Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-162-5
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]». Краткое содержание книги:
Spokój jednak nie jest pisany — z jednej strony atakują wrogowie wewnętrzni, dla których kobieta — patron stanowi obrazę, z drugiej zewnętrzni: zrewolucjonizowana Ludowa Republika Haven kolejny raz próbuje zdobyć system Yeltsin. Na drodze do zwycięstwa jednych i drugich stoi tylko jedna przeszkoda — admirał lady Honor Harrington. Admirał, ale nie Królewskiej Marynarki…
— Tam w rowie, koło przepustu! — syknął Martin.
Taylor zaklął pod nosem, spoglądając we wskazanym kierunku i widząc stojącą w rowie wysoką postać. Blask płomieni odbijał się w złotym kluczu patrona i gwieździe orderowej, które miała na szyi, toteż obaj przyspieszyli kroku, chcąc dotrzeć do niej, zanim złapią ich prawdziwi członkowie Gwardii Harrington.
LaFollet i Yard zdążyli odbiec od rowu ze dwadzieścia metrów, a życie zawdzięczali tylko temu, że obaj patrzyli w kierunku wraku, gdy ten przestał istnieć.
Dziura w zbiorniku paliwa nie była duża, ale w kadłubie zebrało się dość jego oparów, a piana gaśnicza nie zdążyła jeszcze tam dotrzeć. Potem wystarczyła już tylko jedna iskra nadal smażącej się miejscami instalacji. Pierwszym i jedynym ostrzeżeniem był język ognia, który nagle wystrzelił z wraku niczym obsceniczny czerwono-złoto-niebieski wachlarz. Obaj gwardziści na ten widok padli plackiem. W następnym ułamku sekundy świat eksplodował.
Siła wybuchu powaliła Honor, Candlessa i Hanksa, a Adama Gerricka, Jareda Suttona i czterdziestu dwóch ratowników zmieniła w krwawe strzępy albo w spopieloną nicość. Honor była bledsza od śmierci, leżąc na dnie rowu, nad którym z wyciem przelatywały szczątki, czując większy ból i winę, niż gdyby te szczątki fizycznie ją zraniły.
Edward Martin, podobnie jak Andrew LaFollet i Arthur Yard, dostrzegł płomień i zrozumiał ostrzeżenie. Był starszy i nie miał takiego refleksu jak Taylor, ale zdołał go dopaść rozpaczliwym szczupakiem i przewrócić na ziemię. A zaraz potem ziemia rąbnęła ich jeszcze raz, gdy wrak eksplodował. Zaskoczony Taylor przestał się szarpać dopiero w tym momencie, rozumiejąc postępowanie byłego sierżanta, a wybuchy ciągle trwały, zlewając się w jeden ogłuszający huk, jakby był to objaw ostatecznego gniewu bożego.
O mniej niż pięć metrów od nich coś ciężko gruchnęło o ziemię, odbiło się, przeleciało nad nimi i z łomotem zniknęło gdzieś w mroku. Martin ostrożnie uniósł głowę i rozejrzał się. Po pinasie pozostał dymiący krater, wokół którego rozsiane były szczątki i wraki płonących pojazdów ratunkowych. Przyglądając się im, przez moment zastanawiał się, ilu ludzi właśnie zabił… Potem wstał i szarpnięciem postawił na nogi Taylora.
— Chodź, Austin — powiedział nienaturalnie spokojnym głosem.
Miał na sumieniu śmierć tak wielu niewinnych, że gdyby nie świadomość, iż jest wykonawcą woli bożej, pewnie by oszalał. Resztką świadomości trzymał się tego jedynego pewnika — Bóg tak chciał. I tylko ta świadomość umożliwiała mu funkcjonowanie w koszmarze krwi i zniszczenia.
— Mamy zadanie do wykonania, Austin.
Andrew LaFollet i Arthur Yard przeżyli wybuch. Yard był nieprzytomny, a LaFollet znajdował się w niewiele lepszej kondycji. Zdołał pozbierać się na czworaki i rozejrzeć. Jedno spojrzenie na dymiący krater powiedziało mu, że dla nikogo z tych, którzy byli bliżej wraku, nikt już nic nie zdoła zrobić. Pochylił się nad Yardem, sprawdzając jego stan i równocześnie dziękując Bogu, że zmusił Honor do pozostania w rowie.
A potem odetchnął z ulgą, gdy wyczuł słaby, ale stabilny puls Yarda.
Honor czołgała się po ścianie rowu, szukając Nimitza. Dzięki więzi wiedziała, że żyje — był przestraszony i zaskoczony skalą zniszczeń. Był też zły, co sugerowało, że nie wyszedł z wybuchu bez szwanku, ale nie były to poważne obrażenia. Znajdował się więc w lepszym stanie, niż mogła to powiedzieć o sobie.
Cały bok płonął żywym ogniem, więc do pierwszego złamanego żebra dołączyło co najmniej jeszcze jedno, jeżeli nie dwa. Oczy zalewała jej krew płynąca z czoła — nie wiedziała czy rozciętego, czy tylko porządnie skaleczonego. Wiedziała za to, że padając rozcięła sobie dolną wargę, i nadal kręciło się jej w głowie, gdy dotarła wreszcie do krawędzi rowu.
Nimitz siedział sobie spokojnie za obmurówką przepustu z cerambetu i przyglądał się z zainteresowaniem płonącym wrakom pojazdów. Futro miał w kilku miejscach osmolone i nadpalone, ale poza tym był cały i zdrowy. Honor odetchnęła z ulgą, z drugiej strony zdając sobie sprawę, że niepotrzebnie się denerwowała — Nimitz miał dość zdrowego rozsądku i refleksu, by na czas poszukać schronienia.
Spojrzała w dół i skrzywiła się zła na samą siebie, obserwując Candlessa próbującego tym razem samodzielnie wstać. Jamie miał parszywy dzień — najpierw kraksa pinasy, potem jego własna szefowa próbowała go znokautować, a na koniec cały świat zdał się eksplodować mu prosto w twarz. Z cudem graniczyło, że był w stanie się poruszać.
Poczuła na ramieniu delikatny dotyk — odwróciła się zaskoczona — obok stał wielebny Hanks z krwawą maską zamiast twarzy. Ze smutkiem przyglądał się kraterowi, po czym potrząsnął głową i powiedział:
— Proszę wstać, milady. Pomogę pani.
Pochylił się i pomógł jej się podnieść.
I dokładnie w tym momencie Nimitz skoczył w lewo, wydając przenikliwy okrzyk wojenny.
— Zachowuj się jak na strzelnicy — poradził cicho Martin, gdy półbiegiem zbliżali się do rowu.
W sumie biegli, ale ich nogi zachowywały się tak, jakby były z gumy, toteż tempo bardziej przypominało szybki marsz. Taylor przytaknął nerwowo, potwierdzając w ten sposób opinię Martina — chłopak był dobry i odważny i trudno byłoby sobie wyobrazić lepszego partnera na samobójczą misję, ale brak mu było doświadczenia. Martin wiedział, że dołoży wszelkich starań, ale tak naprawdę nie mógł na niego liczyć. Jeżeli ktoś mógł w tych warunkach z zimną krwią zastrzelić Harrington, to tylko on sam. Korzystając z okazji, pomodlił się ostatni raz:
„Przebacz mi Panie to, co zrobiłem, i to, co jeszcze zrobię. Wiem, że ona jest Twym wrogiem, nierządnicą i niewierną, ale jest także kobietą, więc daj mi siły, bym mógł dokonać tego, co powinienem na chwałę Twoją”.
Honor odwróciła się, słysząc dźwięk przypominający odgłos rozdzieranego płótna i czując wściekłość Nimitza.
Szaro-kremowa błyskawica przemknęła przez popalony teren i choć Honor widziała, dokąd zmierza, jej umysł był zbyt otępiały, by w odpowiednim czasie dojść do odpowiednich wniosków. Straciła ostatnie cenne sekundy.
— Słodkiii… — Okrzyk Austina zmienił się w wycie, gdy prawie dziesięć kilogramów rozwścieczonego treecata skoczyło mu do gardła.
Zdołał osłonić szyję ręką, wypuszczając z niej pistolet maszynowy, który łukiem poszybował w górę, ale ta odruchowa reakcja przedłużyła jedynie jego agonię o parę nie kończących się, pełnych bólu sekund, gdy sześciołapa piła łańcuchowa zabrała się za jego głowę i rękę. Pierwszy cios Nimitza jak zwykle oślepił przeciwnika i wyjący zamachowiec zatoczył się w upiornym tańcu śmierci, próbując oderwać od siebie wcielenie śmierci rozszarpujące mu twarz i szyję.
Martin podskoczył, słysząc wycie Taylora, i zamarł, widząc co się z nim dzieje. Odruchowo złapał jego broń i dopiero w tym momencie zrozumiał, na co patrzy. Ta sycząca, wściekła furia mordująca w fontannie krwi Taylora mogła być jedynie familiarem dziwki — demonem z piekła rodem, który pozostawał na jej usługach. Wiedział, że chłopakowi nie zdoła w żaden sposób pomóc, jego rozpaczliwe krzyki raniły jego duszę, ale jedno było w tym całym zajściu budujące — otóż dzięki wyraźnej interwencji Pana demon zaatakował niewłaściwego przeciwnika, pozwalając groźniejszemu na swobodne działanie.
Nie marnując ani chwili, pognał przed siebie, odbezpieczając i przeładowując po drodze broń. Wszechświat zawęził się do jednej wysokiej kobiecej postaci, której obcą twarz o ostrych rysach pokrywała krew. Zobaczył, jak jej zaskoczenie zmienia się w zrozumienie, ale było to bez znaczenia — znajdował się za daleko, by zdołała wykorzystać którąkolwiek ze znanych sztuk walki, a za blisko, by mógł chybić.