Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Front budynku wychodził na szeroką, brukowaną ulicę, a parter, podobnie jak partery sąsiednich kamienic, straszył olbrzymim, kolorowym szyldem. Szyld głosił „Amulety, Talyzmany y Wszelakie Inne Magiczne Precyoza”. Takie reklamy robiły się ostatnio modne, choć Altsin był pewien, że parę dni wcześniej w sklepiku sprzedawano przyprawy, korzenie i zioła. Widocznie Cetron zmienił profil swojej inwestycji.
Nie zatrzymali się przed głównym wejściem, tylko skręcili w najbliższy zaułek i podjechali od tyłu. Wejście po schodach na pierwsze piętro było nie lada wyczynem, chłopak co kilka stopni zatrzymywał się, żeby złapać oddech, ale Kerlan nie zamierzał go oszczędzać.
– Pospiesz się – powiedział, poklepując go po ramieniu, co wywołało eksplozję fajerwerków w głowie Altsina. – Cetron naprawdę jest nie w humorze.
Po przejściu przez krótką sień znaleźli się w dość dużym, pięknie wykończonym drewnem pokoju. Przez szerokie okno widać było budynki naprzeciwko.
Cetron siedział przy długim stole, przerzucając jakieś pergaminy. Minę miał cholernie poważną.
Przywódca gildii był korpulentnym, grubokościstym mężczyzną w średnim wieku. Starał się ubierać i zachowywać jak dobrze prosperujący kupiec, co nie wszystkim w potężnej Lidze Czapki się podobało. Ale organizacja, zrzeszając złodziejskie gildie w mieście, pozwalała swoim podwładnym na pewne dziwactwa.
– Nareszcie – warknął, nie odrywając wzroku od trzymanych w ręku dokumentów. – Gdzie go znalazłeś?
– Na nabrzeżu. Przy północnym molo.
– Co robił przez całą noc?
– Ja... – Altsin usiłował się wtrącić.
– Zamknij się. Nie ciebie pytam. Kerlan?
– Twierdzi, że załatwiał jakąś umowę.
– A co robił, kiedy go znalazłeś?
– Stawiał się Heregontowi i Teo.
– O, doprawdy? – Grubas dopiero teraz uniósł głowę i spojrzał na nich. – Nie wygląda na to, żeby wcześniej upadł na głowę. Pytałeś, kiedy wyszły z portu „Dawer” i „Yonaderuk”?
– Trzy godziny temu. Jak tylko zaczął się odpływ.
Altsin westchnął cicho. Zaledwie trzy godziny, a wydawało się, że minęło mu pół życia.
– Aha. A dlaczego on tak śmierdzi?
– Nie wiem. Jego zapytaj.
– Altsin?
Miał już dość.
– Słuchaj, Cet. Spędziłem całą noc na statku pełnym barbarzyńców, którzy przywieźli tu kopy nadgniłych foczych skór i beczki psującego się tranu. Jadłem ich żarcie i piłem ich piwo. A wszystko dlatego, że prosiłeś mnie, żebym dostarczył temu piratowi...
Cetron machnął ręką i wrócił do studiowania dokumentów.
– Wystarczy. Powinienem cię ostrzec, że ich wdzięczność bywa niebezpieczna. Więc Horgers się zgodził?
– Mogę usiąść? Jakoś słabo się czuję.
– Siadaj. – Grubas wskazał mu krzesło naprzeciwko. – I opowiadaj. Napijesz się czegoś?
– Wody. Czystej i zimnej.
– Kerlan.
– Już idę. – Łysy mężczyzna zniknął za drzwiami.
– Więc – Cetron rozsiadł się wygodniej – co powiedział?
– Był ucieszony jak diabli. Płynęli tu prawie miesiąc. Na północy nie opłaca się sprzedawać skór i tranu, w Feli i Hoden trwa jakaś wojna czy powstanie i porty chętnie przyjmują statki, ale żaden stamtąd nie wypływa. Rekwirują, jak leci. Z Ar-Mittar wypłynęły mu na spotkanie cztery łodzie pełne wojska. Twierdził, że to wszystko wina oszczerstw rzucanych na jego nację przez Ferlengów. No wiesz, jakoby byli piratami czy coś takiego...
– Czego to ludzie nie wymyślą.
– Właśnie. Te łodzie ścigały ich, ale tak, żeby przypadkiem nie doścignąć. W końcu Horgers miał dwa okręty i ponad setkę ludzi. Ale odpędzili ich od wybrzeża. Potem przyszedł sztorm i zepchnął ich jeszcze dalej.
– Ten sprzed dziesięciu dni?
– Ten sam. Skóry zamokły, beczki z tranem zaczęły przeciekać, a żeby zawrócić z otwartego morza, musieli wiosłować przez pięć dni. Gdy tu dotarli, czuć ich było na milę. Trzy dni czekali, aż znajdzie się kupiec, w końcu ktoś wziął towar za jedną dwudziestą tego, co spodziewali się dostać. I tak nieźle, ale ledwie im starczyło na zaprowiantowanie statków na podróż powrotną. Myślę, że i tak zamierzali poswawolić trochę w drodze na północ.
– Poswawolić?
– Takiego określenia użył.
– Aha. Więc był zadowolony?
– Cholernie. Ugościł mnie resztką swoich dawnych zapasów, czymś, co nazywało się berdys... bergas?
– Bergoass.
– Całkiem smaczne, chociaż nie do końca zrozumiałem, co to jest.
– To, co odróżnia barana od owcy, marynowane w krowim moczu. – Cetron uśmiechnął się złośliwie. – Co? Znowu będziesz rzygał? Nie w tej komnacie, synu. Ale to nie bergoass cię wykończyło?
– Nie. – Altsin starał się oddychać powoli i głęboko. – To piwo. Mocne i cholernie podstępne. Po pierwszej półkwarcie nic nie poczułem, po czwartej zacząłem rozważać, czy by się do nich nie zamustrować. Szóstej nie pamiętam. Jesteś mi sporo winien.
– Pomyślę o tym.
Zjawił się Kerlan z dzbankiem i dwoma kubkami. Altsin duszkiem opróżnił jeden, potem drugi i trzeci. W tym czasie Cetron ledwo umoczył wargi, przypatrując mu się z uwagą. Złodziejowi zupełnie nie podobało się to spojrzenie.
– No dobra. – Opróżnił czwarty kubek i poczuł się lepiej, nawet głos jakby mu wracał. – Co znaczy to zaproszenie?
– Zaraz się dowiesz, bez pośpiechu. Na pewno nie opuszczałeś nocą portu?
– Już mówiłem. Nie. Ocknąłem się o świcie na molo. Sam. Omal się nie wykończyłem, żeby ta mittarska galera...
– Wystarczy. Cieszę się, że wszystko załatwiłeś, i naprawdę jestem wdzięczny. Resztę omówimy później.
– Na przykład moją zapłatę?
– To też.
Drzwi skrzypnęły i ktoś wszedł. Młody złodziej patrzył na niego, starając się przypomnieć sobie, skąd zna tę twarz. Po dwóch czy trzech uderzeniach serca przypomniał sobie. Zamknął oczy, otworzył. Spojrzał na Cetrona, unosząc wysoko brwi i oczekując wyjaśnień. W końcu ubrany w skromny, bury habit mężczyzna, wchodzący jakby nigdy nic do siedziby złodziejskiej gildii, nie mógł być Deargonem Kanewosem, Wielkim Skarbnikiem Świątyni Miecza.