Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]

Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:

Imperium szykuje się do wojny z Yezd, ale pojawia się nowe zagrożenie — bunt księcia Draxa i jego wojsk. Zdrada najemników doprowadza Videssos na skraj katastrofy i tylko talent dowódczy Marcusa Scaurusa i zręczna dyplomacja jego sprzymierzeńca zamieniają klęskę w zwycięstwo. Jednak Imperium Videssos w dalszym ciągu czeka walka z Yezd, Do odległej krainy potężnych koczowników wyrusza poselstwo, które ma pozyskać ich pomoc. Jego droga najeżona jest niebezpieczeństwami, o sojusz z koczownikami stara się również Yezd…
1 ... 82 83 84 85 86 87 88 89 90 ... 130
Перейти на страницу:

— Wracaj, ty mięczaku! — krzyknął Viridoviks.

Spróbował ruszyć za nim w pogoń, ale w ostatniej chwili rozejrzał się dokoła, szukając towarzyszy, którzy mogliby mu pomóc.

— Hej! Gdzie oni wszyscy pojechali?

Większość ludzi Rambehishta była już o ćwierć mili na południe i nadal nie zatrzymywała się, uciekając przed liczniejszymi od nich banitami.

Gal osadził konia, nie mogąc się zdecydować, co dalej. Przed nim był Varatesh — bez broni i kusząco blisko. Gdyby jego koń był szybszy, Gal mógł go dogonić i zabić, ale wtedy z pewnością zostałby odcięty od swoich towarzyszy. Problem rozwiązał się sam, kiedy dwóch łuczników ruszyło swojemu wodzowi na ratunek.

Ta drobna potyczka wzbudziła w Viridoviksie jeszcze większy respekt dla potężnej broni nomadów, bez wahania zawrócił więc konia, by odjechać na bezpieczną odległość. Jeden z Khamor-thów wypuścił swoje ostatnie dwie strzały, jedną po drugiej, bez zastanowienia. Pierwsza przeleciała nad ramieniem Celta, drugiej nie dojrzał. Za krótko — pomyślał-i odwrócił się, by pogrozić strzelcowi pięścią.

Strzała wbiła się głęboko w wysoki łęk siodła. Zamrugał oczami — łucznik był już ledwo widoczny z tej odległości.

— Przyprowadź swojego pana! — wykrzyknął. Wyciągnął grot z siodła, zastanawiając od jak dawna w nim tkwi. — Przeleciałaś całą tę drogę, czy jechałaś ze mną?

Strzała nie zdobyła się na żadną odpowiedź. Rzucił ją na ziemię.

Ponad godzinę zajęło im pozbycie się ludzi Varatesha. W końcu tamci zrezygnowali z pogoni. Ich konie nie były tak wypoczęte, jak wierzchowce patrolu Rambehishta, a Varatesh był za sprytny na to, by jego ludzie zostali wyłapani pojedynczo, nie mogąc uciec na zmęczonych zwierzętach. Osiągnąwszy swój najważniejszy cel — zatrzymując wreszcie postępy wroga — zawrócił do obozu.

— Najwspanialsza ze wszystkich rozrywek! — krzyknął Viridoviks do swoich kompanów, kiedy zebrali się z powrotem.

Gal był ciągle jeszcze podniecony walką. Nie były to co prawda pojedynki, do których przywykł, ale właśnie ze względu na tę egzotykę, stały się dla niego jeszcze ciekawsze. Dopiero kiedy wytarł policzek mokrą od potu ręką, dotarło do niego, że ma krew na twarzy — od cięcia mieczem albo strzały, której w ogóle nie zauważył.

Kilku Khamorthów było rannych, ale nawet nomada ze strzałą wbitą w udo uśmiechnął się przez zaciśnięte zęby na okrzyk Gala. Jak on, nomadzi uwielbiali walczyć dla samego sportu. Mogli być z siebie dumni — pomyślał Viridoviks. Przy takiej przewadze wroga stracili tylko jednego człowieka — jego ciało przerzucone było przez grzbiet konia — i porządnie zaleźli twardym bandytom Vara-tesha za skórę.

Nawet posępny Rambehisht wyglądał na zadowolonego, kiedy patrol rozbijał obóz pod ciemniejącym już niebem.

— Zapłacili dzisiaj za wszystko — powiedział, wgryzając się w płaski kawałek mięsa, który wiózł pod siodłem.

— I to całkiem drogo! — dodał Batbaian. Opatrywał właśnie ranę po strzale, która zraniła jego konia. Jego głos drżał od nadmiaru emocji. Walka z prawdziwym wrogiem wciąż była dla niego nowością i rozpierała go duma, że odniósł prawdziwy sukces.

Viridoviks uśmiechnął się, widząc jego entuzjazm.

— Szkoda, że te dupki dowiedziały się o krowach — powiedział.

— Każda sztuczka jest dobra dopóty, dopóki twój przeciwnik jej nie odkryje — wzruszył ramionami Rambehisht. — I tak dzięki temu zajechaliśmy o wiele dalej, niż mogliśmy się spodziewać. Zepchnęliśmy bandytów do tyłu i przesunęliśmy nasz obóz do przodu. — Spojrzał w górę, na gromadzące się na niebie chmury. — Zresztą będzie padać, a wtedy kurz zniknie.

Śmierć szamana Onogona opóźniła nieco wybór przyszłego sprzymierzeńca przez starszyznę Ar-shaumów. Kobiety głośno opłakiwały jego odejście, podczas gdy mężczyźni odprawiali żałobę w milczeniu, nacinając policzki nożami, by okazać swój ból.

— Jeśli chodzi o mnie, chętnie podciąłbym sobie gardło — zauważył Pikridos Goudeles, wiedząc jak bardzo śmierć Onogona osłabiła pozycję Videssos.

Arigh odwiedził jurtę ambasadorów Imperium dwa dni po tym smutnym wydarzeniu. Nacięcia na jego twarzy zaczynały się już goić. Ponuro sączył kavass, kręcąc z niedowierzaniem głową.

— On naprawdę odszedł — powiedział Arshaum, raczej do siebie niż do Videssańczyków. — Gdzieś tam, w środku, myślałem, że nigdy nie umrze. Przez całe moje życie był taki sam; musiał się już urodzić jako starzec. Wyglądał tak, jakby byle wietrzyk mógł go przewrócić, ale to był najmądrzejszy i najmilszy człowiek, jakiego kiedykolwiek znałem.

Być może był to wynik długiego pobytu w Videssos, może głęboki smutek, ale wbrew zwyczajom równin, Arigh niemal płakał.

— W namiocie Bogoraza nie będzie chyba żałoby — powiedział Goudeles, wciąż myśląc o interesach Imperium.

— Pewnie nie — powiedział Arigh obojętnie. Jego prywatny żal odsuwał takie kwestie na bok. Bardziej wrażliwy na smutek nomady był Skylitzes, który powiedział:

— Mam nadzieję, że miał lekką śmierć.

— O, tak. Byłem przy tym. Właściwie to spieraliśmy się o was. — Arigh przesłał Goudelesowi zmęczony, drwiący uśmiech. — Dopił kavass z bukłaka i wyszedł na zewnątrz, żeby się wysikać. Kiedy wrócił, powiedział, że ma jakieś dziwnie ciężkie nogi. Dizabul, niech go szlag trafi, śmiał się z niego; mówił, że to nic dziwnego po tym, jak się opił. No, prawdę mówiąc, Onogon też się z tego podśmiewał. Ale czuł się coraz gorzej. Ta ociężałość przeszła na uda, a w stopach nie miał już w ogóle czucia, nawet kiedy kłuliśmy go igłą. Położył się na plecach, a za chwilę jego brzuch też zrobił się zimny i drętwy. Potem zakrył sobie twarz. Pewnie wiedział już, że to koniec. Kilka minut później coś jakby nim szarpnęło, a kiedyśmy go odkryli, było po wszystkim. Chyba nic go nie bolało. Stare serce w końcu nie wytrzymało, to wszystko.

— Szkoda — powiedział Skylitzes, kręcąc głową. Był to największy hołd, jaki mógł oddać pogańskiemu szamanowi pobożny videssański oficer.

Gorgidas robił wszystko, byle się tylko nie odezwać. Nagle przebranie historyka, którym nie tak dawno się okrył, opadło i spod spodu wyjrzał znowu lekarz. Dla niego śmierć Onogona była ewidentnym otruciem, i mógł nawet bez trudu określić rodzaj trucizny — cykuta. Opis Arigha doskonale oddawał efekty jej działania. Szczególnie w przypadku starych ludzi wyglądało to na naturalną śmierć.

Kiedy nomada w końcu wyszedł, Grek powiedział o wszystkim swoim towarzyszom.

— Taak, teraz rozumiem — odchrząknął ponuro Skylitzes.

— Och, jasne, Bogoraz jest do tego zdolny — powiedział Goudeles. — Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Ale co nam z tego przyjdzie? Gdybyśmy o tym powiedzieli, kto by nam uwierzył? Wyszlibyśmy na oszczerców i jeszcze sobie zaszkodzili. Chyba, że … — dodał z nadzieją zwracając się do Goudelesa — masz trochę tej trucizny i mógłbyś to zademonstrować? Na przykład, na jakimś zwierzęciu.

— To dopiero świetny pomysł, Pikridos — powiedział Skylitzes. — Pokażemy wszystkim to cholerstwo i pomyślą sobie, że to my pozbyliśmy się starego. Tego nam właśnie potrzeba.

— Tak czy siak, nie mam ze sobą cykuty — powiedział Gorgidas. — Kiedy zostałem lekarzem, złożyłem przysięgę, że nie będę się zajmował truciznami, i nigdy nie kusiło mnie, żeby ją złamać.

Zamyślił się ponuro, trzymając głowę w dłoniach. Bolało go poczucie bezsilności. Wiedział, że Goudeles ma rację. Nienawidził trucizn, tym bardziej że lekarze znali tak niewiele sposobów na zatrzymanie ich działania. Co gorsza, większość tak zwanych odtrutek, które znał, wywodziła się z bajek opowiadanych przez stare kobiety i do niczego się nie nadawała.

1 ... 82 83 84 85 86 87 88 89 90 ... 130
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)