele wcale nie są takie same? Nie, żeby nie doceniała Sorilei jako sojuszniczki albo przeciwniczki, ale Cadsuane dobrze wiedziała, w jaki to cel należy uderzyć za wszelką cenę.
13
Niczym płatki śniegu na wietrze
Północny horyzont aż zsiniał od ulewnego deszczu, który całą noc chłostał wschodnią część Illian. Poranne niebo pełne ciemnych, skłębionych chmur ciskało groźby, a porywisty wiatr targał połami płaszczy i sprawiał, że sztandary zatknięte na szczycie grani, biały Sztandar Smoka i purpurowy Sztandar Światłości, a także kolorowe proporce szlachty z Illian, Cairhien i Łzy, głośno łopotały i trzaskały niczym baty. Wysoko urodzeni trzymali się razem, trzy stojące w sporych odległościach grupki ludzi w strojach lejących się od złota i posrebrzanej stali, w jedwabiach, aksamitach i koronkach, a jednak ich spojrzenia kryły zdenerwowanie. Nawet najlepiej wyszkolone wśród ich koni podrzucały łbami i wbijały kopyta w błotnisty grunt. Wiatr był zimny, a zdawał się jeszcze zimniejszy, jeśli go porównać z upałem, który przegnał tak niespodzianie, podobnie zresztą deszcz, zadziwiający po długiej nieobecności. Wszyscy, niezależnie od tego, z jakiego pochodzili kraju, modlili się dotąd, by ta okrutna susza nareszcie ustąpiła, nikt natomiast nie wiedział, co myśleć o tych bezlitosnych burzach, które nastały w odpowiedzi na ich modły. Niektórzy zerkali na Randa, kiedy im się zdawało, że tego nie widzi. Być może zastanawiali się, czy to nie on przypadkiem jest za wszystko odpowiedzialny. Zaśmiał się cicho, z goryczą, kiedy mu to przyszło do głowy.
Dłonią odzianą w skórzaną rękawicę poklepał po karku swojego karego konia, zadowolony, że Tai’Daishar nie okazuje nawet śladu zdenerwowania. To potężnie zbudowane, przypominające posąg zwierzę z całkowitym spokojem czekało na nacisk wodzy albo kolan, by zaraz ruszyć. Dobrze, że wierzchowiec Smoka Odrodzonego zdawał się równie zimny jak on sam, jakby obu unosiła Pustka. Mimo że w jego wnętrzu szalała Jedyna Moc, ogień, lód i śmierć, ledwie zauważał wiatr, który rozwiewał poły haftowanego złotem płaszcza i przeszywał na wskroś kaftan z zielonego jedwabiu gęsto zdobionego złotem, całkiem nieodpowiedni na taką pogodę. Rany w boku pulsowały boleśnie, zarówno ta stara, jak i nowe, rany, które nie miały się nigdy zagoić, ale to uczucie też było jakby odległe, jakby dotyczyło obcego ciała. Korona Mieczy mogła ranić obce skronie ostrymi czubkami miniaturowych ostrz ukrytych pośród złotych liści laurowych. Nawet skaza przepleciona z saidinem zdawała się mniej dokuczliwa niźli kiedyś; nadal obrzydliwa, ale niegodna już uwagi. Co innego wzrok arystokratów utkwiony w jego plecach, namacalny niczym dotyk: