Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
To straszne, gdy do odpowiedzi nie ma pytań.
Zwolniłem kroku i spojrzałem podejrzliwie na Vica. Myśl wydała się obca, wciśnięta do świadomości z zewnątrz. Straszne. Gdy do odpowiedzi. Nie ma pytań.
Bzdura.
– Vic, mogę cię prosić o radę?
– Oczywiście.
– Gdzie mógłbym zatrzymać się na kilka dni, nie przyciągając niczyjej uwagi?
– W Irkucku? W Moskwie?
– No… w dowolnym mieście.
Vic uśmiechnął się, wzruszył ramionami.
– Hotele są wszędzie. Ale bez pytań… i Znaku…
Co u licha z tym znakiem!
– Chyba że… Weź w biurze informacyjnym adres kierownika klubu roaderów. Jest niemal w każdym mieście. Wspominają młodość, piszą pamiętniki… Idź do niego i powiedz, że jesteś roaderem. Nie będzie zadawał pytań, to nie jest przyjęte.
– Dziękuję.
– Nie ma za co. Albo przygadaj dziewczynę…
– Myślisz, że dałoby się obejść bez pytań?
Vic stropił się.
– No… nie wiem… zależy z kim…
– Nie znakuj – powiedziałem złośliwie. – Nie próbuj wydawać się bardziej dorosły, niż jesteś. Dobrze mówię?
Nie odpowiedział. Do punktu łączności doszliśmy w milczeniu. Gdy stanęliśmy obok niewysokiego kamiennego słupa, zwieńczonego cienkim metalowym szpikulcem, Vic powiedział:
– I nie zapomnij zmienić ubrania. Ale w sklepach automatach bez Znaku cię nie obsłużą. Wejdź do zwykłego, jesteś wystarczająco dorosły, żeby nie udowadniać zdolności kredytowej. Tylko nie szukaj ubrań w dziale lux. I nie bierz niczego na zamówienie. Coś prostego, taniego, niezbyt modnego.
– Spodnie i sweter. Można?
– Można. – Vic udał, że nie zauważa ironii. – Byle nie z naturalnej wełny.
Na kamiennym słupie był mały panel z kolorowymi guzikami – zielonym, żółtym i czerwonym. Vic dotknął żółtego, zabłysło światełko. Z niewidocznego głośnika rozległ się miły kobiecy głos:
„Pilne wezwanie flaera zostało przyjęte, Znak zarejestrowany. Wolna maszyna przybędzie w ciągu siedmiu minut”.
– Dziękuję – powiedział grzecznie Vic i skinął mi głową. – Tak się to robi. Ale ty wzywaj flaer zielonym guzikiem, wtedy nie sprawdza się posiadania Znaku. I tak nie będziesz czekał dłużej niż godzinę.
– Dobrze.
Vic usiadł na trawie; po chwili wahania usiadłem obok. Nie dawało mi spokoju jedno pytanie, ale bardzo nie chciałem go zadać.
– Pytaj – powiedział nagle Vic.
– Dlaczego zajmujesz się takimi głupotami? Dziadek to rozumiem, tęskni za swoją młodością. Andriej i reszta lubią… zabawy na świeżym powietrzu w romantycznym otoczeniu. A co ciebie tu przywiało?
Vic popatrzył na mnie niepewnie.
– Nie wiem, czy to będzie zrozumiałe.
– Spróbuj wyjaśnić, może zrozumiem. Jestem domyślny.
– Jest mi niewygodnie. Wszędzie i zawsze. A kiedy wędruję z roaderami, jest trochę lżej.
Rysy mu się wyostrzyły. Ciekawe, ile on ma lat? To nawet nie akceleracja, diabli wiedzą co…
– Zrozumiałem cię, Vic.
– Tak? To może mi wyjaśnisz?! Bo ja nie rozumiem! – krzyknął Vic nieoczekiwanie cienkim, obrażonym głosem. – W czym jestem gorszy od innych?
– W niczym, głuptasie.
Nagle ogarnęło mnie współczucie dla tego naburmuszonego dzieciaka. Współczucie i czułość…
– Może nawet jesteś lepszy od innych, Vic. Jesteś sensem, czujesz emocje innych ludzi, ich ból i smutek. I nie wiesz, jak sobie z tym poradzić, bo do tego trzeba być dorosłym, a nie posiadaczem Znaku.
– Uważasz, że wszystkim jest źle? – zjeżył się Vic. – Nie rozumiem! Przecież są zadowoleni!
– Może to leży głębiej niż zadowolenie.
Vic wstał i poruszył ramionami, układając wygodniej plecak.
– Twój flaer. Poradzisz sobie ze sterowaniem? Obejrzałem się – od strony jeziora sunęła półprzeźroczysta maszyna w kształcie wielkiej kropli wody.
– Mam nadzieję. Nie lecisz?
– Nie. Idę.
Wsunął ręce do kieszeni i powiedział półgłosem:
– Leć. Dokonaj swoich czynów. Wylecz ludzkość.
– Jestem lekarzem amatorem, Vic. Ale zdarzało się, że nastawiałem zwichnięcia.
Vic uśmiechnął się.
– No i dobrze. Szkoda, że się więcej nie zobaczymy. Przy tobie nie sposób się nudzić.
– Dlaczego się nie zobaczymy?
Flaer bezgłośnie zawisł obok nas. Podniosła się przezroczysta pokrywa kabiny.
– Jestem sensem, Siergiej, i umiem czytać nie tylko emocje. Nie oglądałem mapy. I tak wiedziałem, że tu jest punkt łączności…
– Wiatru w twarz, roaderze.
– Wiatru w twarz. Wiesz, skąd się wzięło nasze pożegnanie?
– Nie.
– Dopóki jest słońce i powietrze, zawsze jest wiatr… Przeczytaj Księgę Gór, Siergiej. Pomoże ci zrozumieć.
5. Informacje bez rozmyślań
Sterowanie rzeczywiście było łatwe, podobnie jak na galaktycznych statkach Siewców. Alfanumeryczny panel, przełączany na kilka języków, fonetyczny blok sterowania głosem. Szybko obrzuciłem wzrokiem przyrządy i powiedziałem:
– Wysokość sto metrów. Ruch w kierunku zachodnim. Pokrywa kabiny zamknęła się. Mocny baryton z wyraźną przyjemnością powtórzył:
– Wysokość sto. Na zachód. Prędkość?
Flaer płynnie uniósł się w górę. Pozostawiłem pytanie bez odpowiedzi. Zerknąłem w dół; Vic już maszerował wzdłuż brzegu. Tylko raz przystanął, odprowadzając mnie wzrokiem, i pomachał ręką. Z jakiegoś powodu wierzyłem, że więcej się nie spotkamy. Może to Vic zmusił mnie, żebym uwierzył.
– Żegnaj, roaderze – powiedziałem cicho. – I niech twój wiatr powieje czasem w plecy. Masz teraz tajemnicę.
– Prędkość? – zainteresował się przymilnie flaer. Dobrze chociaż, że nie spytał o roadera i o wiatr.
– Maksymalna. I nie powtarzaj komend – uciąłem. Popatrzyłem na przyrządy i pokręciłem głową. Przyspieszałem szybko, bez grawikompensatorów chyba się tu nie obeszło. Przy półtora tysiącu na godzinę rozpęd się skończył, a nad pulpitem, w powietrzu, pojawił się napis.
Prędkość maksymalna. Dopalanie?
Jaki lakoniczny…
– Nie trzeba. Potrzebuję mapy. Albo nie… Możesz wytyczyć trasę do miasta Ałma Ata?
Miasto Wierny – Ałma Ata? Współrzędne…
– Tak – przerwałem pełznącej w powietrzu linijce. – Właśnie to. Jak długo będzie trwał lot?
Trzymając się publicznych linii powietrznych 6 godzin i 22 minuty. Z WYKORZYSTANIEM TRAS POSPIESZNYCH 4 GODZINY…
– Skorzystaj z linii publicznych – poleciłem.
Lot po „trasach pospiesznych” mógł być płatny. Albo wymagałby posiadania tajemniczego Znaku. Ta myśl sprowokowała nowe pytanie:
– Potrzebuję wyjaśnienia pewnych terminów. Czy istnieje możliwość skorzystania z encyklopedii?
Pytanie mogło zdradzić we mnie obcego, ale nie miałem innego wyjścia. Znalezienie się wśród ludzi bez znajomości elementarnych pojęć było jeszcze większym ryzykiem.
Tak.
– Dobrze. Daj wyjaśnienie terminów Znak Samodzielności, roaderzy, Ansambl…
Zawahałem się i dodałem:
– Genormiści, Księga Gór. Możesz odpowiadać głośno.
Usiadłem wygodniej w fotelu i czekałem. Flaer zakręcił płynnie, wychodząc na linię publiczną. Na pulpicie migotały światełka: wyliczanie kursu albo opracowywanie odpowiedzi na pytania… A może po prostu iluzja wytężonej pracy.
– Znak Samodzielności, Znak, Token – w stłumionym głosie flaera dźwięczał cięgle ten sam ton zadowolenia z dobrze wykonywanego zadania. – Wyjaśnienie na podstawie zbiorczego słownika socjologii.
– Opowiadaj – zachęciłem go, zamykając oczy. Fotel we flaerze był cholernie wygodny. Ruchu nie czuło się prawie wcale.