Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]

Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:

„Lustrzany taniec” stanowi szczególną część sagi barrayarskiej. Powraca w niej Mark, klon-bliźniak Milesa Vorkosigana/Naismitha, który podając się za dowódcę Najemnej Floty Dendarii, przeprowadza szaleńczą akcję desantową w Obszarze Jacksona — części wszechświata, gdzie inżynieria genetyczna rozwija się bez żadnych ograniczeń. Niestety, ponosi klęskę i z pomocą musi mu pospieszyć prawdziwy admirał Naismith. Podczas odwrotu Miles zostaje zabity, ale jego śmierć daje początek lawinie wydarzeń i zaskakujących zwrotów akcji. Przed Markiem stoją nowe nieoczekiwane zadania, którym musi sprostać. Czy przyjaciele Milesa mu pomogą? Jak przyjmie go Barrayar? Czy ma szansę odciąć się od mrocznej przeszłości i przeistoczyć z genetycznej repliki Milesa w człowieka?
1 ... 86 87 88 89 90 91 92 93 94 ... 137
Перейти на страницу:

Wzniósł się łagodnie na poziom S — l i wysiadł. W małym holu dostrzegł tylko jedne drzwi, nieprzezroczyste i gładkie. Otworzyły się przed nim, a potem zamknęły. Rozejrzał się po pomieszczeniu, które najwyraźniej służyło jako składzik rupieci, a potem zawrócił. Drzwi zniknęły, zlewając się z gładką ścianą.

Przez całą minutę upewniał się z przerażeniem, że to nie udręczony mózg płata mu figle. Drzwi zamaskowały się, udając ścianę, a on właśnie zamknął sobie drogę powrotną. Zaczął gorączkowo ostukiwać gładką powierzchnię, lecz daremnie. Marzły mu bose stopy, którymi stał na błyszczącym betonie, kręciło mu się w głowie i czuł śmiertelne zmęczenie. Chciał wrócić do łóżka. Strach i zawód niemal go paraliżowały, nie dlatego że były tak przytłaczające, ale dlatego że on był bardzo słaby.

Chcesz, bo nie możesz tego mieć. Perwersja. Idź, nakazał sobie surowo. Szedł powolutku, podpierając się przy każdym kroku, aż dotarł do zewnętrznych drzwi pomieszczenia. One także zamknęły się za nim, o czym się boleśnie przekonał, kiedy się już znalazł po drugiej stronie. Idź.

Za składzikiem znajdował się następny krótki korytarz, pośrodku którego znajdował się szyb rury windowej. Wyglądało na to, że ten poziom jest ostatni, B2; wyżej znajdowały się oznaczenia B — l, P, l, 2 i tak dalej, niknąc z pola widzenia. Wybrał punkt zero, P. P jak parter? Tak. Wyszedł do tonącego w półmroku holu.

W niewielkim, elegancko urządzonym korytarzyku, przypominającym nieco bardziej biuro niż dom, stały kwiaty w doniczkach i biurko przeznaczone dla recepcjonisty lub ochroniarza. W pobliżu nie dostrzegł nikogo, ani śladu ludzi. Ale wreszcie ukazały się okna oraz przezroczyste drzwi. Widać w nich było niewyraźne odbicie wnętrza, ponieważ na zewnątrz panowała noc. Oparł się o pulpit komkonsoli. Lepiej nie mógł trafić. Znalazł nie tylko miejsce do siedzenia, ale i mnóstwo danych… do diabła. Konsola była zaopatrzona w czytnik linii papilarnych, toteż nie mógł jej nawet włączyć. Istniały sposoby na obejście takich blokad — skąd on…? — nieuchwytne fragmenty obrazów znów mu uciekły, eksplodując w drobne kawałeczki przypominające ławicę srebrzystych rybek. Omal się nie rozpłakał z żalu nad własną bezradnością, złożywszy ciężką głowę na ramionach, obok martwej płyty holowidu.

Wzdrygnął się. Boże, nienawidzę zimna. Niepewnym krokiem podszedł do szklanych drzwi. Na dworze padał śnieg — błyszczące płatki przecinały skośnie strumień światła reflektora. Na pewno były twarde w dotyku i siekłyby boleśnie obnażoną skórę. Przez myśl przemknął mu dziwaczny obraz kilkunastu ludzi, którzy dygotali z zimna, stojąc nago nocą w śnieżycy. Nie mógł powiązać z tą wizją żadnych nazwisk, tylko wrażenie całkowitej porażki. Czyżby tak właśnie umarł, zamarzając w śniegu i wietrze? Niedawno i gdzieś niedaleko?

Byłem martwy. Po raz pierwszy uświadomił to sobie ze wstrząsem, czując bolesny skurcz w żołądku. Przesunął palcem po wyczuwalnych przez cienką tkaninę koszuli bliznach. I teraz też nie czuję się za dobrze. Zachichotał, ale nawet w jego uszach ów dźwięk zabrzmiał dość osobliwie. Zatkał usta pięścią. Pewnie nie zdążył się wówczas przestraszyć, ponieważ obezwładniła go spóźniona fala przerażenia. Opadł na kolana, a po chwili stanął na czworakach. Nie potrafił zapanować nad drżeniem rąk z zimna. Zaczął pełznąć.

Musiał zawadzić o jakiś czujnik, przezroczyste drzwi bowiem rozsunęły się z sykiem. O nie, nie popełni jeszcze raz tego błędu, nie zatrzaśnie się w ciemnościach na zewnątrz. Zaczął się przesuwać do tyłu. Wzrok mu się zamglił; jakimś dziwnym trafem zawrócił; lodowaty beton pod dłońmi zamiast gładkich płytek ostrzegł go o błędzie. Miał wrażenie, że coś chwyta go za głowę i zadaje mu cios albo poraża z okropnym bzyczącym dźwiękiem. Odrzuciło go do tyłu i poczuł woń przypalonych włosów. Na siatkówce zatańczyły mu świetliste kręgi. Próbował się cofnąć, lecz upadł w poprzek prowadnicy drzwi, prosto w kałużę lodowatej wody i jakąś pomarańczową maź przypominającą w dotyku grudkowatą pleśń. Nie, tylko nie to, nie chcę znowu zamarznąć…! Zwinął się z odrazą.

Głosy; ostrzegawcze krzyki. Kroki, gwar, ciepłe, nareszcie ciepłe ręce unoszące go z progu śmiertelnego zimna. Kilka kobiecych głosów i jeden męski:

— Jak on się tu dostał?… Nie powinien wychodzić. Wezwijcie Rowan, obudźcie ją… Wygląda strasznie… Nie. — Czyjaś dłoń szarpnęła jego głowę za włosy, podstawiając twarz pod światło. — Zawsze tak wygląda. Nie wiadomo, czy teraz jest gorzej.

Ujrzał nad sobą twarz właściciela ręki, surową i pełną niepokoju. Był to asystent Rowan, młody człowiek, który podał mu środek uspokajający. Szczupły, o eurazjatyckich rysach, z wydatnym grzbietem nosa. Na jego niebieskim fartuchu widniał napis „R. Durona”. Obłęd, przecież to nie jest doktor R. Nazwijmy go więc… Bratem Dumną. Młody człowiek mówił:

…niebezpieczny. Nie do wiary, że penetrował nasz system zabezpieczeń w takim stanie!

— Nie… bzpieczeń. — Słowa! Jego usta umiały wypowiedzieć słowa! — Bz… czeństwo pożarowe! Ośle — dodał po namyśle.

Twarz młodzieńca drgnęła na dźwięk obraźliwego słowa, ale i z zaskoczenia.

— Do mnie mówisz, Panie Krótki?

— On mówi! — Mignęła nad nim podekscytowana twarz jego doktor Durony. Poznał ją mimo rozpuszczonych włosów, które opadały jej na czoło jak czarna chmura. Rowan, ukochana. — Raven, co on powiedział?

Młodzieniec zmarszczył brwi.

— Mógłbym przysiąc, że powiedział „bezpieczeństwo pożarowe”. Jakiś bełkot.

Rowan uśmiechnęła się szeroko.

— Raven, wszystkie drzwi otwierają się na zewnątrz i nie mają kodowanych zamków. Na wypadek ewakuacji w razie pożaru albo skażenia chemicznego, albo… wiesz, o jakim poziomie pojmowania to świadczy?

— Nie — odparł chłodno Raven.

Musiało zaboleć nazwanie go osłem, zwłaszcza że obelga padła z takich ust… uśmiechnął się posępnie do twarzy kołyszących się na tle sufitu.

Z lewej rozległ się alt należący do starszej osoby, która zaprowadziła porządek wśród podnieconych ludzi.

— Jeśli nie macie tu żadnych obowiązków, wracajcie do łóżek. — W jego polu widzenia zjawiła się jeszcze jedna doktor Durona z niemal białymi, krótko obciętymi włosami i przyjrzała mu się z uwagą. — Moja droga Rowan, mimo stanu, w jakim się znajduje, prawie udało mu się uciec!

— Marna by to była ucieczka — odezwał się Brat Raven. — Nawet gdyby udało mu się przedostać przez zasłonę siłową, w tym stroju zamarzłby w ciągu dwudziestu minut.

— Jak się wydostał?

Zdenerwowana doktor Durona wyznała:

— Pewnie minął stanowisko przy monitorach, kiedy poszłam do toalety. Przepraszam!

— Gdyby udało mu się dojść aż tutaj w ciągu dnia? — powiedział alt. — I gdyby ktoś go zobaczył? Wolę o tym nie myśleć.

— Zamknę drzwi w prywatnym skrzydle na czytnik dłoni — obiecała doktor Durona.

— Nie jestem pewna, czy to wystarczy, zważywszy na jego dzisiejszy nadzwyczajny występ. Lepiej postawmy kogoś na straży.

— Kto będzie wolny? — spytała Rowan.

Kilka postaci doktor Durony ubranych w szlafroki i koszule spojrzało na młodego człowieka.

— O, nie — zaprotestował Raven.

— Rowan może go pilnować w dzień, nie przerywając pracy. Ty obejmiesz nocną zmianę — poleciła mu stanowczo siwowłosa.

— Tak jest, proszę pani. — Młodzieniec westchnął.

Uniosła dłoń we władczym geście.

— A teraz zabierz go do pokoju. Rowan, lepiej sprawdź, czy nie ma żadnych uszkodzeń.

— Wezmę lotopaletę — rzekła Rowan.

1 ... 86 87 88 89 90 91 92 93 94 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)