Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Raz, kiedy Ha’anala usłyszała, jak Izaak ziewa pod swoją niebieską tuniką, a wiedziała, że już się naczytał i zniesie pytanie, zapytała:
— Sipaj, Izaak, dlaczego nie mówisz do swojej matki?
Izaak dwukrotnie wypisał w laptopie wiadomość dla Sofii.
„Zostaw tego kogoś w spokoju”, głosiła pierwsza wiadomość. Matka popłakała się, kiedy to przeczytała: jedyne słowa, które do niej skierował, wyrażały odrzucenie. Ale później, kiedy po obsesyjnym poszukiwaniu znalazł w końcu odpowiedź na jakieś pytanie, opanowało go dotkliwe poczucie zawodu i strachu i zapytał ją: „Czy kiedyś dowiem się wszystkiego?” „Nie”, odpisała mu Sofia. „Nigdy”. To go zadowoliło, ale tylko tego od niej chciał: tego jednego potwierdzenia.
Ha’anala westchnęła, przygnębiona tym wspomnieniem, i oparła się plecami o nagrzany słońcem głaz, zamykając oczy. Żar południa i nuda połączyły się w jej dojrzałej fizjologii mięsożercy, aby spiskować przeciw świadomości, ale tego dnia jej senność była skutecznie atakowana przez ostatnie szaleństwo Izaaka. Uparł się, by zapamiętać wszystkie połączenia par nukleotydów ludzkiego DNA i przypisał muzyczną nutę każdemu z czterech podstawowych składników: adeninie, cytozynie, guaninie i tyminie. Całymi godzinami wsłuchiwał się w te monotonne czterotonowe sekwencje.
— Sipaj, Izaak — zapytała, kiedy to się zaczęło. — Co ty robisz?
— Zapamiętuję — odpowiedział, a Ha’anala pomyślała, że to zupełnie bezsensowne, nawet jak na Izaaka.
Nawet Sofia oddaliła się od niej w ciągu ostatnich paru lat, często robiąc kilka rzeczy na raz: przysłuchiwała się dyskusjom Runów i jednocześnie opracowywała raporty, przygotowywała komunikaty meteorologiczne dla oficerów lub koordynowała dostawy zaopatrzenia dla wysuniętych placówek. Ha’anala wciąż i wciąż próbowała jej pomóc, przygnębiona izolacją Sofii, pragnąc być jej partnerem, nawet jeśli czuła się urażona skrytymi, niewypowiedzianymi pragnieniami matki. „To nie ma nic wspólnego z tobą”, mówiła jej Sofia, wyłączając Ha’analę ze swoich spraw równie skutecznie jak Izaak. Sofia zdawała się ożywiać tylko wtedy, kiedy mówiła o sprawiedliwości, ale w miarę upływu czasu coraz częściej milczała i na ten temat. Żaden z otaczających ją Runów nie chciał rozmawiać z Ha’analą o wojnie, a na jej pytania odpowiadano uprzejmie, ale wymijająco… Są zakłopotani, pomyślała Ha’anala. Chcieliby, żebym nie; wiedziała, ale przecież wiem. Będę ostatnim przedstawicielem swojego gatunku. Zaczęli coś, co może się skończyć tylko w jeden sposób. Może Sofia i Izaak mają rację, pomyślała, zapadając w drzemkę. Trzymaj się z daleka, nie otwieraj przed nikim serca, nie pragnij czegoś, czego nie możesz mieć…
Z drzemki obudziło ją głośne, monotonne oświadczenie Izaaka:
— To jest gorsze od czerwonego. Ktoś odchodzi. Dobrze — mruknęła, jeszcze nie w pełni rozbudzona. — Ktoś spotka cię w osadzie.
— Sipaj, ludzie! — krzyknęła Sofia kilka godzin później. — Już prawie czerwono! Czy ktoś widział Izaaka i Ha’analę?
Puska Va Trucha-Sai odłączyła się od grupy dziewcząt rozmawiających o swoich przydziałach i rozejrzała się wokoło.
— Poszli rano do chaty Izaaka — przypomniała Sofii.
— Sipaj, Puska — zawołał jej ojciec, Kanchay — mogłabyś pójść i przyprowadzić ich tutaj?
— Och, możesz mnie zjeść! — mruknęła Puska, wywołując lękliwy śmiech zgorszenia wśród innych dziewcząt.
Puska nie dbała o pozory. Rok w wojsku to dość, by kobieta nauczyła się mocnego języka, a i tak wybrała najłagodniejszy wulgaryzm, jaki jej przyszedł na myśl — te rekrutki wkrótce nauczą się gorszych przekleństw. Puska uśmiechnęła się do dziewcząt.
— Dobry żołnierz musi być odpowiedzialny — powiedziała z przesadną pewnością pokrywającą zwykły cynizm i odeszła, by znaleźć dzieci Fi i.
Po przejściu dwudziestu paru kroków znalazła się poza obrębem chat i szop, drugie tyle zaprowadziło ją dostatecznie daleko w głąb lasu, by przestała słyszeć wioskowy gwar. W pierwszym miesiącu pobytu w mieście Mo’arl Puska śniła o domu prawie co noc; tęskniąc za spokojem i bezpieczeństwem puszczy, szukała schronienia we śnie, bo dzień przynosił tylko wstręt i przygnębienie. Przez jakiś czas zazdrościła Ha’anali, na zawsze uwięzionej w wiosce. Teraz Trucha Sai wydało się jej małe, ciasne i ograniczone; zrozumiała, dlaczego Ha’anala tak często była rozdrażniona i niespokojna.
Pojawił się zarys dachu szałasu Izaaka. Imantat nie był jeszcze tak zręcznym strzecharzem jak jego ojciec, ale już dobrze znał się na swojej robocie: szałas wytrzymał ostatnią burzę. Ktoś będzie wkrótce potrzebował męża, pomyślała Puska, i odnotowała w pamięci, że trzeba poruszyć to na radzie, bo dość już się napatrzyła na wojny, by wiedzieć, że nie należy lekceważyć dzieci, a jeśli padnie w bitwie, ktoś będzie musiał ją zastąpić.
— Sipaj, Ha’anala! — zawołała Puska, podchodząc do chaty. — Wszyscy na was czekają! Zrobiło się już prawie czerwono!
Nikt nie odpowiedział — szałas był pusty. Zaklęła pod nosem. Ha’anala nie widziała rtic w porze czerwonego światła, a Izaak widział aż za dobrze. Trzeba go było chować pod dachem chaty, żeby nie widział czerwieni nieba, bo wpadał w prawdziwy szał.
— Ha’anala! Ktoś będzie musiał cię zanieść do wioski! — zażartowała. — A Izaak zaraz zrobi fierno!
— Tutaj! — dobiegł do niej z daleka głos Ha’anali.
— Gdzie jest Izaak? — odkrzyknęła Puska, z ulgą nadstawiając uszu w kierunku głosu.
Ha’anala szła w stronę szałasu z wyciągniętymi przed siebie rękami.
— Nie ma go tu! — krzyknęła, unosząc stopę, by rozetrzeć sobie goleń drugiej nogi, którym chwilę wcześniej uderzyła w jakiś zwalony pień. — Izaak poszedł!
Puska podniosła uszy.
— Poszedł? Nie… ktoś by go zobaczył. Nie ma go w osadzie i nie spotkałam go po drodze…
Ha’anala potknęła się o korzeń.
— Sipaj, Puska — wyrzuciła z siebie z rozpaczą — on odszedł! Poszedł w las! Nie czujesz tego? Powiedział, że odchodzi, ale ktoś był zaspany i…
Puska podeszła do Ha’anali i zaczęła ją gładzić po długich policzkach. Przypomniało jej się dzieciństwo, tulenie do snu, wieczorne kołysanki.
— Uspokój swoje serce. Fierno nie pomoże. Zła pogoda każdego przestraszy.
A deszcz zmyje zapach Izaaka, uświadomiła sobie Ha’anala, zanim zdążyła pomyśleć o meteorologicznych skutkach przygnębienia i strachu. Wyprostowała się.
— Musimy go znaleźć. Tam, Puska. Jego zapach wciąż jest bardzo wyraźny, ale jak spadnie deszcz, stracimy trop. Izaak odejdzie. Fia będzie…
— Przecież ty nic nie widzisz… — zaczęła protestować Puska.
— Nie widzę oczami — powiedziała ostrożnie Ha’anala. Ślady Izaaka jarzyły się w jej świadomości: odciski stóp rozjaśnione zapachem, liście, których dotknął, oproszone komórkami jego nagiej skóry i owiane jego oddechem. — To jest jak ziarenka ognia… pamiętasz? Jakmaleńkiepunkciki światła wzdłuż szlaku, którym szedł. Sipaj, Puska, ktoś go wytropi, jeśli mu pomożesz. Ale musimy iść zaraz, bo trop wkrótce przestanie świecić.