Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 83 84 85 86 87 88 89 90 91 ... 210
Перейти на страницу:

Ken­neth przy­kuc­nął, aż jego twarz zna­la­zła się tyl­ko kil­ka cali wy­żej niż twarz Bo­re­he­da.

— Nie. Pa­mię­tasz Byrt? Tę wio­skę, gdzie lu­dzie znaj­do­wa­li ar­te­fak­ty po Woj­nach Bo­gów? Dzie­cia­ka z rę­ka­wi­ca­mi, któ­ry­mi roz­szar­py­wał do­ro­słych na strzę­py? Te rę­ka­wi­ce za­mie­ni­ły go w coś nie­ludz­kie­go. Po­wie­dzia­łeś wte­dy, że gdy­bym wie­dział, co to zna­czy, rzu­cił­bym się na miecz, pa­mię­tasz?

Bo­re­hed ski­nął gło­wą, a jego usta uło­ży­ły się znów w lek­ce­wa­żą­cy gry­mas.

— Pa­mię­tam. Gdy­byś wie­dział, co to zna­czy… że ła­mią się ba­rie­ry, że to, co na ze­wnątrz, poza Mro­kiem, może ła­twiej się do nas do­stać. Po­rzą­dek, na któ­re­go stra­ży sta­li wasi Nie­śmier­tel­ni, ła­mie się i kru­szy, a świat… Moje sny prze­śla­du­je wi­zja czar­nej zie­mi na wiecz­ność na­kry­tej ko­pu­łą w ko­lo­rze sta­li. Mrok… A tacy głup­cy jak ty…

Po­rucz­nik uśmiech­nął się tak, że sza­man umilkł w pół sło­wa, a po­tem straż­nik po­chy­lił się lek­ko, na tyle, by jego szept do­tarł do uszu cza­row­ni­ka.

— Nic nie wiesz o Mro­ku, Bo­re­he­dzie Rzeź­ni­ku. Ja tam by­łem. Ja i moi lu­dzie. Szli­śmy po rów­ni­nie ze ska­ły gład­kiej jak szkło i czar­nej jak naj­ciem­niej­sza noc. Spa­li­śmy pod nie­bem, któ­re ni­g­dy nie zmie­nia­ło bar­wy. Wal­czy­li­śmy z tymi, któ­rzy przy­by­li spo­za Mro­ku, i za­bi­ja­li­śmy ich. Pi­li­śmy tam­tej­szą wodę i od­dy­cha­li­śmy tam­tej­szym po­wie­trzem. A ta dłu­go­wło­sa blon­dyn­ka, któ­ra to­wa­rzy­szy Szczu­rom, wła­śnie spo­za Mro­ku po­cho­dzi. I po­dej­rze­wam, że ta­kich jak ona może być wię­cej, bo wszyst­kie Szczu­ry bie­ga­ją tam i z po­wro­tem jak dziw­ki w pod­pa­lo­nym bur­de­lu. A w chwi­li, gdy zmu­si­łeś nas, by­śmy ci to­wa­rzy­szy­li, wy­bie­ra­li­śmy się tam z po­wro­tem. W Mrok.

Spoj­rzał w oczy Bo­re­he­da, zdu­mio­ne te­raz i wstrzą­śnię­te.

— Je­śli więc śnisz kosz­ma­ry o tym miej­scu, to po­wi­nie­neś też śnić kosz­ma­ry o nas. Le­piej więc pa­mię­taj, je­śli przyj­dzie ci do łba nas zdra­dzić, że je­ste­śmy żoł­nie­rza­mi z two­je­go kosz­ma­ru, sza­ma­nie.

Wstał, spo­glą­da­jąc na le­żą­ce­go cza­row­ni­ka.

— Przy­ślę lu­dzi, żeby prze­nie­śli cię bli­żej nas. Do­sta­niesz na­miot, coś do je­dze­nia i pi­cia. Prze­śpij się, bo ran­kiem idzie­my na rufę. Znaj­dzie­my tego, kto ste­ru­je, i po­roz­ma­wia­my so­bie z nim. Le­piej, że­byś wte­dy po­tra­fił się na coś przy­dać.

* * *

Wy­ru­szy­li jed­nak do­pie­ro po czte­rech dniach, a głów­ne przy­czy­ny opóź­nie­nia były dwie. Po pierw­sze sta­tek za­czął się dziw­nie za­cho­wy­wać, to zwal­niał, to przy­spie­szał, to sta­wał na chwi­lę. Jed­ne­go dnia, są­dząc po ru­chach słoń­ca na nie­bie, za­to­czył na­wet ol­brzy­mie koło, zbli­ża­jąc się do brze­gu na kil­ka mil. Ken­neth skie­ro­wał po­ło­wę kom­pa­nii do bu­do­wy tratw, a je­śli wio­zą­cy ich po­twór za­trzy­mał­by się w po­bli­żu lądu, po­rucz­nik był go­tów pod­jąć ry­zy­ko opusz­cze­nia po­kła­du. Dru­gą przy­czy­nę sta­no­wił Bo­re­hed. Sza­man do­stał ta­kiej go­rącz­ki, że nie spo­sób było się do nie­go zbli­żyć. Do­słow­nie. Po­wie­trze nad jego no­sza­mi fa­lo­wa­ło, a Fen­lo Nur twier­dził, że naj­pew­niej wszyst­kie du­chy ahe­ra wi­szą tam, cze­ka­jąc na szan­sę uwol­nie­nia się i roz­dar­cia jego cia­ła na strzę­py. Taka była cena sza­mań­skiej ma­gii, gdy cza­row­nik umie­rał na­gle, nie od­pra­wiw­szy od­po­wied­nich ry­tu­ałów. Dzie­sięt­nik Pią­tej sta­now­czo od­ra­dzał pró­by zbli­ża­nia się do Bo­re­he­da. Po­tem wszyst­ko wró­ci­ło do nor­my, sta­tek pod­jął po­dróż na wschód i choć pły­nął wol­niej niż po­przed­nio, mo­gli za­po­mnieć o tra­twach, a sza­man otwo­rzył oczy i za­żą­dał je­dze­nia. Gdy więc pią­te­go dnia o świ­cie ru­szy­li w dro­gę, nie było chy­ba ni­ko­go, kto ża­ło­wał­by opusz­cze­nia dzio­bu. Kom­na­ta, w któ­rej kom­pa­nia na zmia­nę spę­dza­ła noce, oka­za­ła się – w chwi­li, gdy zna­la­zło się w niej trzy­dzie­stu lu­dzi – za­ska­ku­ją­co ciem­na, cia­sna i dusz­na. Uży­li obu zna­le­zio­nych lamp, ale Ken­neth miał wra­że­nie, że tyl­ko po­gar­sza­ją spra­wę; ich świa­tło, drżą­ce i nie­pew­ne, było po­ły­ka­ne przez czar­ne ścia­ny, po­dob­nie jak blask nie­wiel­kie­go ogni­ska, któ­re roz­pa­li­li, by zjeść coś cie­płe­go i pod­su­szyć wil­got­ne rze­czy. Na do­da­tek, gdy już uło­ży­li się do snu, do­tar­ło do nich, że sta­tek wca­le nie jest ci­chy. Ję­czał, trzesz­czał, skrzy­piał i bul­go­tał. Na gó­rze wiatr za­głu­szał te od­gło­sy, ale w trze­wiach okrę­tu roz­le­ga­ły się wy­raź­nie, więc noce spę­dza­li nie­spo­koj­nie i ner­wo­wo. Z ulgą opu­ści­li tym­cza­so­we schro­nie­nie i przy­go­to­wy­wa­li się do wy­ru­sze­nia na rufę.

Chcie­li tam do­trzeć jak naj­szyb­ciej, bo za­cho­wa­nie stat­ku po­twier­dza­ło tyl­ko ich po­dej­rze­nia, że ktoś nim ste­ru­je. Oprócz tego, że zwol­nił, za­czął też pły­nąć szlacz­kiem, za­krę­ca­jąc z pół­no­cy na po­łu­dnie i z po­wro­tem. Jak­by cze­goś szu­kał.

Ken­ne­tho­wi bar­dzo się nie po­do­ba­ła ta zmia­na.

Na miej­scu zo­sta­wi­li czte­ry sa­nie, po­zo­sta­łe po­rą­ba­li i za­bra­li jako opał. Skrom­ne za­pa­sy, na­mio­ty i resz­tę sprzę­tu mie­li nieść sami, dla Gór­skiej Stra­ży nor­mal­na spra­wa, a na­wet Szczu­ry nie pro­te­sto­wa­ły, gdy ka­za­no im za­ła­do­wać wszyst­ko do wor­ków i wrzu­cić na wła­sne grzbie­ty. Bo­re­he­da, któ­ry po doj­ściu do sie­bie był dziw­nie ci­chy i wy­ga­szo­ny, mia­ło na zmia­nę nieść po dwóch lu­dzi, sza­man mógł się przy­dać, jak już od­zy­ska siły. Ken­neth tro­chę ża­ło­wał, że zdra­dził mu se­kret Szó­stej, w koń­cu był pra­wie pe­wien, że na­wet Olag-hes-Brend, Szczur trze­ciej kla­sy, nie wie­dział, dla­cze­go ka­za­no mu ścią­gnąć ich kom­pa­nię z prze­łę­czy, ale nie było sen­su pła­kać nad tym, co się sta­ło. Spoj­rze­nia, ja­ki­mi Bo­re­hed ob­da­ro­wy­wał jego lu­dzi, war­te były wszyst­kie­go.

Szyb­ko i spraw­nie do­tar­li do miej­sca, w któ­rym parę dni wcze­śniej zna­leź­li cza­row­ni­ka, ale kil­ka­dzie­siąt kro­ków da­lej dro­gę za­gro­dzi­ło im szcze­gól­nie wy­so­kie i nie­przy­ja­zne zwa­ło­wi­sko be­lek, po­trza­ska­nych da­chów i szcząt­ków kil­ku masz­tów. Jak­by na­tknę­li się na wia­tro­łom. Ken­neth za­rzą­dził krót­ki po­stój, wy­sy­ła­jąc trzy dzie­siąt­ki i reszt­ki szczu­rzej dru­ży­ny w po­szu­ki­wa­niu naj­lep­szej dro­gi. Nie było sen­su błą­kać się po omac­ku, ła­miąc nogi i wpa­da­jąc do dziur. Ko­rzy­sta­jąc z chwi­li od­po­czyn­ku, pod­szedł do sza­ma­na.

— Wy­spa­łeś się przez te kil­ka dni?

— A co cię to ob­cho­dzi?

Bo­re­hed wy­glą­dał, jak­by jed­ną nogą znaj­do­wał się już na dro­dze do Domu Snu, ale wczo­raj, zwłasz­cza gdy Azger opa­try­wał jego rany, spra­wiał wra­że­nie, jak­by biegł po tej dro­dze ści­ga­ny przez zgra­ję wil­ków. Czy­li był po­stęp.

1 ... 83 84 85 86 87 88 89 90 91 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)