Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Kenneth przykucnął, aż jego twarz znalazła się tylko kilka cali wyżej niż twarz Boreheda.
— Nie. Pamiętasz Byrt? Tę wioskę, gdzie ludzie znajdowali artefakty po Wojnach Bogów? Dzieciaka z rękawicami, którymi rozszarpywał dorosłych na strzępy? Te rękawice zamieniły go w coś nieludzkiego. Powiedziałeś wtedy, że gdybym wiedział, co to znaczy, rzuciłbym się na miecz, pamiętasz?
Borehed skinął głową, a jego usta ułożyły się znów w lekceważący grymas.
— Pamiętam. Gdybyś wiedział, co to znaczy… że łamią się bariery, że to, co na zewnątrz, poza Mrokiem, może łatwiej się do nas dostać. Porządek, na którego straży stali wasi Nieśmiertelni, łamie się i kruszy, a świat… Moje sny prześladuje wizja czarnej ziemi na wieczność nakrytej kopułą w kolorze stali. Mrok… A tacy głupcy jak ty…
Porucznik uśmiechnął się tak, że szaman umilkł w pół słowa, a potem strażnik pochylił się lekko, na tyle, by jego szept dotarł do uszu czarownika.
— Nic nie wiesz o Mroku, Borehedzie Rzeźniku. Ja tam byłem. Ja i moi ludzie. Szliśmy po równinie ze skały gładkiej jak szkło i czarnej jak najciemniejsza noc. Spaliśmy pod niebem, które nigdy nie zmieniało barwy. Walczyliśmy z tymi, którzy przybyli spoza Mroku, i zabijaliśmy ich. Piliśmy tamtejszą wodę i oddychaliśmy tamtejszym powietrzem. A ta długowłosa blondynka, która towarzyszy Szczurom, właśnie spoza Mroku pochodzi. I podejrzewam, że takich jak ona może być więcej, bo wszystkie Szczury biegają tam i z powrotem jak dziwki w podpalonym burdelu. A w chwili, gdy zmusiłeś nas, byśmy ci towarzyszyli, wybieraliśmy się tam z powrotem. W Mrok.
Spojrzał w oczy Boreheda, zdumione teraz i wstrząśnięte.
— Jeśli więc śnisz koszmary o tym miejscu, to powinieneś też śnić koszmary o nas. Lepiej więc pamiętaj, jeśli przyjdzie ci do łba nas zdradzić, że jesteśmy żołnierzami z twojego koszmaru, szamanie.
Wstał, spoglądając na leżącego czarownika.
— Przyślę ludzi, żeby przenieśli cię bliżej nas. Dostaniesz namiot, coś do jedzenia i picia. Prześpij się, bo rankiem idziemy na rufę. Znajdziemy tego, kto steruje, i porozmawiamy sobie z nim. Lepiej, żebyś wtedy potrafił się na coś przydać.
* * *
Wyruszyli jednak dopiero po czterech dniach, a główne przyczyny opóźnienia były dwie. Po pierwsze statek zaczął się dziwnie zachowywać, to zwalniał, to przyspieszał, to stawał na chwilę. Jednego dnia, sądząc po ruchach słońca na niebie, zatoczył nawet olbrzymie koło, zbliżając się do brzegu na kilka mil. Kenneth skierował połowę kompanii do budowy tratw, a jeśli wiozący ich potwór zatrzymałby się w pobliżu lądu, porucznik był gotów podjąć ryzyko opuszczenia pokładu. Drugą przyczynę stanowił Borehed. Szaman dostał takiej gorączki, że nie sposób było się do niego zbliżyć. Dosłownie. Powietrze nad jego noszami falowało, a Fenlo Nur twierdził, że najpewniej wszystkie duchy ahera wiszą tam, czekając na szansę uwolnienia się i rozdarcia jego ciała na strzępy. Taka była cena szamańskiej magii, gdy czarownik umierał nagle, nie odprawiwszy odpowiednich rytuałów. Dziesiętnik Piątej stanowczo odradzał próby zbliżania się do Boreheda. Potem wszystko wróciło do normy, statek podjął podróż na wschód i choć płynął wolniej niż poprzednio, mogli zapomnieć o tratwach, a szaman otworzył oczy i zażądał jedzenia. Gdy więc piątego dnia o świcie ruszyli w drogę, nie było chyba nikogo, kto żałowałby opuszczenia dziobu. Komnata, w której kompania na zmianę spędzała noce, okazała się – w chwili, gdy znalazło się w niej trzydziestu ludzi – zaskakująco ciemna, ciasna i duszna. Użyli obu znalezionych lamp, ale Kenneth miał wrażenie, że tylko pogarszają sprawę; ich światło, drżące i niepewne, było połykane przez czarne ściany, podobnie jak blask niewielkiego ogniska, które rozpalili, by zjeść coś ciepłego i podsuszyć wilgotne rzeczy. Na dodatek, gdy już ułożyli się do snu, dotarło do nich, że statek wcale nie jest cichy. Jęczał, trzeszczał, skrzypiał i bulgotał. Na górze wiatr zagłuszał te odgłosy, ale w trzewiach okrętu rozlegały się wyraźnie, więc noce spędzali niespokojnie i nerwowo. Z ulgą opuścili tymczasowe schronienie i przygotowywali się do wyruszenia na rufę.
Chcieli tam dotrzeć jak najszybciej, bo zachowanie statku potwierdzało tylko ich podejrzenia, że ktoś nim steruje. Oprócz tego, że zwolnił, zaczął też płynąć szlaczkiem, zakręcając z północy na południe i z powrotem. Jakby czegoś szukał.
Kennethowi bardzo się nie podobała ta zmiana.
Na miejscu zostawili cztery sanie, pozostałe porąbali i zabrali jako opał. Skromne zapasy, namioty i resztę sprzętu mieli nieść sami, dla Górskiej Straży normalna sprawa, a nawet Szczury nie protestowały, gdy kazano im załadować wszystko do worków i wrzucić na własne grzbiety. Boreheda, który po dojściu do siebie był dziwnie cichy i wygaszony, miało na zmianę nieść po dwóch ludzi, szaman mógł się przydać, jak już odzyska siły. Kenneth trochę żałował, że zdradził mu sekret Szóstej, w końcu był prawie pewien, że nawet Olag-hes-Brend, Szczur trzeciej klasy, nie wiedział, dlaczego kazano mu ściągnąć ich kompanię z przełęczy, ale nie było sensu płakać nad tym, co się stało. Spojrzenia, jakimi Borehed obdarowywał jego ludzi, warte były wszystkiego.
Szybko i sprawnie dotarli do miejsca, w którym parę dni wcześniej znaleźli czarownika, ale kilkadziesiąt kroków dalej drogę zagrodziło im szczególnie wysokie i nieprzyjazne zwałowisko belek, potrzaskanych dachów i szczątków kilku masztów. Jakby natknęli się na wiatrołom. Kenneth zarządził krótki postój, wysyłając trzy dziesiątki i resztki szczurzej drużyny w poszukiwaniu najlepszej drogi. Nie było sensu błąkać się po omacku, łamiąc nogi i wpadając do dziur. Korzystając z chwili odpoczynku, podszedł do szamana.
— Wyspałeś się przez te kilka dni?
— A co cię to obchodzi?
Borehed wyglądał, jakby jedną nogą znajdował się już na drodze do Domu Snu, ale wczoraj, zwłaszcza gdy Azger opatrywał jego rany, sprawiał wrażenie, jakby biegł po tej drodze ścigany przez zgraję wilków. Czyli był postęp.