Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— Dzisiaj, chłopcy, pijecie ile się da! — zawołał, wywołując z kolei radosne okrzyki swoich łudzi. Żołnierze Bogoraza, gdziekolwiek byli, milczeli.
Ambasador Yezd zdobył się na kurtuazyjne kiwnięcie głową pod adresem Goudelesa.
— Wygrałbym zapewne, gdybym nie miał tak wspaniałego przeciwnika — powiedział. Rozpromieniony Videssańczyk ukłonił się w odpowiedzi. Gdyby ich role były odwrócone, on też prawiłby mu równie nieszczere komplementy i obaj o tym wiedzieli. Kiedy Dizabul zaczął coś mówić, Bogoraz uciszył go.
— Wiem, że zrobiłeś co w twojej mocy dla naszej sprawy, łaskawy książę, ale teraz cieszmy się wybornymi potrawami, które ofiaruje nam twój ojciec. Ten zwyczaj waszego ludu, który zakazuje rozmawiać o ważnych sprawach w czasie uczty, jest bardzo mądry.
Biorąc młodszego syna Arghuna pod ramię, Yezd usiadł przy ogniu i z prawdziwą przyjemnością zabrał się do jedzenia.
Siedzący nie opodal Gorgidas rzucił mu spod przymkniętych powiek podejrzliwe spojrzenie. Choć nadal rozumiał tylko mniej więcej co trzecie słowo języka arshaum, ton mówił sam za siebie.
Bogoraz nie mówił jak pokonany człowiek.
— Tak, tak, on umie zachować twarz — przyznał Skylitzes, zanurzając pasek pieczonej baraniny w ciemnożółtej musztardzie. Oczy videssańskiego oficera aż się rozszerzyły, kiedy jej spróbował. — Kavass — wycharczał i pił jak szalony, by ugasić ogień.
Ostrzeżony w porę Grek oddał swój podobnie doprawiony kawałek Arighowi, który powiedział:
— Dzięki — i pochłonął go. — Za ostre dla was, co? — zachichotał. — No cóż, ja też nigdy nie przyzwyczaiłem się do tego ohydnego rybiego sosu w Videssos.
Gorgidas, choć sam uwielbiał tę potrawę, pokiwał głową ze zrozumieniem.
Kavass szybko znikał w gardłach biesiadników. Podjąwszy już decyzję, Arshaumi nie zamierzali sobie żałować dobrej zabawy. Gorgidas nie miał jednak ochoty obudzić się następnego ranka z obolałą głową. Greckim zwyczajem rozcieńczał wino wodą, kiedy nie chciał się zbytnio upijać. Służąca popatrzyła na niego jak na szaleńca, ale przyniosła mu dzban i kielich do mieszania. Sfermentowane kobyle mleko smakowało równie nieciekawie przed, jak i po tej operacji.
— Dobra sztuczka — powiedział Goudeles, którego uwadze niewiele mogło umknąć. — Wygląda tak, jakbyś pił dwa razy więcej niż naprawdę pijesz. — Jego oczy rozbłysły triumfem. — Ale dziś nie obchodzi mnie wcale, ile w siebie wleję.
Siedzący po lewej ręce Arghuna Bogoraz jadł i pił, nie pokazując po sobie najmniejszego zmartwienia. Dizabul dzielnie mu sekundował przy każdej kolejce, a że był młody, szybko się upił.
— Sprawy wyglądałyby inaczej, gdybym to ja był khaganem — powiedział głośno.
— Ale nie jesteś i nie zanosi się na to — burknął Arigh.
— Cicho bądźcie, wy dwaj — powiedział Arghun, oburzony. — Nie macie żadnego szacunku dla obyczaju?
Synowie posłusznie zamilkli, wrogo na siebie spoglądając. Arigh, podejrzliwy wobec Dizabula, który zagrażał jego pozycji, Dizabul darzący Arigha, o którego istnieniu niemal zapomniał — nienawiścią za to, że wrócił i zniszczył jego siłę. Wymarzony konflikt dla tragediopisarza — pomyślał Grek — może Eurypides, bo trudno było tu odróżnić dobro od zła.
Pomimo ostrzeżenia jakie dał swoim synom Arghun, poprawność innych Arshaumów stanęła pod dużym znakiem zapytania. W końcu uczta była okazją do ogłoszenia przymierza i jeden po drugim, posłowie z sąsiednich klanów odnajdywali drogę do środkowego ogniska, by poznać videssa-ńskich ambasadorów. Niektórzy rozmawiali także z Bogorazem, ale większość gotowa była podporządkować się wyborowi Arghuna — klan Szarego Konia miał najwięcej pastwisk i był najbardziej wpływowy na równinach Shaumkhiil.
Nieustająca procesja podpitych barbarzyńców szybko znudziła Gorgidasa, który nie zazdrościł swoim kompanom ról, jakie im przypadły — musieli być mili i przyjacielscy dla wszystkich po kolei. Czasami pozostawanie w cieniu ma swoje zalety.
Jedynym nomadą, który naprawdę zainteresował Greka, był przedstawiciel klanu Czarnej Owcy, najpotężniejszego po Arghunie. Nazywał się Irnek. Wysoki, z gęstą jak na Arshauma brodą, nosił się jakby nieco wyniośle, emanując szyderczą inteligencją. Gorgidas obawiał się, że może on wybrać Bogoraza po prostu ze względu na rywalizację pomiędzy dwoma klanami, ale Irnek, zmierzywszy dyplomatę z Yezd długim, chłodnym spojrzeniem, zupełnie go zignorował.
Ta drobnostka, jak i wiele jej podobnych, zdawały się w końcu trafiać do Bogoraza. Jeśli dotychczas zachowywał doskonałą powściągliwość i trzeźwość umysłu, to tego wieczora wypił za dużo. Niemal zupełnie opróżniwszy bukłak z kavassem jednym, długim haustem, upuścił go na ziemię i potem musiał przy nim trochę pogrzebać, zanim udało mu się go podnieść i podać Arghunowi.
— Najmocniej przepraszam — powiedział.
— Nie szkodzi — khagan wysuszył bukłak do końca i oblizał wargi, zastanawiając się nad czymś. — Kiepski — orzekł i poprosił o inny.
Gorgidas ogryzał właśnie skrzydełko kuropatwy, kiedy Arghun rozprostował skrzyżowane nogi i ze złością uderzył nimi o ziemię.
— Przeklęta stopa, zupełnie mi zdrętwiała. Arigh roześmiał się.
— Gdybym to był ja, zaraz byś powiedział, że za długo mieszkałem w Videssos.
— Pewnie tak. — Ale khagan tupnął jeszcze raz. — Cholera! Teraz już obie. — Próbował wstać i udało mu się to dopiero po dłuższej chwili.
— O co chodzi? — spytał Gorgidas, nie rozumiejąc języka arshaum.
— Och, nic takiego. — Arigh wciąż chichotał. — Stopy mu zdrętwiały. Arigh rozcierał lewą łydkę, wciąż nie rozumiejąc, co się dzieje.
Wzrok Gorgidasa powędrował do Bogoraza, który rozpiął płaszcz i wycierał czoło, rozmawiając z Dizabulem. Nagłe podejrzenie zmroziło Greka. Jeśli się myli, to będzie się musiał gęsto tłumaczyć, ale jeśli nie? Porwał naczynie z musztardą sprzed ust Arigha, wlał do niego wodę, aż zrobiła się tego rzadka, ziemista zupa i wcisnął miskę w dłonie księcia Arshaumów.
— Szybko! — krzyknął. — Daj to swojemu ojcu do wypicia, tu idzie o życie! Arigh wytrzeszczył oczy.
— Co?
— Trucizna, głupcze! — W takiej chwili nie miał głowy do uprzejmości. To, że nie mówił jeszcze po grecku i tak było dużym osiągnięciem. — Bogoraz go otruł, tak samo jak Onogona!
Ambasador Yezd zerwał się na równe nogi, zaciskając pięści, mieniąc się na zlanej potem twarzy i ryknął:
— Ty kłamco, ty ohydny zawszony… — nagle przerwał, a na jego obliczu malowało się straszliwe przerażenie. Trwało to tylko przez moment, ale widok ten prześladował Greka do końca życia.
Potem wszyscy krzyczeli, gdy Bogoraz zapłonął nagle oślepiająco białym ogniem, o wiele jaśniejszym od tego, przy którym siedział. Jego wrzask urwał się niemal zanim się zaczął. Zdawało się, że pali się od środka, płomieniem wścieklejszym z każdą sekundą. A jednak kiedy kopał, zwijał się i próbował uciec przed klątwą, którą na siebie ściągnął, jego ciało nie wydzielało żadnego ciepła ani nie czuć było zapachu spalenizny. Magia Onogona i przysięga, którą wymógł na Bogorazie, nie były w stanie ocalić jego samego, ale wciąż służyły khaganowi.
— Krzywoprzysięzca! — zawołał Tolui, nowy szaman, spomiędzy starszych klanu. — Patrzcie co czeka krzywoprzysięzców!
Bezgłośnie poruszając ustami, przerażony Dizabul odsunął się od zwęglonych resztek swojego przyjaciela.
Arghun stał jak skamieniały, przyglądając się odrażającemu spektaklowi. Gorgidas nie miał na to czasu. Po raz drugi wyrwał musztardę z rąk Arigha i podsunął naczynie pod usta khagana.