Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Kobiety, które Arghun przydzielił ambasadorom, nie znały videssańskiego, ale drobna, śliczna istota imieniem Hoelun zajmująca się Gorgidasem, nie potrzebowała tłumacza, by zrozumieć jego smutek. Delikatnie dotknęła jego opuszczonego ramienia, gotowa pomóc mu zapomnieć o kłopotach. Odtrącił jej dłoń. Kiedy wycofała się, cicha i posłuszna jak zawsze, poczuł wstyd, ale tylko na moment. Przez głowę przemykały mu najróżniejsze pomysły na to, jak zemścić się na Bogora-zie. Onogon zasługiwał na coś więcej niż śmierć z powodu wojny odległej o setki mil od jego kraju.
Roześmiał się głośno z jednego, szczególnie krwawego sposobu. Viridoviks — pomyślał — byłby z niego dumny — co za ironia losu.
Pogrzeb szamana zajął kilka następnych dni. Został pogrzebany, a nie spalony, co było powszechnym zwyczajem na łatwopalnym stepie. Matę, na której spał zmarły, rozłożono na środku wielkiego, kwadratowego dołu. Na niej z kolei ułożono ciało Onogona, obleczone w jego dziką, pokrytą frędzlami szatę. Platforma spleciona z gałęzi ustawiona została na palach, tworząc jakby komnatę, w której spoczywały zwłoki. W dole pogrzebano także złote kielichy, a Tolui, szaman, który zastąpił Onogona jako główny czarownik klanu, złożył nad grobem ofiarę z konia. Krew zbryzgała do połowy drewniany sufit grobowca leżącego u jego stóp.
— To dobry znak — powiedział Arigh kiedy układano konia w dole. — Daleko zajedzie w tamtym świecie.
Niemal cała starszyzna klanu zebrała się przy grobie, patrząc jak służący zaczynają go zasypywać. Gorgidas przyglądał się z kolei starcom, próbując odgadnąć ich myśli. Było to prawie niemożliwe, bo żałoba okrywała ich twarze, i była to najbardziej nieodgadniona grupa ludzi, jaką kiedykolwiek widział.
Sam Grek z trudem panował nad swoimi nerwami, kiedy dostrzegł przepychającego się do przodu Bogoraza. Yezd wydzielał z siebie całe chmury szczerego żalu. Jak kałamarnica — pomyślał Gorgidas. Dizabul był oczywiście, u jego boku. Głowy Arshaumów zwróciły się w jego stronę, kiedy roześmiał się z jakiejś uwagi Bogoraza.
Pełnomocnik Wulghasha i Goudeles prowadzili dalej swoją grę łapówek i obietnic.
— Na Phosa, co za chciwość — jęknął Videssańczyk. — Chyba już trzy razy zapłaciłem temu Guyukowi, żeby powiedział tak, ale jeśli Bogoraz płacił cztery razy za „nie”, całe złoto zmarnowane.
— Tak, to okropne, jak nie można dzisiaj ufać ludziom — mruknął Gorgidas, na co Goudeles odpowiedział mu nieuprzejmym gestem, a Skylitzes uśmiechnął się, rozbawiony.
Czy w końcu doszli do wniosku, że nie da się już wyciągnąć więcej złota od obu poselstw, czy też podjęli uczciwą decyzję, Arshaumi z klanu Szarego Konia rozesłali jeźdźców do sąsiednich klanów, zapraszając ich przedstawicieli na ucztę, podczas której miał być ogłoszony ostateczny wybór.
— Sprytnie — powiedział Skylitzes, który lepiej znał nomadów niż jego towarzysze. — Arghun od razu jasno określi, po której jest stronie, a wtedy ta druga, zgodnie z ich obyczajami, nie będzie mogła się skarżyć.
Posłowie z zaproszonych klanów przybyli wcześniej, niż spodziewał się tego Gorgidas. Wciąż nie potrafił zrozumieć, jak szybko mogli się przemieszczać nomadzi, gdy była taka potrzeba. Dwóch z nich od razu sięgnęło po szable, gdy tylko się zobaczyli, i musiano ich rozdzielać. Arghun nakazał, by pozostali pod stałą obserwacją, tak jak uczynił to z rywalizującymi ambasadorami.
Nawet namiot przyjęć był za mały, by pomieścić wszystkich ucztujących. Dokładnie uprzątnąwszy pasek ziemi, Arshaumi wykopali trzy dołki na ogniska — niewielki w środku przeznaczony był dla Arghuna, jego synów i ambasadorów, a dwa większe po obu stronach, dla jego doradców i przedstawicieli innych klanów. Nomadzi ułożyli koce wokół wszystkich trzech ognisk, imitując w miarę możliwości rozkład namiotu.
— W tę stronę, czy w tamtą, wkrótce wszystko się skończy, a to już jakieś pocieszenie — powiedział Goudeles, próbując rozprasować swoją odświętną szatę, która od kilku tygodni leżała zwinięta w jego bagażach. Efekty jego pracy były raczej mizerne.
— Chyba że wybiorą Bogoraza i ofiarują nas Skotosowi, żeby przypieczętować swoją łajdacką umowę — powiedział Skylitzes. Poklepał rękojeść miecza. — Ja nie pójdę sam.
Przebierając się w swoją najlepszą, choć nadal całkiem skromną tunikę, Gorgidas rozmyślał o tym, jak dalece niekonsekwentny potrafi być człowiek. Skylitzes rozumiał się z Arshaumami bardzo dobrze, może nawet lubił ich bardziej od Goudelesa. Ale na najdrobniejszą wzmiankę o religii stawał się agresywny i nietolerancyjny, jak większość Videssańczyków. Gryzipiórek był w tej kwestii o wiele bardziej liberalny, choć i dla niego nomadzi byli bandą dzikusów.
— No to chodźmy — powiedział Goudeles z wymuszoną swobodą. Spokój, który okazywał na zewnątrz, wyraźnie zaczynał go opuszczać.
Gorgidas czuł, jak kierują się na niego oczy wszystkich zebranych, kiedy Videssańczycy zbliżali się do ogniska. Agathios Psoes i jego ludzie uważnie obserwowali ambasadorów, podczas gdy sami Arshaumi zdawali się nie mniej zainteresowani ostateczną decyzją klanu niż Videssańczycy.
Wieczór był chłodny, a w powietrzu czuć było deszcz. Dobrze, że w końcu Arshaumi doszli do porozumienia — pomyślał Grek — jeszcze tydzień lub dwa i jesienne ulewy zaczną się na dobre, a wtedy, żegnaj uczto pod gołym niebem!
Strzelające w górę płomienie dawały zachęcającą obietnicą ciepła. Goudeles jakby czytał w myślach Greka:
— Dzisiaj chętnie przeszedłbym nawet po rozpalonych węglach.
Zawinął się dokładniej w swoje ubranie. Po miesiącach spędzonych w spodniach i tunice, vides-sański ceremonialny strój wydawał mu się zbyt przewiewny.
Grek skrzywił się, kiedy zobaczył Bogoraza wychodzącego ze swojej jurty. Emisariusz Wulghasha, uprzejmy jak zawsze, pomachał ręką i zawołał do swoich rywali:
— Poczekajcie na mnie, jeśli łaska. Powinniśmy razem poznać nasz los.
Gdy podszedł do nich, jego pełne wargi skrzywiły się w uśmiechu. Oczy pozostały niewzruszone, ale to nic nie znaczyło. Jak zawsze.
Kiedy się odezwał, nie powiedział jednak nic ponad zwykłe, ugrzecznione formułki.
— Zobaczmy przed jakąż to wspaniałą publicznością będziemy mieli zaszczyt wystąpić dziś wieczór — oznajmił, kiedy zbliżali się do ogniska, a drwina w jego głosie była tak wyrafinowana, że Goudeles zerknął na niego niemal z zawiścią.
Większość Arshaumów była już na swoich miejscach. Niektórzy zabierali się do jedzenia i krążyły między nimi bukłaki z kavassem. Uciszyli się gdy dostrzegli nadchodzących z ciemności ambasadorów. Arghun i jego synowie podnieśli się, by ich przywitać.
Gorgidas przenosił spojrzenie z twarzy na twarz, próbując z nich coś wyczytać, zanim jeszcze odezwie się khagan. Arghun nie zdradził się niczym, choć wyglądał na lekko rozbawionego, jakby delektował się napięciem, które tworzył. Równie nieodgadniony był Arigh, który stał w bezruchu czekając na gest ojca. Ale kiedy Grek zobaczył źle skrywaną, kwaśną minę Dizabula, zaczęła w nim rosnąć nadzieja.
Arghun podszedł o krok i po kolei uścisnął Goudelesa, Skylitzesa i Gorgidasa.
— Moi dobrzy przyjaciele — powiedział. Pozdrowił również Yezda, uprzejmym ale wstrzemięźliwym skinieniem głowy. — Bogoraz. — Zamilkł na moment, by się upewnić, że został dobrze zrozumiany, a potem powiedział: — Chodźcie, jedzenie czeka.
Za plecami videssańskiej delegacji Psoes podskoczył z radości.