Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Puska zaczęła się kołysać z nogi na nogę, rozważając jej słowa. Na lewą nogę: Izaak może zabłądzić. Na prawą nogę: powinna wrócić do wioski i poprosić o pozwolenie. Lewa noga: pachnie deszczem. Prawa noga…
— Sipaj, Puska — błagała Ha’anala — czyjeś serce przestanie bić, jeśli będzie musiał powiedzieć Fii, że Izaak odszedł! Ktoś myśli, że może go wytropić, a kiedy my dwie go dogonimy, będzie już nas troje i wrócimy do wioski, zanim zrobi się naprawdę ciemno.
To Puskę przekonało. Jedna osoba to zagadka. Dwie — to dyskusja. Trzy — to już plan.
— Pomyślą, że wpadliśmy w ręce djanada — powiedziała Puska, pełna niepokoju od chwili, gdy obudziły się w lesie następnego ranka. Spojrzała na Ha’analę, stojącą opodal na jednej nodze i ogonie. — Ktoś powinien wrócić i powiedzieć innym.
Ha’anala nie odpowiedziała, bojąc się spłoszyć swoje śniadanie, które spoczywało dokładnie pod jej uniesioną stopą. Cierpliwości… cierpliwości…
— Mam go! — krzyknęła, chwytając małego, pokrytego łuską lonata. — Nie potrzebujemy pomocy — oznajmiła stanowczo, ściskając zwierzątko za kark dwoma palcami stopy. — Jeśli teraz wrócimy, ktoś straci trop.
Puska skrzywiła się, obserwując wijącego się bezradnie lonata.
— Naprawdę zamierzasz to zjeść?
— A mam wybór? — odpowiedziała Ha’anala i odrzuciła stopę, chwytając Puskę za kostkę. — Och, Puska! Ktoś żartuje!
— krzyknęła, kiedy Puska podskoczyła, żeby wyrwać się z uścisku.
— To nie żartuj. Nigdy więcej tego nie rób! — Puska wzdrygnęła się. — Gdybyś widziała to, co ja widziałam w Mo’arlu…
Ha’anali szczęka opadła i Puska zamilkła, zakłopotana własną szorstkością. Naprawdę, coraz gorzej ze mną, pomyślała.
— Przepraszam — powiedziała i sięgnęła po lonata, a potem zaczęła zeskroby wać łuski z jego nóżek, wstrzymując oddech. — Ktoś myśli, że takie żarty są bardzo niesmaczne.
— Ktoś myśli, że lonaty są bardzo niesmaczne — mruknęła Ha’anala, odgryzając kawałek mięsa, gdy Puska oddała jej martwe zwierzątko.
Lonat miał tylko jedną zaletę: łatwo go było złapać. Ha’anala i jej ojciec przywykli już do tych małych, nędznych zdobyczy, którymi od czasu do czasu uzupełniali oferowane im „tradycyjne mięso”, jak je delikatnie nazywano, ale zawsze zjadali je pospiesznie i ukradkiem.
— Jak jest w miastach? — zapytała Ha’anala, starając się odwrócić uwagę Puski od małego, pokrwawionego ścierwa.
— Nie chcesz wiedzieć — odpowiedziała Puska z widoczną odrazą i odeszła, żeby znaleźć sobie jakieś jagody.
I szły dalej, Puska coraz bardziej rozdrażniona, Ha’anala z trudem ukrywając niepokój. Trop Izaaka ginął wśród leśnych zapachów — potu, oddechów, odchodów, rozkładających się w wilgotnym upale — zwłaszcza gdy niespodziewanie zbaczał ku kępkom owocujących zarośli. Odnajdywała go ponownie, ale był zmieszany z pyłkami vraloju i odorem gnijących roślin, więc łatwo go było zgubić. Czwartego dnia Puska uskarżała się już nieustannie, przerywając wędrówkę, by napaść się ostentacyjnie, podczas gdy Ha’anala grzebała pod zwalonymi pniami w poszukiwaniu larw i pędraków, coraz bardziej wygłodniała, milcząca i wściekła na Izaaka.
— Jeszcze tylko jeden dzień — ostrzegła ją Puska tego wieczoru. — Potem wracamy. Jesteś zbyt głodna…
— Izaak będzie jeszcze bardziej głodny — odpowiedziała Ha’anala, bo jeszcze nigdy nie widziała, by Izaak sam zdobył pożywienie, więc liczyła na to, że osłabnie i w końcu go dościgną.
Jego odchody wcale o tym nie świadczyły. Nikt się o niego nie troszczył, a on radził sobie całkiem nieźle. Jego kiszki trawiły pokarm Runów i prawdopodobnie obserwował, jak zwykle uważnie, choć niezauważalnie, jak się pasą, więc wiedział, co jest jadalne i jak to znaleźć. Więc teraz już sam zdobywa pokarm, pomyślała Ha’anala, wspominając opowieści o tym, jak Izaak pewnego dnia zaczął chodzić, innego śpiewać, jeszcze innego pisać na komputerze. Najwyraźniej każdą nową umiejętność tak długo ćwiczył w umyśle, póki nie uzyskał pewności, że potrafi to zrobić, a następnie po prostu robił.
Czyżby planował to odejście, zastanawiała się Ha’anala tej nocy, kiedy już zasypiała. I czego szukał? Natychmiast jednak pomyślała: nie, on niczego nie szuka. On ucieka.
Tej nocy źle spały, a obudziła je burza z grzmotami udaremniająca dalszą wędrówkę. Wciąż nie chcąc uznać porażki, Ha’anala siedzi ała na skraju lasu i patrzyła posępnie na bezkresną równinę, węsząc rozpaczliwie, by uchwycić strzęp zapachu Izaaka, choć już wiedziała, że grube krople rozmyją go i zmieszają z wonią wyznaczającą szlaki stepowych stad. Nawet Puska była spokojna.
— Odszedł — wyszeptała Ha’anala tego wieczoru, kiedy blakło wilgotne, szare światło. — Ktoś go zgubił.
— Sam się zgubił. Próbowałaś go odnaleźć — powiedziała cicho Puska. Objęła Ha’analę i oparła głowę na jej ramieniu. — Jutro pójdziemy do domu.
— Jak ja to powiem Sofii? — zapytała Ha’anala ciemności. — Izaak odszedł.
27. „GIORDANO BRUNO”: 2066–2069 czasu ziemskiego
— Żartujesz — prychnął John.
Gruby Frans spojrzał na niego znad talerza.
— Czy samobójstwo nadal jest uważane za grzech?
— To zależy… Dlaczego pytasz?
— Bo dla dobra twojej teoretycznie nieśmiertelnej duszy chciałbym ci dać pewną radę. Nigdy nie wsiadaj do samolotu pilotowanego przez Emilia Sandoza.
Efektowna przesada, pomyślał John i odsunął swój talerz.
— Nie jest aż tak zły!
Mówię ci, Johnny, pierwszy raz widzę kogoś tak tępego — powiedział Frans, trochę poniewczasie przełykając tilapię z ryżem. — Nico, powiedz don Gianniemu, ile czasu potrzebowałeś, żeby nauczyć się latać promem?
— Trzy tygodnie — odpowiedział z kąta Nico. — Don Carlo mówi, że promy właściwie latają same, ale miałem trudności z programami nawigacyjnymi.
John skrzywił się. Emilio uczył się już od miesiąca.
— Jego mózg musi być całkowicie wypełniony obcymi językami. Wydaje mi się — powiedział Frans, dosypując trochę soli do ryżu — że nie ma ani jednej wolnej synapsy. Słuchaj, Johnny, podziwiam wytrwałość jak każdy, ale to nie ma sensu. Nawet D.W. Yarbrough dał mu spokój. Wiesz, co o nim napisał w jednym z raportów? — Przez chwilę żuł w milczeniu, a potem wyrecytował: — „Jako pilot ojciec Sandoz jest cholernie dobrym lingwistą i zupełnie niezłym lekarzem. Wykreślam go z grafika nauki pilotażu i nadaję mu status pasażera, żeby kogoś nie zabił”. — Frans pokręcił głową. — Myślałem, że mnie lepiej z nim pójdzie, bo te nowe promy są prawie całkowicie zautomatyzowane, ale ten facet jest takim mułem, że się poddałem. — Wsadził sobie do ust porcję ryby i z wypchanymi policzkami zerknął na Johna. — Zrób coś, Johnny. Pomów z nim.
John prychnął.
— A skąd ci przyszło do głowy, że w ogóle zwróci uwagę na to, co mu powiem? W ciągu ostatnich ośmiu tygodni nie odezwał się do mnie ani razu… przepraszam, raz mnie ochrzanił za jakiś cholerny błąd w użyciu trybu łącznego w ruanja. — Trudno było nie poczuć się dotkniętym. Nafaszerowany narkotykiem czy trzeźwy, Sandoz nie pozwalał nikomu zbliżyć się do siebie. — Gdzie on jest teraz?