Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Ścieżka Sztyletów
Ścieżka Sztyletów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ścieżka Sztyletów

Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:

Ścieżka Sztyletów
1 ... 92 93 94 95 96 97 98 99 100 ... 197
Перейти на страницу:

— Jestem pewien, że nie musisz — zapewnił go Torval tępym głosem. Nareszcie ten krzywy uśmieszek zniknął z jego twarzy. Rozłożył ręce, niemal onieśmielony, wręcz przepraszając. Wyraźnie był przerażony. — M’Hael chciał cię tylko poinformować. Twoje rozkazy są odczytywane na głos codziennie, w ramach Porannej Odprawy, tuż po Wyznaniu Wiary.

— No i dobrze. — Rand nadal mówił zimnym głosem, bardzo się starając nie okazywać pogardy. Ten człowiek bał się swojego drogocennego M’Haela, nie Smoka Odrodzonego. Bał się, że jeśli swymi słowami ściągnie gniew Randa na głowę Taima, to wtedy Taim może zrozumieć to opacznie i jeszcze obrazi się na niego. — Bo zamierzam zabić każdego, który zbliży się do tych kobiet w Murandy. Macie robić to, co każę.

Torval skłonił się sztywno, mrucząc:

— Jak rzeczesz, Lordzie Smoku. — Pokazał nawet zęby w udawanym uśmiechu, ale marszczył przy tym nos, a ponadto usilnie unikał wzroku innych, udając jednocześnie, że wcale tego nie robi. Dashiva znowu zarechotał, a na twarzy Hopwila wykwitł nieznaczny uśmieszek.

Inaczej niż oni reagował Narishma, którego bynajmniej nie ubawił widok zakłopotanego Torvala. Patrzył na Randa, nie mrugając, jakby w całej tej sytuacji dostrzegał podteksty, które pozostali przeoczyli. Tak to już było, że na jego widok prawie wszyscy, a zwłaszcza kobiety, nabierali przekonania, że nie mają przed sobą nikogo szczególnego, ot, jeszcze jeden urodziwy młodzieniec... jednak w tych ogromnych oczach skrywała się niepokojąco głęboka wiedza.

Rand puścił Berło Smoka i otworzył list, zadowolony, że jego ręce nie trzęsą się aż tak mocno, by inni mogli to zobaczyć. Torval uśmiechnął się blado, kwaśno, niepomny niczego. Stojący pod ścianą Narishma przestąpił z nogi na nogę i poczuł, jak powoli opuszczało go napięcie.

W tym momencie na progu namiotu stanęła Boreane, wiodąc za sobą majestatyczną procesję illiańskich, cairhieniańskich i taireniańskich służących odzianych w stosowne liberie. Do każdego gatunku wina wyznaczono oddzielnego sługę, który niósł je w srebrnym dzbanie na srebrnej tacy, oprócz tego dwóch dźwigało srebrne puchary na gorący poncz i wina przyprawiane korzeniami oraz wspaniałe kielichy z dmuchanego szkła do innych trunków. Jeszcze innego, mężczyznę o zaróżowionej twarzy, w zielono-żółtej liberii, obarczono tacą, na której miano nalewać napoje, a ciemnoskóra kobieta w czerni i złocie była tam po to tylko, by obsługiwać dzbany. Przyniesiono także orzechy, kandyzowane owoce, sery i oliwki, przy czym również i te specjały wymagały usług oddzielnego służącego albo służącej. Wszyscy kolejno wykonywali ten sam rytualny taniec, zgodnie z instrukcjami Boreane kłaniali się albo dygali, podchodzili ze swym poczęstunkiem, po czym ustępowali miejsca następnym.

Rand wybrał wino zaprawiane korzeniami, po czym przysiadł na krawędzi stołu i zajął się listem, odstawiwszy nietknięty parujący puchar obok. Listu nie otwierał żaden zwrot powitalny czy wstęp. Taim nie znosił należnych Randowi tytułów, co, rzecz jastra, starał się zawsze jakoś skryć.

Mam honor donieść, że w Czarnej Wieży służy obecnie dwudziestu dziewięciu Asha’manów, dziewięćdziesięciu siedmiu Oddanych i trzystu dwudziestu dwóch Żołnierzy. Kilku, niestety, zdezerterowało, ich nazwiska zostały wymazane z rejestrów, ale na szczęście są to straty, które da się znieść.

W terenie działa obecnie aż pięćdziesiąt grup werbunkowych, z takim skutkiem, że na listach zaciężnych pojawiają się co dzień kolejne trzy albo i cztery nowe nazwiska. Za kilka miesięcy Czarna Wieża dorówna liczebnością Białej, tak jak przyrzekłem. Za rok Tar Valon zatrzęsie się w posadach pod naporem naszych szeregów.

To ja sam, osobiście, znalazłem ten krzew czarnych jagód. Niewielki to krzew i kolczasty, a jednak rodzi zaskakująco obficie.

Mazrim Taim
M’Hael

Rand skrzywił się, wyrzucając to... porównanie z krzewem czarnych jagód... ze swych myśli. Robili, co robili, bo tak było trzeba. A świat płacił za jego istnienie. Nieważne, że kiedyś miał zapłacić życiem za los świata — świat teraz ponosił koszty.

Ale istniały jeszcze inne powody krzywej miny. Trzech albo czterech nowych dziennie? Rokowania Taima były nazbyt optymistyczne. To prawda, że przy takim tempie za kilka miesięcy przenoszących mężczyzn będzie więcej niż Aes Sedai, ale z kolei nawet najmłodsza z sióstr miała za sobą wiele lat nauk. Nauk, w ramach których szkolono ją, jak rozprawić się z przenoszącym mężczyzną. Nie miał ochoty wyobrażać sobie, jak będzie wyglądać konflikt Asha’manów z Aes Sedai, które wiedzą, z kim mają do czynienia; niezależnie od wszystkiego trudno było oczekiwać innych rezultatów, jak tylko krwi i bólu. A poza tym celem Asha’manów nie miała być Biała Wieża, cokolwiek podejrzewał Taim. Dobrze jednak, jeśli takie było powszechne mniemanie, może ono skłoni Tar Valon do ostrożności. Asha’man nie musiał nic wiedzieć, wystarczyło, że potrafił zabijać. Asha’manów stworzono po to tylko, by zrobili, co trzeba, we właściwym miejscu i czasie. Pod warunkiem, że dożyją tej chwili.

— Ilu zdezerterowało, Torval? — spytał cicho. Podniósł puchar i upił łyk wina, jakby odpowiedź zupełnie go nie interesowała. Wino miało rozgrzewać, a jednak nie poczuł nic prócz gorzkiego posmaku imbiru, cynamonu i gałki muszkatołowej na języku. — Jakie są straty w trakcie szkolenia?

Od momentu, gdy wniesiono trunki, Torval stopniowo odzyskiwał kontenans, zacierał ręce i unosił brwi na widok gatunków win, demonstracyjnie okazując, że nieobce mu są najwyborniejsze smaki. Dashiva przyjął pierwsze lepsze wino, jakie mu podano, i teraz stał nieruchomo, wbijając ponury wzrok w zawartość pucharu. Torval wskazał najpierw jedną z tac, ale zaraz potem przekrzywił głowę, demonstrując, że jeszcze się namyśla. Znał jednak odpowiedź na pytanie Randa.

— Jak dotąd zdezerterowało dziewiętnastu. M’Hael kazał ich szukać, od razu zabijać i przynosić ich głowy, dla przykładu. — Porwał z tacy cząstkę kandyzowanej gruszki, wrzucił ją do ust i uśmiechnął się promiennie. — W tej chwili na Drzewie Zdrajcy wiszą trzy głowy, niczym jakieś owoce.

— To dobrze — odparł zimnym tonem Rand. Nie można ufać takim, którzy uciekli, zrobili to raz, mogli zrobić powtórnie, kiedy życie innych będzie zależało od nich. Poza tym nie wolno dopuścić, by wałęsali się na swobodzie, tamci ludzie ukrywający się w górach nawet całą gromadą byli mniej niebezpieczni niż jeden mężczyzna wyszkolony w Czarnej Wieży. Drzewo Zdrajcy? Taim był znakomity, jeśli chodziło o wymyślanie różnych nazw. Ale z kolei ci mężczyźni potrzebowali tego całego bagażu symboli, nazw, czarnych kaftanów i zdobnych szpilek, dzięki nim bowiem czuli się jednością. Dopóki nie nadszedł czas umierania. — Podczas najbliższej wizyty w Czarnej Wieży chcę widzieć głowy wszystkich dezerterów.

Kawałek gruszki, który właśnie wędrował do ust Torvala, upadł na podłogę, po drodze brudząc przód wykwintnego kaftana.

— Zbyt energiczne poszukiwania mogą spowolnić werbunek — powiedział powoli. — Wszak dezerterzy nie chwalą się głośno, kim są.

Rand tak długo patrzył mu w oczy, aż wreszcie tamten spuścił wzrok.

1 ... 92 93 94 95 96 97 98 99 100 ... 197
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)