Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
— Wszystko w porządku — uspokoiła go. — Nie masz jeszcze w pełni rozwiniętego żołądka. Serce i płuca też nie osiągnęły właściwych rozmiarów. Lilly bardzo się spieszyła, żeby cię ożywić. Wszystkie narządy są jeszcze za małe w stosunku do wielkości twojego ciała, dlatego będą musiały intensywniej pracować i będą rosły wolniej niż w pojemniku. Przez pewien czas będzie ci brakowało tchu. Za to zainstalowanie tego wszystkiego przebiegało znacznie łatwiej. Cieszę się, że miałam większe pole manewru.
Nie był pewien, czy lekarka mówi do niego, czy do siebie, tak jak ktoś samotny rozmawia ze zwierzakiem. Zabrała kubek, a potem wróciła z miską, gąbkami oraz ręcznikami i zaczęła go myć, kawałek po kawałku. Dlaczego lekarz chirurg zabiera się do pracy przeznaczonej dla pielęgniarki? Na plakietce przypiętej do klapy zielonego kitla widniało „Dr R. Durona”. Wydawało się jednak, że myjąc go, lekarka równocześnie przeprowadzała badanie neurofizjologiczne. Sprawdzała rezultaty swojej pracy?
— Wiesz, stanowiłeś dla mnie pewną zagadkę. Dostarczono cię w skrzynce. Raven powiedział, że jesteś za mały na żołnierza, ale wiedziałam, że byłeś kimś więcej niż przypadkowym świadkiem, kiedy zdjęłam z ciebie strój kamuflażowy i siatkę chroniącą przed porażaczem nerwów, a z piersi wyjęłam czterdzieści sześć fragmentów granatu. Bez wątpienia, ten granat igłowy był przeznaczony dla ciebie. Ale nie widniał na nim napis, z twoim imieniem. Kim jesteś?
Nie zamilkła w oczekiwaniu na odpowiedź, zresztą i tak by się jej nie doczekała. Przełykanie roztworu glukozy znowu śmiertelnie go wyczerpało. Pytanie, gdzie właściwie jest, było równie ważne. Lekarka na pewno wiedziała, ale nie uznała za stosowne go o tym poinformować, co bardzo go zdenerwowało. Anonimowe pomieszczenie stanowiło świetnie wyposażoną salą szpitalną, lecz pozbawioną okien. Znajdowało się na planecie, nie na pokładzie statku.
Skąd o tym wiem? Niewyraźny obraz statku prysnął jak bańka mydlana, gdy tylko go dotknął. Jaki statek? I właściwie co za planeta?
Powinno tu być okno. Duże, za którym rozciągałyby się otulone mgłą zarysy wieżowców miasta, przecinanego rwącą rzeką. I ludzie. Brakowało ludzi, którzy na dobrą sprawę powinni tu być, choć nie potrafił ich sobie wyobrazić. Wnętrze miało znajomy medyczny charakter, lecz wyglądało obco. Niepokój ścisnął mu żołądek.
Myjki były lodowate i ostre w dotyku, ale cieszył się, że pozbawiają go lepkiego pancerza, nie wspominając o wrośniętym weń brudzie. Czuł się jak liniejąca jaszczurka. Kiedy lekarka skończyła, zniknęły wszystkie płaty martwej skóry, a nowa wyglądała na bardzo delikatną.
Lekarka roztarła na jego twarzy trochę kremu depilującego, co wydawało się zbędne, poza tym okropnie piekło. Uznał, że ten nieznaczny ból sprawia mu przyjemność. Zaczynał się powoli rozluźniać i rozkoszować jej troskliwością, mimo że zabiegi miały dość intymny charakter. Przywracała mu godność kogoś czystego i nie wydawała się wrogiem. Raczej swego rodzaju sprzymierzeńcem, przynajmniej na poziomie fizycznym. Usunęła z jego twarzy krem, zarost i sporo skóry. Następnie uczesała go, choć niestety, podobnie jak skóra, jego włosy zaczęły wypadać garściami.
— Gotowe — powiedziała z satysfakcją w głosie. Przysunęła do jego twarzy duże ręczne lustro. — Widzisz tu kogoś znajomego? — Zdawał sobie sprawę, że patrzy uważnie, jak on wodzi wzrokiem po własnym odbiciu.
To ja? Cóż… przypuszczam, że się przyzwyczaję. Czerwona skóra rozpięta na ostro zarysowanym szkielecie. Sterczący nos, ostry podbródek… szare oczy, których białka miały jasnoczerwoną barwę, wyglądały jak gdyby należały do kogoś skacowanego. Spomiędzy ciemnych włosów przezierały łyse placki, jakby miał parchy. Prawdę mówiąc liczył na to, że zobaczy coś odrobinę ładniejszego.
Usiłował coś powiedzieć, o coś zapytać. Otworzył usta, ale słowa, tak jak myśli, kłębiły się bezładnie. Wypuścił z płuc powietrze, kaszląc śliną. Nie mógł nawet zakląć, przez co jeszcze bardziej chciał kląć. Rezultatem był niezrozumiały gardłowy gulgot. Lekarka pospiesznie zabrała lustro i wstała, przyglądając mu się z zaniepokojeniem.
Spokojnie. Jeśli dalej będzie się rzucał, podadzą mu kolejną dawkę środka uspokajającego, a tego nie chciał. Opadł na poduszkę, bezradnie dysząc. Lekarka obniżyła łóżko, przygasiła światła i skierowała się do wyjścia. Zdołał z siebie wydać jęk. Podziałało; wróciła.
— Lilly nazwała twoją kriokomorę puszką Pandory — mruknęła w zadumie. — Ale moim zdaniem to była kryształowa trumna zaklętego księcia. Chciałabym, żeby ciebie też można było zbudzić pocałunkiem.
Pochyliła się nad nim, przymknąwszy na moment oczy, i musnęła wargami jego usta. Leżał zupełnie nieruchomo, czując jednocześnie przyjemność i panikę. Lekarka wyprostowała się, patrzyła na niego przez chwilę, a potem westchnęła.
— Nie sądziłam, że to podziała. Może jestem nie tą księżniczką.
Masz bardzo dziwny gust, jeśli chodzi o mężczyzn, milady, pomyślał, znów czując zawroty głowy. Co za szczęście dla mnie…
Po raz pierwszy od odzyskania przytomności spojrzał w swoją przyszłość z nadzieją. Pozwolił odejść doktor Duronie. Na pewno wróci. Wcześniej jednak stracił świadomość, a może został jej przez kogoś pozbawiony; tym razem przyszedł do niego prawdziwy sen. Właściwie nie za bardzo mu się to podobało — a gdybym umarł przed świtaniem — ale jego ciało potrzebowało snu, który na dodatek osłabił nieco ból.
Powoli nauczył się władać lewą ręką. Potem udało mu się poruszyć prawą nogą, która drgnęła. Jego piękna pani wróciła, by znów dać mu wody z cukrem, ale nie doczekał się słodkiego pocałunku na deser. Zanim zmusił lewą nogę do drgnienia, znowu wróciła, lecz tym razem coś było nie tak.
Doktor Durona wyglądała na starszą o dziesięć lat i była znacznie chłodniejsza. Wręcz zimna. Jej włosy, rozdzielone pośrodku przedziałkiem i sięgające linii szczęki, przypominały gładkie skrzydła ptaka. Były kruczoczarne, ale tu i ówdzie połyskiwała srebrna nitka. Ręce, które go dotykały, gdy pomagała mu usiąść, stały się bardziej suche, chłodniejsze i mniej czułe. Już go pieszczotliwie nie muskały.
Wpadłem w pętlę czasu. Nie, znów zostałem zamrożony. Nie, moja kuracja trwa za długo i jest na mnie wkurzona za to, że musi czekać. Nie… Zdezorientowany nie potrafił nic z siebie wydusić. Stracił jedynego przyjaciela, jakiego tu miał, i nie wiedział dlaczego. Zniszczyłem nasze szczęście…
Bardzo profesjonalnie wymasowała mu nogi, dała mu obszerną koszulę pacjenta i zmusiła, by wstał. Omal nie zemdlał. Wówczas położyła go z powrotem do łóżka i wyszła.
Kiedy przyszła następnym razem, znów miała inną fryzurę. Długie włosy gęsto przetykane siwizną związała srebrnym kółkiem w koński ogon. Mógłby przysiąc, że postarzała się o kolejne dziesięć lat. Co się ze mną dzieje? Zachowywała się trochę łagodniej, ale nie tak przyjaźnie jak na początku. Prowadziła go w poprzek sali i z powrotem. Krótki spacer tak go wyczerpał, że zaraz potem zasnął.
Gdy ponownie zjawiła się w swoim zimnym, krótkowłosym wcieleniu, był zrozpaczony. Musiał jednak przyznać, że bardzo sprawnie postawiła go i uczyła chodzić. Warczała na niego jak sierżant od musztry, ale chodził, a potem obywał się już bez jej pomocy. Po raz pierwszy wyprowadziła go z pokoju, do końca korytarza, gdzie znajdowały się rozsuwane drzwi, i z powrotem.
Właśnie zawracali, żeby zrobić jeszcze jeden kurs, gdy drzwi otworzyły się z sykiem i wyszła zza nich doktor Durona. W swojej postaci z końskim ogonem. Spojrzał na stojącą obok niego doktor Duronę z przedziałkiem na środku i prawie się rozpłakał. To nie fair. Chcecie mi pomieszać w głowie. Doktor Durona podeszła do doktor Durony. Zamrugał oczami i skupił wzrok na ich plakietkach z nazwiskami. Lekarka z przedziałkiem nosiła na piersi napis „Dr C. Durona”. Ta z końskim ogonem była „Dr P. Durona”. Ale gdzie moja Dr Durona? Chcę doktor R.