Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
– Dlaczego amerykański? – zdziwił się prokurator. Chłopak pociągnął nosem. Diabli wiedzą, co kołatało mu się po głowie i dlaczego obdarzył przypuszczalnego wroga ojczyzny tak odległym obywatelstwem.
– Nie, austro-węgierski. – Matwiej Bencjonowicz wybrał nieco bardziej prawdopodobny wariant. Dorożkarz skinął.
– Wasza wielmożność, a może bym tak tych okienek przypilnował? Choćby do rana? Dla nas to nic takiego, nie zaśpimy. Bo co? Owies dla konia mam. I wezmę niedrogo. Trzy rubelki. No, dwa i połówkę.
Widać było, że strasznie chciałby się tym austriackim szpiegiem zająć. Najważniejsze, że nie był to wcale głupi pomysł. No i cena przystępna.
– Dobra. Będę tam, w hotelu. Widzisz okno? Narożne, na parterze. Jeśli on gdzieś wyruszy albo ktoś do niego przyjdzie, jeśli nawet zapali się światło, natychmiast daj mi znać. – Berdyczowski zamyślił się.
– Tylko jak?
– Zagwiżdżę – zaproponował 48-36. – Umiem jak nikt, jak Słowik rozbójnik.
Złożył palce w kółko i przeszywająco zagwizdał – konie przysiadły, z drzwi „Helsingforsu" wyjrzał szwajcar, a z dwóch stron odpowiedziały gwizdki policjantów.
– Nie, gwizdać nie będziemy – powiedział prokurator, wciskając się w siedzenie i popatrując uważnie na okna Dolinina, czy przypadkiem nie drgnie tam kotara. – Lepiej rzuć kamykiem.
Położył się do łóżka, nie zdejmując ubrania ani butów. Wypił trochę zakupionego w pasażu handlowym mozelskiego – z butelki. Nie za dużo – jeszcze tego brakowało, aby w dojrzałym wieku oddal się pijaństwu. Leżał, zarzuciwszy rękę za głowę. Od czasu do czasu sięgał po butelkę. Myślał i o Maszy, i o Pelagii.
Obydwie kobiety, całkowicie różne, jakimś niepojętym sposobem łączyły się w jedną istotę, a czułość dla niej wyrażała się łzami w oczach Matwieja Bencjonowicza.
Berdyczowskiego zbudził jakiś ostry, nienaturalny dźwięk – nie od razu zrozumiał, co to mogło być. Dopiero kiedy w okno uderzył drugi kamyczek, na tyle mocno, że pękło szkło, prokurator zerwał się, jeszcze nie w pełni przytomny, i zaczął się miotać po pokoju.
Było jasno. Ranek.
Prokurator uniósł ramę, wyjrzał.
Przy chodniku czekała dorożka.
– Jaśnie panie, szybciej, szybciej! – 48-36 zamachał ręką. – Dawajcie, bo ucieknie! Radca stanu tak właśnie postąpił – pochwycił surdut i kapelusz i „dał" prosto przez parapet. Poobijał sobie nogi, za to natychmiast oprzytomniał.
– Gdzie? – wytchnął.
– Skręcił za róg! – Dorożkarz zaciął konia. – Zaraz dogonimy!
Berdyczowski wyjął z kieszeni zegarek. Wpół do ósmej. Sergiusz Siergiejewicz jakoś wcześnie wybiera się do pracy.
Senność jak ręką odjął, prokurator całkowicie poświęcił się gorączkowej pogoni.
– Tam jest! – wskazał 48-36.
Przodem jechała zamknięta czarna kareta, rządowa, z tych, co to zwykle wożą do pracy urzędników w generalskiej randze.
Skręciła na Zabałkański, przez chwilę jechała nabrzeżem, ale skręt w prospekt Izmajlowski minęła. Ach, tak, nie do pracy! Kancelaria ministerstwa jest przecież na Morskiej!
– Co było w nocy? – zapytał niecierpliwie Berdyczowski.
– Nic, wasza wielmożność. Nie spałem ani minutki, niech pan nie myśli.
– Masz tu.
Wcisnął nie dwa i pół, nawet nie trzy, ale cztery ruble za pilność. Dorożkarz jednak nawet nie spojrzał, ile mu dają – włożył tylko pieniądze do kieszeni. Przydałbyś się, braciszku, do sekcji śledczej – pomyślał Matwiej Bencjonowicz. Byłby z ciebie doskonały agent.
Kareta przejechała nabrzeżem Fontanki, przeturlała się przez most Jekaterynhofski i wkrótce zatrzymała pod domem z dużymi oknami.
– Co to może być?
– Gimnazjum, wasza wielmożność.
Matwiej Bencjonowicz sam już się domyślił. Gimnazjum. Zdaje się, że piąte męskie. Czego Dolinin mógłby tutaj szukać?
Sergiusz Siergiejewicz nie tylko nie wysiadł z ekwipażu, ale zaciągnął firanki.
Ciekawe. Wokół gimnazjum nic ciekawego się nie działo. Wysokie drzwi otwierały się raz po raz, wpuszczając uczniów i nauczycieli. Woźny zdjął kaszkiet i ukłonił się nisko, witając jakąś nadętą personę – może dyrektora, a może inspektora.
Raz tylko Berdyczowskiemu wydało się, że firaneczka lekko drgnęła, po chwili jednak ktoś ją zaciągnął i zaraz potem ekwipaż ruszył z miejsca.
Po co? Dlaczego Dolinin przyjechał tutaj tak wcześnie? Wszak nie po to, by przyglądać się dzieciom. Właśnie dzieciom – olśniło nagle Matwieja Bencjonowicza. A ściślej, jednemu z nich. Pelagia mówiła, że przy rozwodzie żona zabrała Sergiuszowi Siergiejewiczowi syna.
Rzecz jak najbardziej zrozumiała. Ojciec wyjeżdżał, stęsknił się. Synowi jednak nie chce się pokazywać – może złożył taką obietnicę, może powodowany dumą, a może nie chce niepokoić chłopca, który zżywa się z nowym ojcem.
Wydawałoby się, nic takiego, zwykły ludzki postępek, Berdyczowski był jednak zaskoczony. Jakoś nie oczekuje się zwykłych ludzkich odruchów od złoczyńcy, który wynajmuje zabójców i przelewa niewinną krew.
A może Dolinin wcale nie jest złoczyńcą?
Prokurator nie miał przecież osiemnastu lat, życie i praca powinny go nauczyć, że nie wszyscy nikczemnicy są tak czarni jak hrabia Czarnokucki, a mimo to był skonfundowany – żadną miarą nie spodziewał się, że potwór, który umyślił zgładzenie Pelagii, może mieć w sobie coś ludzkiego.
– No cóż, nawet żmija kocha swoje żmijęta – wymamrotał radca stanu, odsuwając od siebie niestosowne wątpliwości.
Miasto rozbudziło się na dobre. Ulice wypełniły się ekwipażami, po chodnikach spieszył do pracy tłum ludzi.
Musieli skrócić dystans, bo inaczej mogli zgubić obiekt obserwacji.
Tak się jednak stało obok pałacu Maryjskiego. Regulujący ruch policjant machnął ręką, czarna kolaska pojechała w kierunku konnego pomnika Mikołaja I, a Berdyczowski utkwił na moście. Chciał już puścić się biegiem, ale to mogło wywołać sensację: szacowny obywatel w dojrzałym wieku pędzi po jezdni, przytrzymując kapelusz.
Dorożkarz uniósł się na koźle, a potem nawet stanął na siedzeniu.
– I co, skręcił w Morską? – niecierpliwie zapytał prokurator.
– Nie, dał prosto, do Isaakija! Znowu nie do pracy, nie do ministerstwa! Wreszcie mogli ruszyć.
48-36 zaciął konia, zręcznie wyminął fiakra, zajechał drogę czterokonnemu omnibusowi i już po minucie turkotał po placu Senackim.
Ściągnął nagle wodze i zatrzymał konie.
– Co takiego?!
Chłopak wskazał głową w bok. Z naprzeciwka jechała powoli znajoma czarna kareta. Zasłonki w oknie odsunięte. W środku pusto.
Wysiadł! Tylko gdzie?
Po prawej – plac i pomnik Piotra. Na wprost – Newa. A wysadzić pasażera na nabrzeżu Angielskim i wrócić kareta by nie zdążyła.
A zatem Dolinin wszedł do jednego z potężnych gmachów, które mieściły się po lewej, między bulwarem a nabrzeżem: albo do Senatu, albo do Świętego Synodu. Raczej do Senatu, najwyższego organu sądowniczego cesarstwa. Bo co śledczy mógłby robić w Synodzie?
– Wasza wielmożność, gdzie teraz? – zapytał dorożkarz.
– Czekaj tam. – Berdyczowski wskazał ogrodzenie skweru.
Do kogo w Senacie udał się Dolinin zaraz po powrocie z wyjazdu służbowego? Człowiek, którego odwiedza wcześniej niż własnych zwierzchników, jest z pewnością kluczową figurą w tej złowieszczej konspiracji.
Co należy zrobić? Podejść do dyżurnego, który prowadzi księgę gości, i powiedzieć: „Powinien pojawić się u was rzeczywisty radca stanu Dolinin z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Zapomniał o ważnych dokumentach, zaczekam tutaj, żeby mu je przekazać". Urzędnik odpowie: „Jego ekscelencja już przybył, jest u tego a tego". A gdyby nie powiedział, do kogo poszedł Dolinin, to można zapytać. To natarczywe, rzecz jasna, ale zwykle skuteczne.