Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Znacznie łatwiej było kierować, niż panować. Skoro burza już była, nie musiał stwarzać błyskawic, wystarczało je sobie poddać.
Pręgi ognia zniszczyły przednie oddziały Trolloków, z nieba zleciało po kolei ze sto błyskawic. Burza wkrótce wessała wonie palonych ciał, które zawirowały do taktu spalonym źdźbłom zbóż. Rand krzyczał gniewnie, Trolloki nacierały. Wokół niego pojawiły się bramy śmierci i przeszły po ziemi niczym nartniki po wodzie – zostawiając po sobie żniwo krwawej kośby. Pomiot Cienia nie potrafił przetrwać zetknięcia z domeną Podróżowania.
Wichry burzy powstały wokół Randa, gdy uderzył w usiłujące go dosięgnąć Trolloki. Czarny sądził, że włada już tą ziemią? Przekona się, że ona ma już króla! A on nie dopuści, aby ta walka…
Poczuł, jak ktoś tarczą próbuje go odciąć od Źródła. Zaśmiał się, okręcił wokół własnej osi, próbując zidentyfikować położenie autora splotów.
– Taim! – zawołał, choć burza natychmiast pochłonęła jego słowa. – Miałem nadzieję, że się tu spotkamy!
To była walka, do której Lews Therin wciąż go popychał, walka, której Rand nie ośmielił się wydać z własnej inicjatywy. Przynajmniej do tej chwili, chwili, w której całkowicie panował nad sytuacją. Dobył z siebie wszystkich swoich sił, ale wtedy uderzyła weń kolejna tarcza, a po chwili następna.
Zaczerpnął ze Źródła prawie tyle, ile był w stanie, wspomagany angrealem w kształcie grubego człowieczka. Tarcze uderzały weń niczym gzy. Żadna nie była na tyle silna, żeby go odciąć od Źródła, ale były ich dziesiątki.
Siłą woli narzucił sobie spokój. Poszukał w sobie tego spokoju, choć miał to być spokój zniszczenia. Był życiem, ale był też śmiercią. Był uosobieniem tej ziemi, tej krainy.
Uderzył, zabijając Lorda Strachu ukrytego w ruinach pobliskiego spalonego budynku. Wezwał ogień z niebios i spalił następnego, spalił na proch.
Nie widział splotów kobiet, które wystąpiły przeciw niemu – czuł tylko, jak biją weń ich tarcze.
Były zbyt słabe. Żadna z tych tarcz w pojedynkę nie mogła mu nic zrobić, niemniej ciągłe ataki zaczynały go niepokoić. Następowały szybko, jeden po drugim – co najmniej trzydziestu Lordów Strachu próbowało odciąć go od Źródła. Zagrożenie tkwiło w tym, że najwyraźniej czekali na niego. Stąd wziął się ten zmasowany atak Mocą. Chcieli go ściągnąć w to miejsce.
Odpierał ich ataki. Żaden z nich nie mógł mu dać rady. Pojedyncza osoba nie byłaby w stanie odciąć od Źródła nikogo, kto dysponował takim potokiem Mocy. Powinni…
Wyczuł je, zanim zagrożenie się zmaterializowało. Tamte próby były tylko posunięciami, które miały go zmylić, fintami poprzedzającymi zasadniczy atak, będący dziełem kręgu złożonego z mężczyzn i kobiet. Mężczyzna wszakże nim kierował.
„Teraz!” Tarcza uderzyła weń, ale Rand zdążył w ostatniej chwili się przygotować. Wplótł Ducha w otaczającą go nawałnicę, splatając sploty instynktem Lewsa Therina i odbił tarczę. Odbił ją, ale nie potrafił zniszczyć.
Światłości! To musiał być pełny krąg. Jęknął. Gdy tarcza przysunęła się bliżej, dostrzegł ją jako drżący kształt na niebie, nieruchomy mimo zawieruchy. Opierał mu się własnym potokiem Ducha i Powietrza, odpychając, jakby był ostrzem wiszącym nad gardłem.
Stracił panowanie nad burzą.
Błyskawice biły w ziemię wokół niego. Pozostali wrogowie przenoszący Moc pracowali teraz nad siłą burzy – nie musieli nad nią zapanować, nie było im to do niczego potrzebne. To, że wyrywała się spod kontroli, było im na rękę, ponieważ w każdej chwili mogła uderzyć w Randa.
Wrzasnął z głębi gardła, tym razem jeszcze głośniej, z jeszcze większą determinacją. „Pokonam cię, Taim! W końcu osiągnę to, co powinienem już wiele miesięcy temu!”
Ale równocześnie nie pozwalał, aby gniew, przepełniająca go dzikość i siła pchnęły go do beznadziejnej konfrontacji. Nauczył się im nie ufać.
To nie było to miejsce. Nie mógł tu walczyć. Jeżeli spróbuje, przegra.
Zebrał wszystkie swoje siły w jedno pchnięcie, odsunął znów tarczę Taima, a potem skorzystał z momentu wytchnienia, żeby spleść bramę. Jego Panny natychmiast przeskoczyły przez nią, a Rand, pochylony, zmagając się z wichrem, niechętnie poszedł ich śladem.
Znalazł się w namiocie Lana, gdzie Moiraine, jak prosił, zadbała, aby miał gdzie wrócić. Zamknął bramę, wiatr ucichł, zawodzenie żywiołu zostało gdzieś daleko.
Zacisnął dłoń w pięść, pot spływał mu strumieniami po twarzy. Tutaj, do namiotu Lana odgłosy burzy docierały stłumione, choć słychać było jej basowe pomruki, a okazjonalne podmuchy poruszały płótnem.
Musiał zmagać się z sobą, żeby ustać na nogach. Desperacko wciągał powietrze. Z trudem uspokoił wreszcie oszalały puls, na twarz powrócił wyraz opanowania. Chciał walczyć, nie uciekać! Mógł pokonać Taima!
A czyniąc to, osłabiłby się tak bardzo, że Czarny połknąłby go bez najmniejszych kłopotów. Przemocą rozwarł palce, zmagając się z szalejącymi we wnętrzu emocjami.
Spojrzał w spokojne, rozumiejące oczy Moiraine.
– To była pułapka? – zapytała.
– Nie tyle pułapka – odparł – co pole bitwy w pełni obsadzone czatami. Wiedzieli, co zrobiłem pod Maradon. Musieli mieć w pogotowiu oddziały Lordów Strachu gotowych Podróżować do każdego miejsca, byle tylko móc mnie zaatakować.
– Zrozumiałeś wreszcie, na czym polega błąd twojej strategii? – zapytała.
– Błąd, nie. Nieuchronność, tak.
Nie mógł osobiście toczyć tej wojny. Nie tym razem.
Będzie musiał znaleźć jakiś inny sposób, żeby uratować swoich ludzi.
12
Okruch chwili.
Birgitte przemykała przez las na czele trzydziestoosobowego oddziału Aielów, trzymających łuki w rękach. Oczywiście, nie poruszali się całkiem bezszelestnie – w lesie nie da się zupełnie uniknąć wydawania przypadkowych odgłosów – niemniej Aielowie byli prawie jak duchy. Zręcznie znajdowali powalone kłody, po których można było przebiec, albo kamienie, na których można oprzeć stopę. Prawie nie trącali zwisających gałęzi, pochylając się, zwinnie prześlizgując między nimi – wszystko w pełnym biegu.
– Tam – powiedziała przyciszonym głosem i ruszyła wzdłuż zawalonego zbocza wzgórza. Na szczęście wejścia do jaskini obwał nie ogarnął. Było na miejscu, przesłonięte pnączami winorośli i jak dawniej wypływał z niego strumyczek. Aielowie przeszli przez niego do środka, woda uniosła wszystkie ślady zapachowe, jakie mogłyby po nich pozostać.
Dwóch Aielów poszło dalej zwierzęcą ścieżką. Odtąd mieli poruszać się znacznie głośniej, zostawiając ślady w postaci złamanych gałązek. Birgitte dołączyła do zaczajonych w jaskini. W środku było ciemno, pachniało ziemią i pleśnią.
Zastanawiała się, czy to w tej samej jaskini znajdowała schronienie wiele wieków temu, gdy żyła w tych lasach jako zbójnik? Nie pamiętała. Rzadko kiedy w jej głowie pojawiały się wspomnienia z przeszłych żywotów, nieco częściej przelotne obrazy z lat spędzonych w Świecie Snów, z którego w nienaturalny i brutalny sposób wygnała ją ostatnio Moghedien.
Do tego wydarzenia nie potrafiła podejść spokojnie, mdliło ja na samą myśl. Naturalne było się odradzać na nowo, zaczynając od początku, od zera. Ale żeby pamiętać, że się zapomniało? Przecież wspomnienia, które jej wydarto, stanowiły substancję tego, kim była. Jeżeli całkowicie straci pamięć o swym życiu w Świecie Snów, czy nie zapomni również o Gaidalu? Czy nie zapomni zupełnie, kim jest?
Zacisnęła zęby.
„To jest czas Ostatniej Bitwy, głupia” – skarciła się w myślach. – „Kogo obchodzą takie rzeczy?”