Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Ścieżka Sztyletów
Ścieżka Sztyletów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ścieżka Sztyletów

Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:

Ścieżka Sztyletów
1 ... 90 91 92 93 94 95 96 97 98 ... 197
Перейти на страницу:

Kiedy okrzyki zaczęły cichnąć, mężczyzna o pociągłej twarzy powiedział:

— Rozumiesz teraz? — Urwał, by odchrząknąć, po czym zasępił się i splunął, może był chory na płuca, a może tylko dla podkreślenia wagi swoich słów. Żałosny widok, cały przemoczony i zardzewiały, ale kręgosłup miał równie prężny jak cięciwę. Ignorował wściekłe spojrzenie Randa z równą łatwością jak Gregorina. — Żądasz od nas, abyśmy wracali do domów nieuzbrojeni, niezdolni bronić ani siebie, ani naszych rodzin, gdy tymczasem twoi ludzie palą, kradną i zabijają. A wszak powiadają, że nadciąga burza — dodał i wyraźnie się zdziwił, że to powiedział. Zdziwił i na chwilę stracił kontenans.

— Ci Aielowie, o których słyszeliście, to moi wrogowie! — Nie pajęczyny z płomieni tym razem, tylko lite płachty furii oplotły się ciasno wokół Pustki. A jednak jego głos przypominał lód, ryczał niczym mróz trzaskający w sercu zimy. Nadchodziła burza? Światłości, to on przecież był tą burzą! — Moi Aielowie polują na nich. Moi Aielowie polują na Shaido, oni też, do spółki z Davramem Bashere’em i większością Towarzyszy polują na bandytów, jakkolwiek by się oni nazywali! Ja jestem królem Illian i nikomu nie pozwolę burzyć pokoju w nim panującego!

— Zakładając, że to, co mówisz, jest prawdą... — zaczął pociągła twarz.

— To prawda! — żachnął się Rand. — Macie do południa czas na podjęcie decyzji. — Mężczyzna skrzywił się niepewnie; mógł mieć trudności z rozpoznaniem południa, o ile te skłębione chmury nie poznikają. Rand nie uspokoił go. — Decydujcie rozsądnie! — dodał. Zawróciwszy Tai’daishara, spiął ostrogi i pogalopował w stronę grani, nie czekając na pozostałych.

Niechętnie uwolnił Moc, zmusił się, by nie czepiać się jej, niczym człowiek, który czepia się paznokciami zbawienia, a wtedy jakby całe życie i cały brud wyciekły zeń równocześnie. Przez chwilę widział podwójnie, świat zdawał się kołysać mdląco. Te kłopoty pojawiły się ostatnio i martwiło go, że może to być początek choroby, która zabijała przenoszących mężczyzn, jednak zawroty głowy nigdy nie trwały dłużej jak kilka chwil. To całej reszty, jaką tracił, puszczając Źródło, żałował. Świat zdawał się bezbarwny, jałowy. Nie, nie zdawał się, on naprawdę tracił barwy i jakimś sposobem równocześnie malał. Kolory stawały się wyblakłe, niebo robiło się mniejsze w porównaniu z tym, jakie było przedtem. Desperacko pragnął na powrót objąć Źródło i wydrzeć z niego Moc. Tak było zawsze, kiedy Moc go opuszczała.

Zanim jednak saidin zniknął, wściekłość znowu wezbrała i zajęła swoje miejsce; rozpalona do białości i paląca, niemal równie gorąca jak przedtem Moc. Już Seanchanie nie wystarczyli, jeszcze ci bandyci podszywający się pod jego imię? Śmiertelnie niebezpieczna dekoncentracja, na którą nie mógł sobie teraz pozwolić. Czy to Sammael wyciągał rękę zza grobu? Czyżby to on posiał Shaido, by kiełkowali niczym ciernie wszędzie tam, gdzie Rand położył dłoń? Dlaczego? Ten człowiek nie potrafił uwierzyć, że umrze. I jeśli połowa opowieści, jakie usłyszał Rand, była prawdziwa, to było ich więcej w Murandy, w Altarze i Światłość jedna wiedziała gdzie jeszcze! Wielu spośród Shaido pojmanych już do niewoli, opowiadało o jakichś Aes Sedai. Czyżby Biała Wieża też była zaangażowana? Czyżby Biała Wieża nie miała go nigdy zostawić w spokoju? Nigdy? Nigdy.

Zmagając się z furią, nie widział ani Gregorina, ani pozostałych, którzy zdążyli go dogonić. Kiedy dotarł na grań do oczekujących arystokratów, ściągnął wodze tak gwałtownie, że Tai’daishar stanął dęba, przebierając kopytami w powietrzu i rozbryzgując błoto. Tamci zaczęli wycofywać swoje wierzchowce, z dala od jego konia, z dala od niego.

— Dałem im czas do południa — obwieścił. — Pilnujcie ich. Nie chcę, żeby ci ludzie rozbili się na pięćdziesiąt mniejszych band i spróbowali chyłkiem umknąć. Będę w swoim namiocie. — Gdyby nie rozwiane na wietrze płaszcze, wyglądaliby jak kamienne posągi, wrośnięte w ziemię, od których żądał, by osobiście pełniły straż. W tym momencie nie obchodziło go, czy będą stali tutaj, dopóty nie zamarzną na kość albo się nie roztopią.

Nie mówiąc już ani słowa, zjechał przeciwległym zboczem grani, wyprzedzając dwóch odzianych na czarno Asha’manów i Illiańczyków niosących jego sztandary. Ogień i lód, a śmierć dopiero nadciągała. Ale on sam był stalą. Był stalą.

14

Wiadomość od M’Haela

Milę na zachód od grani rozciągały się już obozowiska — ludzie, konie, światła ognisk, targane wiatrem sztandary i nieliczne tylko namioty, zgrupowane podług narodowości albo Domów. Z daleka wyglądały jak rozlewiska spienionego błota poprzedzielane wstęgami wrzosowisk. Konni i piesi obserwowali mijający ich potok sztandarów Randa, ale równocześnie nie spuszczali z oka pozostałych, śledząc każdy ich ruch. Gdy jeszcze widzieli wokół siebie Aielów, wówczas czuli się jak jedna ogromna wspólnota, mieli bowiem coś, co ich scalało: nie byli Aielami i bali się Aielów, choć nie dopuszczali tej myśli do świadomości. Rand nie łudził się, że może liczyć na ich lojalność albo że bodaj pojmą kiedyś, iż przeznaczenia świata nie da się tak nagiąć, by mogli spokojnie realizować własne cele, zaspokajać żądze złota, sławy, władzy. Może zresztą nieliczni wiedzieli, jak się sprawy mają, ale takich była tylko garstka, większość szła za nim, ponieważ bali się go bardziej niż Aielów. A może nawet bardziej niż samego Czarnego, bo jedni w skrytości serca w ogóle nie wierzyli w istnienie Czarnego, innym zaś zwyczajnie nie mieściło się w głowach, że Czarny mógłby skorumpować świat jeszcze bardziej, niż to się już stało. Randa mieli na wyciągnięcie ręki i tylko dlatego godzili się poniekąd na uznanie jego roszczeń. Jakoś się z tym pogodził. Czekało go zbyt wiele bitew, by tracić siły na niemożliwą do wygrania. Póki go nie zdradzą i będą wypełniali rozkazy, da im spokój.

Jego obóz był największy: illiańscy Towarzysze wystrojeni w zielone kaftany z żółtymi mankietami, taireniańscy Obrońcy Kamienia w czarno-złotych kaftanach z bufiastymi rękawami oraz Cairhienianie reprezentujący ponad czterdzieści Domów, w ciemnych barwach; nad głowami niektórych kołysały się sztywne con. Gotowali przy osobnych ogniskach, osobno spali, osobno wiązali konie, bez końca na siebie wzajemnie czujnie spoglądając, a jednak stanowili oddział. Byli odpowiedzialni za bezpieczeństwo Smoka Odrodzonego i do swoich obowiązków podchodzili nadzwyczaj sumiennie. Każdy z nich mógł go zdradzić, ale nie wtedy, gdy inni patrzeli. Stare waśnie i nowe animozje ujawniłyby spisek, jeszcze zanim zdrajca przystąpiłby do jego realizacji.

Namiot Randa — ogromna spiczasta konstrukcja z zielonego jedwabiu, zdobna wizerunkami pszczół haftowanymi złotą nicią — należał pierwotnie do jego poprzednika, Mattina Stepaneosa i, rzec można, razem z koroną przypadł Randowi w schedzie po tamtym. Cały czas strzegł go krąg Towarzyszy w polerowanych stożkowatych hełmach, stojących ramię w ramię z Obrońcami w hełmach żebrowanych, z wygiętym brzeżkiem, oraz Cairhienianami w hełmach o kształcie dzwonów; mimo silnego wiatru wszyscy byli wyprężeni na baczność, z halabardami ustawionymi ukośnie, pod takim samym kątem. Żaden nawet nie drgnął, gdy Rand zatrzymał obok nich swego konia, to należało do służby, która natychmiast zaroiła się wokół, gotowa na każde skinienie jego i Asha’manów. Koścista kobieta w zielono-żółtej kamizeli stajennej z Królewskiego Pałacu w Illian odebrała od Randa wodze, a strzemiono przytrzymał mężczyzna obdarzony bulwiastym nosem, odziany w czarno-złotą liberię noszoną w Kamieniu Łzy. Gięli się przed nim w ukłonach, obrzucając się wzajem przypadkowymi ostrymi spojrzeniami. Boreane Carivin, krępa, bladolica Cairhienianka z wyniosłym spojrzeniem, podsunęła w jego stronę srebrną tacę pełną parujących ręczników. Obserwowała przy okazji dwoje innych służących, głównie dlatego, by sprawdzić, jak wypełniają swoje zadania, niż by odwzajemnić im się wrogim spojrzeniem. Ale była też w jej postawie pewna czujność. Służący, podobnie jak żołnierze, wiedzieli, o co toczy się gra.

1 ... 90 91 92 93 94 95 96 97 98 ... 197
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)