Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 83 84 85 86 87 88 89 90 91 ... 173
Перейти на страницу:

Front bu­dyn­ku wy­cho­dził na sze­ro­ką, bru­ko­wa­ną uli­cę, a par­ter, po­dob­nie jak par­te­ry są­sied­nich ka­mie­nic, stra­szył ol­brzy­mim, ko­lo­ro­wym szyl­dem. Szyld gło­sił „Amu­le­ty, Ta­ly­zma­ny y Wsze­la­kie Inne Ma­gicz­ne Pre­cy­oza”. Ta­kie re­kla­my ro­bi­ły się ostat­nio mod­ne, choć Alt­sin był pe­wien, że parę dni wcze­śniej w skle­pi­ku sprze­da­wa­no przy­pra­wy, ko­rze­nie i zio­ła. Wi­docz­nie Ce­tron zmie­nił pro­fil swo­jej in­we­sty­cji.

Nie za­trzy­ma­li się przed głów­nym wej­ściem, tyl­ko skrę­ci­li w naj­bliż­szy za­ułek i pod­je­cha­li od tyłu. Wej­ście po scho­dach na pierw­sze pię­tro było nie lada wy­czy­nem, chło­pak co kil­ka stop­ni za­trzy­my­wał się, żeby zła­pać od­dech, ale Ker­lan nie za­mie­rzał go oszczę­dzać.

– Po­spiesz się – po­wie­dział, po­kle­pu­jąc go po ra­mie­niu, co wy­wo­ła­ło eks­plo­zję fa­jer­wer­ków w gło­wie Alt­si­na. – Ce­tron na­praw­dę jest nie w hu­mo­rze.

Po przej­ściu przez krót­ką sień zna­leź­li się w dość du­żym, pięk­nie wy­koń­czo­nym drew­nem po­ko­ju. Przez sze­ro­kie okno wi­dać było bu­dyn­ki na­prze­ciw­ko.

Ce­tron sie­dział przy dłu­gim sto­le, prze­rzu­ca­jąc ja­kieś per­ga­mi­ny. Minę miał cho­ler­nie po­waż­ną.

Przy­wód­ca gil­dii był kor­pu­lent­nym, gru­bo­ko­ści­stym męż­czy­zną w śred­nim wie­ku. Sta­rał się ubie­rać i za­cho­wy­wać jak do­brze pro­spe­ru­ją­cy ku­piec, co nie wszyst­kim w po­tęż­nej Li­dze Czap­ki się po­do­ba­ło. Ale or­ga­ni­za­cja, zrze­sza­jąc zło­dziej­skie gil­die w mie­ście, po­zwa­la­ła swo­im pod­wład­nym na pew­ne dzi­wac­twa.

– Na­resz­cie – wark­nął, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od trzy­ma­nych w ręku do­ku­men­tów. – Gdzie go zna­la­złeś?

– Na na­brze­żu. Przy pół­noc­nym molo.

– Co ro­bił przez całą noc?

– Ja... – Alt­sin usi­ło­wał się wtrą­cić.

– Za­mknij się. Nie cie­bie py­tam. Ker­lan?

– Twier­dzi, że za­ła­twiał ja­kąś umo­wę.

– A co ro­bił, kie­dy go zna­la­złeś?

– Sta­wiał się He­re­gon­to­wi i Teo.

– O, do­praw­dy? – Gru­bas do­pie­ro te­raz uniósł gło­wę i spoj­rzał na nich. – Nie wy­glą­da na to, żeby wcze­śniej upadł na gło­wę. Py­ta­łeś, kie­dy wy­szły z por­tu „Da­wer” i „Yona­de­ruk”?

– Trzy go­dzi­ny temu. Jak tyl­ko za­czął się od­pływ.

Alt­sin wes­tchnął ci­cho. Za­le­d­wie trzy go­dzi­ny, a wy­da­wa­ło się, że mi­nę­ło mu pół ży­cia.

– Aha. A dla­cze­go on tak śmier­dzi?

– Nie wiem. Jego za­py­taj.

– Alt­sin?

Miał już dość.

– Słu­chaj, Cet. Spę­dzi­łem całą noc na stat­ku peł­nym bar­ba­rzyń­ców, któ­rzy przy­wieź­li tu kopy nad­gni­łych fo­czych skór i becz­ki psu­ją­ce­go się tra­nu. Ja­dłem ich żar­cie i pi­łem ich piwo. A wszyst­ko dla­te­go, że pro­si­łeś mnie, że­bym do­star­czył temu pi­ra­to­wi...

Ce­tron mach­nął ręką i wró­cił do stu­dio­wa­nia do­ku­men­tów.

– Wy­star­czy. Po­wi­nie­nem cię ostrzec, że ich wdzięcz­ność bywa nie­bez­piecz­na. Więc Hor­gers się zgo­dził?

– Mogę usiąść? Ja­koś sła­bo się czu­ję.

– Sia­daj. – Gru­bas wska­zał mu krze­sło na­prze­ciw­ko. – I opo­wia­daj. Na­pi­jesz się cze­goś?

– Wody. Czy­stej i zim­nej.

– Ker­lan.

– Już idę. – Łysy męż­czy­zna znik­nął za drzwia­mi.

– Więc – Ce­tron roz­siadł się wy­god­niej – co po­wie­dział?

– Był ucie­szo­ny jak dia­bli. Pły­nę­li tu pra­wie mie­siąc. Na pół­no­cy nie opła­ca się sprze­da­wać skór i tra­nu, w Feli i Ho­den trwa ja­kaś woj­na czy po­wsta­nie i por­ty chęt­nie przyj­mu­ją stat­ki, ale ża­den stam­tąd nie wy­pły­wa. Re­kwi­ru­ją, jak leci. Z Ar-Mit­tar wy­pły­nę­ły mu na spo­tka­nie czte­ry ło­dzie peł­ne woj­ska. Twier­dził, że to wszyst­ko wina oszczerstw rzu­ca­nych na jego na­cję przez Fer­len­gów. No wiesz, ja­ko­by byli pi­ra­ta­mi czy coś ta­kie­go...

– Cze­go to lu­dzie nie wy­my­ślą.

– Wła­śnie. Te ło­dzie ści­ga­ły ich, ale tak, żeby przy­pad­kiem nie do­ści­gnąć. W koń­cu Hor­gers miał dwa okrę­ty i po­nad set­kę lu­dzi. Ale od­pę­dzi­li ich od wy­brze­ża. Po­tem przy­szedł sztorm i ze­pchnął ich jesz­cze da­lej.

– Ten sprzed dzie­się­ciu dni?

– Ten sam. Skó­ry za­mo­kły, becz­ki z tra­nem za­czę­ły prze­cie­kać, a żeby za­wró­cić z otwar­te­go mo­rza, mu­sie­li wio­sło­wać przez pięć dni. Gdy tu do­tar­li, czuć ich było na milę. Trzy dni cze­ka­li, aż znaj­dzie się ku­piec, w koń­cu ktoś wziął to­war za jed­ną dwu­dzie­stą tego, co spo­dzie­wa­li się do­stać. I tak nie­źle, ale le­d­wie im star­czy­ło na za­pro­wian­to­wa­nie stat­ków na po­dróż po­wrot­ną. My­ślę, że i tak za­mie­rza­li po­swa­wo­lić tro­chę w dro­dze na pół­noc.

– Po­swa­wo­lić?

– Ta­kie­go okre­śle­nia użył.

– Aha. Więc był za­do­wo­lo­ny?

– Cho­ler­nie. Ugo­ścił mnie reszt­ką swo­ich daw­nych za­pa­sów, czymś, co na­zy­wa­ło się ber­dys... ber­gas?

– Ber­go­ass.

– Cał­kiem smacz­ne, cho­ciaż nie do koń­ca zro­zu­mia­łem, co to jest.

– To, co od­róż­nia ba­ra­na od owcy, ma­ry­no­wa­ne w kro­wim mo­czu. – Ce­tron uśmiech­nął się zło­śli­wie. – Co? Zno­wu bę­dziesz rzy­gał? Nie w tej kom­na­cie, synu. Ale to nie ber­go­ass cię wy­koń­czy­ło?

– Nie. – Alt­sin sta­rał się od­dy­chać po­wo­li i głę­bo­ko. – To piwo. Moc­ne i cho­ler­nie pod­stęp­ne. Po pierw­szej pół­kwar­cie nic nie po­czu­łem, po czwar­tej za­czą­łem roz­wa­żać, czy by się do nich nie za­mu­stro­wać. Szó­stej nie pa­mię­tam. Je­steś mi spo­ro wi­nien.

– Po­my­ślę o tym.

Zja­wił się Ker­lan z dzban­kiem i dwo­ma kub­ka­mi. Alt­sin dusz­kiem opróż­nił je­den, po­tem dru­gi i trze­ci. W tym cza­sie Ce­tron le­d­wo umo­czył war­gi, przy­pa­tru­jąc mu się z uwa­gą. Zło­dzie­jo­wi zu­peł­nie nie po­do­ba­ło się to spoj­rze­nie.

– No do­bra. – Opróż­nił czwar­ty ku­bek i po­czuł się le­piej, na­wet głos jak­by mu wra­cał. – Co zna­czy to za­pro­sze­nie?

– Za­raz się do­wiesz, bez po­śpie­chu. Na pew­no nie opusz­cza­łeś nocą por­tu?

– Już mó­wi­łem. Nie. Ock­ną­łem się o świ­cie na molo. Sam. Omal się nie wy­koń­czy­łem, żeby ta mit­tar­ska ga­le­ra...

– Wy­star­czy. Cie­szę się, że wszyst­ko za­ła­twi­łeś, i na­praw­dę je­stem wdzięcz­ny. Resz­tę omó­wi­my póź­niej.

– Na przy­kład moją za­pła­tę?

– To też.

Drzwi skrzyp­nę­ły i ktoś wszedł. Mło­dy zło­dziej pa­trzył na nie­go, sta­ra­jąc się przy­po­mnieć so­bie, skąd zna tę twarz. Po dwóch czy trzech ude­rze­niach ser­ca przy­po­mniał so­bie. Za­mknął oczy, otwo­rzył. Spoj­rzał na Ce­tro­na, uno­sząc wy­so­ko brwi i ocze­ku­jąc wy­ja­śnień. W koń­cu ubra­ny w skrom­ny, bury ha­bit męż­czy­zna, wcho­dzą­cy jak­by ni­g­dy nic do sie­dzi­by zło­dziej­skiej gil­dii, nie mógł być De­ar­go­nem Ka­ne­wo­sem, Wiel­kim Skarb­ni­kiem Świą­ty­ni Mie­cza.

1 ... 83 84 85 86 87 88 89 90 91 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)