Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Z jego oddechem działo się coś bardzo złego; ciężki i płytki, nie dostarczał mu odpowiedniej ilości powietrza. Poza tym był świszczący. Świst dobiegał z plastikowej rurki, którą miał w gardle, o czym przekonał się, usiłując przełknąć ślinę. Wargi miał suche i spękane; przez tkwiącą w ustach rurkę nie mógł ich zwilżać. Spróbował się poruszyć. Ciało zareagowało gwałtownym bólem przeszywającym każdą kość. Z jego rąk także wystawały rurki, doprowadzające coś lub odprowadzające. I z uszu. I z nosa.
Rurek było stanowczo za dużo. To niedobrze, uznał, choć nie miał pojęcia, skąd o tym wie. W heroicznym wysiłku próbował unieść głowę, by spojrzeć na własne ciało. Rurka w gardle ucisnęła go boleśnie.
Wystające przęsła żeber. Brzuch zapadnięty. Przez całą pierś biegły czerwone pręgi przypominające kształtem długonogiego pająka, który przycupnął tuż pod jego skórą, chowając ciało pod mostkiem. Nierówne nacięcia zlepiono klejem chirurgicznym — jasnoczerwone blizny, które wyglądały jak mapa delty dużej rzeki.
Wszędzie miał plastry monitora. Rurki biegły nawet z miejsc, gdzie nie powinien mieć żadnych otworów. Dostrzegł swoje genitalia, przebarwione i bezwładne; tam też tkwiła rurka. Ból w tym miejscu mógłby stanowić pociechę, ale nie czuł absolutnie nic. Nie czuł też nóg ani stóp, choć wyraźnie je widział. Całe ciało pokrywała gruba warstwa półprzeźroczystej, pachnącej substancji. Skóra schodziła mu dużymi, jasnymi płatami, przyklejając się do kleistego pancerza. Głowa opadła mu z powrotem na poduszkę, a oczy przesłoniły skłębione czarne chmury. Za dużo rurek. Niedobrze…
Trwał w dziwnym stanie na pograniczu snu i jawy, w którym ból mieszał się z majakami. Wtedy przyszła ta kobieta. Ujrzał przez mgłę, jak nad nim przystaje.
— Można usunąć stymulator. — Miała czysty, niski głos. Zniknęły rurki z jego uszu, a może tylko mu się śniło. — Twoje nowe serce zacznie bić, a twoje płuca zaczną samodzielnie funkcjonować.
Pochyliła się nad jego obolałą piersią. Ładna, w typie eleganckiej intelektualistki. Było mu przykro, że występuje przed nią ubrany tylko w przezroczystą substancję, choć wydawało mu się, że kiedyś miał na sobie jeszcze mniej. Nie pamiętał, kiedy ani jak to się odbywało. Kobieta zrobiła coś z ciałem pająka; zobaczył, jak jego skóra rozstępuje się, tworząc cienkie czerwone szczeliny, a potem z powrotem się zasklepia. Wydawało się, że kobieta wycina mu serce niczym starożytna kapłanka składająca ofiarę, ale chyba było inaczej, ponieważ jego ciężki oddech wcale nie ustał. Na pewno jednak coś wyciągnęła i położyła na tacy, którą trzymał jej asystent — mężczyzna.
— Już. — Spojrzała na niego uważnie.
On także przyjrzał się jej zza zniekształcającej przezroczystej zasłony. Miała proste, czarne włosy związane w kok z tyłu głowy. Kilka pasm wymknęło się spod węzła. Złota skóra. Brązowe lekko skośne oczy. Krótkie i grube, sterczące czarne rzęsy. Grzbiet nosa o łagodnym wzniesieniu. Miła, oryginalna twarz, nie wymodelowana chirurgicznie, by osiągnąć matematycznie doskonałą piękność, lecz ożywiona wyrazem napięcia. Nie była to pusta twarz. Należała do kogoś interesującego. Ale niestety, do nikogo znajomego.
Kobieta była szczupła i wysoka, na ubranie miała narzucony zielony kitel lekarski.
— Pani… doktor — usiłował powiedzieć, ale wyszedł mu tylko niezrozumiały bulgot.
— Zaraz wyjmę tę rurkę — oznajmiła. Oderwała jakiś przylepiec, który otaczał mu usta — taśmę? Razem z nim oderwała kawałek martwej skóry. Delikatnie wysunęła mu z gardła plastikową rurkę. Zakrztusił się. Jak gdyby wyciągała węża, którego wcześniej połknął. Z ogromnej ulgi, że pozbył się okropnego plastiku, omal ponownie nie stracił przytomności. Z nozdrzy wciąż wystawała mu jakaś rurka — może z tlenem?
Poruszył szczęką i przełknął ślinę po raz pierwszy od… od… W każdym razie miał mocno opuchnięty język. Czuł nieznośny ból w klatce piersiowej. Ale ślina wydzielała się normalnie; wreszcie zwilżył wyschnięte usta. Nikt nie docenia śliny, dopóki nie musi się bez niej obywać przez dłuższy czas. Serce biło mu szybko i lekko jak trzepoczący ptak. Czuł, że coś jest nie tak, ale przynajmniej coś czuł.
— Jak się nazywasz? — spytała go kobieta. Podświadome przerażenie, o którym cały czas starał się nie myśleć, otworzyło się teraz przed nim jak ziejąca czarna przepaść. W panice zaczął szybciej oddychać. Mimo że podawano mu tlen, zabrakło mu powietrza. Nie potrafił odpowiedzieć na pytanie.
— Aa — szepnął. — Ee… — Nie wiedział, kim jest ani skąd się wzięły wszystkie obrażenia, które przysporzyły mu tylu cierpień. Niewiedza przestraszyła go o wiele bardziej niż ból.
Młody mężczyzna w krótkim niebieskim fartuchu prychnął.
— Chyba wygram zakład. Wszystko mu się ścięło w głowie. Tu się zrobiło zwarcie. — Stuknął się w czoło.
Kobieta zirytowana zmarszczyła brwi.
— Pacjenci nie wyskakują z kriostatu jak posiłek z mikrofalówki. Najpierw trzeba się zająć pierwotnymi obrażeniami, ale leczenie trwa znacznie dłużej. Dopiero za parę dni będę mogła zacząć badać jego wyższe funkcje nerwowe.
Jednak już teraz z kieszonki fartucha wyjęła coś ostrego i błyszczącego, przysunęła się i zaczęła go dotykać tym przedmiotem w różne miejsca, obserwując jednocześnie odczyty na monitorze umieszczonym na ścianie nad jego głową. Gdy pod wpływem ukłucia jego ręka lekko drgnęła, lekarka się uśmiechnęła. Ja się uśmiechnę, kiedy pod wpływem innych bodźców drgnie zupełnie inna część mojego ciała, pomyślał, czując zawroty głowy.
Chciał się odezwać. Chciał powiedzieć temu w niebieskim, żeby spadał stąd, gdzie pieprz rośnie, zabierając ze sobą swój zakład. Z ust dobył mu się jednak tylko głuchy syk. Ogarnęło go przykre rozczarowanie. Musiał funkcjonować, inaczej umrze. Tego był absolutnie pewien. Będziesz najlepszy albo koniec z tobą.
Nie wiedział, skąd się bierze ta pewność. Kto go miał zabić? Nie wiedział. Jacyś pozbawieni twarzy oni. Ani chwili wytchnienia. Maszeruj albo giń.
Dwójka lekarzy wyszła. Kierowany jakimś niezrozumiałym lękiem usiłował zabrać się do ćwiczeń izometrycznych. Mógł poruszać tylko prawym ramieniem. Nerwowe ruchy przekazywane przez plastry monitora sprowadziły młodzieńca w niebieskim fartuchu, który podał mu środek uspokajający. Gdy znów otoczyła go ciemność, zapragnął zawyć z rozpaczy. Potem miał bardzo złe sny; jego zdezorientowany umysł tęsknił za jakąkolwiek treścią. Kiedy się jednak zbudził, pamiętał tylko, że jest źle.
Po nieskończenie długim czasie wróciła lekarka, aby go nakarmić. W pewnym sensie.
Dotknęła jakiegoś guzika i uniosło się wezgłowie łóżka.
— Wypróbujmy twój nowy żołądek, przyjacielu — powiedziała życzliwym tonem.
Przyjacielu? Był jej przyjacielem? Na pewno potrzebował kogoś bliskiego.
— Sześćdziesiąt milimetrów roztworu glukozy. Można powiedzieć, że pierwszy posiłek w życiu. Ciekawa jestem, czy panujesz już na nad mięśniami na tyle, żeby pić przez słomkę?
Panował, gdy tylko na próbę zwilżyła jego wargi kilkoma kroplami płynu. Ssać i połykać, podstawowe czynności, prostszych nie było. Jednak nie dał rady wypić wszystkiego.