Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
— Jestem pewien, że nie musisz — zapewnił go Torval tępym głosem. Nareszcie ten krzywy uśmieszek zniknął z jego twarzy. Rozłożył ręce, niemal onieśmielony, wręcz przepraszając. Wyraźnie był przerażony. — M’Hael chciał cię tylko poinformować. Twoje rozkazy są odczytywane na głos codziennie, w ramach Porannej Odprawy, tuż po Wyznaniu Wiary.
— No i dobrze. — Rand nadal mówił zimnym głosem, bardzo się starając nie okazywać pogardy. Ten człowiek bał się swojego drogocennego M’Haela, nie Smoka Odrodzonego. Bał się, że jeśli swymi słowami ściągnie gniew Randa na głowę Taima, to wtedy Taim może zrozumieć to opacznie i jeszcze obrazi się na niego. — Bo zamierzam zabić każdego, który zbliży się do tych kobiet w Murandy. Macie robić to, co każę.
Torval skłonił się sztywno, mrucząc:
— Jak rzeczesz, Lordzie Smoku. — Pokazał nawet zęby w udawanym uśmiechu, ale marszczył przy tym nos, a ponadto usilnie unikał wzroku innych, udając jednocześnie, że wcale tego nie robi. Dashiva znowu zarechotał, a na twarzy Hopwila wykwitł nieznaczny uśmieszek.
Inaczej niż oni reagował Narishma, którego bynajmniej nie ubawił widok zakłopotanego Torvala. Patrzył na Randa, nie mrugając, jakby w całej tej sytuacji dostrzegał podteksty, które pozostali przeoczyli. Tak to już było, że na jego widok prawie wszyscy, a zwłaszcza kobiety, nabierali przekonania, że nie mają przed sobą nikogo szczególnego, ot, jeszcze jeden urodziwy młodzieniec... jednak w tych ogromnych oczach skrywała się niepokojąco głęboka wiedza.
Rand puścił Berło Smoka i otworzył list, zadowolony, że jego ręce nie trzęsą się aż tak mocno, by inni mogli to zobaczyć. Torval uśmiechnął się blado, kwaśno, niepomny niczego. Stojący pod ścianą Narishma przestąpił z nogi na nogę i poczuł, jak powoli opuszczało go napięcie.
W tym momencie na progu namiotu stanęła Boreane, wiodąc za sobą majestatyczną procesję illiańskich, cairhieniańskich i taireniańskich służących odzianych w stosowne liberie. Do każdego gatunku wina wyznaczono oddzielnego sługę, który niósł je w srebrnym dzbanie na srebrnej tacy, oprócz tego dwóch dźwigało srebrne puchary na gorący poncz i wina przyprawiane korzeniami oraz wspaniałe kielichy z dmuchanego szkła do innych trunków. Jeszcze innego, mężczyznę o zaróżowionej twarzy, w zielono-żółtej liberii, obarczono tacą, na której miano nalewać napoje, a ciemnoskóra kobieta w czerni i złocie była tam po to tylko, by obsługiwać dzbany. Przyniesiono także orzechy, kandyzowane owoce, sery i oliwki, przy czym również i te specjały wymagały usług oddzielnego służącego albo służącej. Wszyscy kolejno wykonywali ten sam rytualny taniec, zgodnie z instrukcjami Boreane kłaniali się albo dygali, podchodzili ze swym poczęstunkiem, po czym ustępowali miejsca następnym.
Rand wybrał wino zaprawiane korzeniami, po czym przysiadł na krawędzi stołu i zajął się listem, odstawiwszy nietknięty parujący puchar obok. Listu nie otwierał żaden zwrot powitalny czy wstęp. Taim nie znosił należnych Randowi tytułów, co, rzecz jastra, starał się zawsze jakoś skryć.
Mam honor donieść, że w Czarnej Wieży służy obecnie dwudziestu dziewięciu Asha’manów, dziewięćdziesięciu siedmiu Oddanych i trzystu dwudziestu dwóch Żołnierzy. Kilku, niestety, zdezerterowało, ich nazwiska zostały wymazane z rejestrów, ale na szczęście są to straty, które da się znieść.
W terenie działa obecnie aż pięćdziesiąt grup werbunkowych, z takim skutkiem, że na listach zaciężnych pojawiają się co dzień kolejne trzy albo i cztery nowe nazwiska. Za kilka miesięcy Czarna Wieża dorówna liczebnością Białej, tak jak przyrzekłem. Za rok Tar Valon zatrzęsie się w posadach pod naporem naszych szeregów.
To ja sam, osobiście, znalazłem ten krzew czarnych jagód. Niewielki to krzew i kolczasty, a jednak rodzi zaskakująco obficie.