Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– mówi Santiago.
– Nie wiedziałem i nigdy jej nie widziałem – mówi Ambrosio. – Pierwsze słyszę, paniczu.
Pierwsze oszołomienie ustąpiło, teraz byłeś niespokojny, podniecony, twardy i gwałtowny, wóz wjeżdżał do śródmieścia, a ty, Zavalita, starałeś się odczytać bazgroły z notatnika i odtworzyć rozmowę z inspektorem Peralta. Wyskoczył z auta i wielkimi susami wbiegł na schody „Kroniki”. W redakcji paliły się wszystkie światła, biurka były zajęte, ale nawet się nie zatrzymał, z nikim nie rozmawiał.
Wygrałeś na loterii? spytał Garlitos, a on ale bomba, Garlitos. Usiadł do maszyny i przez godzinę nie odrywał od niej oczu, pisał, poprawiał i bez przerwy palił. Potem, pogadując z Carlitosem, niecierpliwy, dumny z siebie, Zavalita, czekał na Becerritę. I wreszcie zobaczył, że wchodzi, płasko-nosy, tłusty, w kwaśnym humorze, postarzały Becerrita, w swoim kapeluszu sprzed wieków, z twarzą emerytowanego boksera, ze śmiesznym wąsikiem, z palcami żółtymi od nikotyny. Co za rozczarowanie, Zavalita. Nie odpowiedział na jego dzień dobry, ledwie rzucił okiem na te trzy kartki maszynopisu, bez cienia zainteresowania wysłuchał relacji Santiago. Jedna zbrodnia więcej, co to dla niego, dla Becerrity, który od rana do wieczora, dniem i nocą obracał się pośród-zbrodni,
Zavalita, pośród morderstw, malwersacji, podpaleń, napaści, dla niego, który od ćwierć wieku żył z tych historii o handlarzach narkotykami, złodziejach, bandytach, dziwkach. Ale moment zniechęcenia szybko minął, Zavalita. Myśli: niczym się nie entuzjazmował, znał swój fach. Myśli: może mu się i spodobało. Zdjął swój kapelusik fin de siécle’owy, zrzucił marynarkę, zawinął rękawy koszuli, na łokciach podtrzymywane gumkami, jak u kasjera, myśli, i rozluźnił krawat, równie zniszczony i brudny jak garnitur i buty, rozlazły i kwaśny szedł przez całą salę, obojętny na ukłony, ciężki i zwalisty, i stanął przed biurkiem Arispego. Santiago, żeby lepiej słyszeć, podszedł do kąta, gdzie siedział Garlitos. Becerrita zastukał palcami w maszynę do pisania i Arispe podniósł głowę: czym mogę służyć, panie i władco?
– Daj mi rozkładówkę, tylko dla mnie – ten jego głos, chropowaty i chory, myśli, rozlazły i kpiący. – i Periquita do mojej dyspozycji, na trzy, cztery dni, co najmniej.
– I willę z fortepianem nad brzegiem morza, tak, panie i władco? – powiedział Arispe.
– No i jeszcze kogoś do pomocy, na przykład Zavalite, bo u mnie dwóch ludzi na urlopie – rzekł sucho Becerrita. – Jeżeli chcesz, żebyśmy ten temat zrobili do końca i bez pudła, to musi być do tego oddelegowany specjalny redaktor.
Arispe w zamyśleniu obgryzał koniec czerwonego ołówka, przerzucał maszynopis; potem jego oczy przesunęły się po sali, jakby szukając kogoś, wpadłeś, powiedział Garlitos, odmów pod jakimkolwiek pretekstem. Ale ty nie odmówiłeś, Zavalita, szczęśliwy podszedłeś do biurka Arispego, szczęśliwy do paszczy lwa. Podniecenie, emocja, krew: a jeszcze niedawno taki się czułeś zgnojony, Zavalita.
– Chce pan przejść na parę dni do kryminalnego? – powiedział Arispe. – Becerrita pana potrzebuje.
– To teraz można sobie wybierać? – mruknął kwaśno Becerrita. – Kiedy ja przyszedłem do „Kroniki”, nikt mnie nie pytał, czy chcę. Niech pan się przeleci po komisariatach, otwieramy rubrykę kryminalną i pan będzie ją robił. Od dwudziestu lat trzymają mnie na tej samej robocie i jeszcze mnie dotąd nie pytano, czy to lubię.
– Pewnego pięknego dnia, mój panie i władco, wszystkie twoje humorki zbiorą się tutaj – Arispe końcem czerwonego ołówka dotknął klatki piersiowej – sfermentują i rozsadzą ci serduszko. A poza tym gdybyśmy cię teraz zabrali z kryminalnego, umarłbyś ze zmartwienia, Becerrita. Jesteś asem peruwiańskiej kryminalistyki.
– Tak, ale na co mi to, skoro nie ma tygodnia, żeby mi nie protestowali weksla – zrzędził Becerrita nie siląc się na skromność. – Wolałbym, żeby mnie tak nie chwalili, a za to podnieśli mi pensję.
– Przez dwadzieścia pięć lat za darmo używasz sobie z najdroższymi kurwami, za darmo się zalewasz w najdroższych knajpach i jeszcze ci źle, mój panie i władco – rzekł Arispe. – A co my mamy powiedzieć, my, którzy musimy się liczyć z każdym groszem, kiedy chcemy sobie przepłukać gardło albo przygadać dziewczynkę.
Stukanie maszyn ustało, roześmiane twarze śledziły zza biurek tę wymianę zdań, a Becerrita już zaczął się bezpłciowo uśmiechać i wydawać z siebie te krótkie piski, ten chrypiący, antypatyczny chichot, który po pijanemu, myśli, zamieniał się w grzmiącą czkawkę i ataki agresywności.
– Zdziadziałem – rzekł wreszcie. – Już tak nie piję, już nie lecę na baby.
– Na starość zmieniłeś upodobania – powiedział Arispe i spojrzał na Santiago. – Niech pan uważa, bo już wiem, czemu Becerrita chce pana do swojego działu.
– Naczelnym redaktorom też czasami dopisuje humorek – zachrypiał Becerrita. – A co z drugą sprawą? Dajesz mi rozkładówkę i Periquita?
– Daję, ale nie znęcaj się nad ludźmi – powiedział Arispe. – To ma być wstrząsające i ma nam podnieść nakład. To ma być smakowity kąsek, panie i władco.
Becerrita kiwnął głową, odwrócił się, maszyny znów zastukały, i Santiago ruszył za nim do jego biurka. Stało w głębi sali, siedząc przy nim widział plecy wszystkich kolegów, myśli, to był jeden z jego koników. Przychodził na bańce, pakował się w sam środek redakcji, rozpinał marynarkę i z dłońmi na opasłych biodrach: mnie zawsze wszyscy pokazują tyłek! Redaktorzy kurczyli się na swoich krzesłach, wsadzali nosy w maszynopisy, nawet Arispe nie odważył się na niego spojrzeć, myśliwa tymczasem Becerrita z wolna wodził spojrzeniem rozwścieczonych oczu po twarzach pogrążonych w pracy reporterów, mają go gdzieś, nie? jego kolumnę i jego samego, nie? przyglądał się korektorom skupionym nad szpaltami, to dlatego wepchnęli go w kąt, w sam zadek redakcji? upartemu, nieobecnemu duchem Hernándezowi, to po to, żeby oglądał ich tyłki, tych szanownych panów z działu miejskiego, tych arystokratów z działu depesz? spacerował po sali jak rozgorączkowany generał przed bitwą: po to, żeby bździny panów redaktorów leciały mu prosto w gębę? i od czasu do czasu wybuchał przykrym, hałaśliwym śmiechem. Ale kiedy Arispe zaproponował mu zmianę miejsca to się oburzył, myśli: co jest, cholera, ja się stąd nie dam ruszyć. Po moim trupie. Jego biurko było niziutkie i trochę koślawe, jak on sam, myśli, lepkie od brudu, podobnie jak i jego wytłuszczony, szarawy garnitur. Usiadł, zapalił nędznego papierosa, a Santiago czekał stojąc, przejęty tym, że chciał właśnie ciebie, Zavalita, już podniecony na myśl o artykułach, które napisze: palił się do tej harówki jak inny na dobrą popijawę, Garlitos.
– No dobra, jak nam to wpakowali, to trzeba się brać do roboty. – Becerrita podniósł słuchawkę telefonu, nakręcił numer, rozmawiał przytknąwszy skrzywione wargi do samej słuchawki, podczas gdy jego tłusta dłoń o czarno obrzeżonych paznokciach bazgrała coś na papierze.
– Zawsze szukałeś mocnych wrażeń – powiedział Garlitos. – W pewnym sensie poszli ci na rękę.
– Tak, to jest w Porvenir, niech pan tam zaraz pojedzie, razem z Periquitem – Becerrita odłożył słuchawkę, utkwił w Santiago spojrzenie zaropiałych oczek. – Ta babka kiedyś tam śpiewała. Właścicielka mnie zna. Niech pan zbierze informacje, zdjęcia. Jej przyjaciółki, przyjaciele, adresy, jakie życie prowadziła. Periquito niech sfotografuje lokal.
Santiago wybiegł, marynarkę wkładał już na schodach. Becerrita zdążył zawiadomić Daría, i furgonetka, czekająca tuż pod bramą, korkowała ruch na ulicy; kierowcy naciskali klaksony. Po chwili zjawił się Periquito, był wściekły.
– Już kiedyś mówiłem Arispemu, że nie będę pracował z tą pijawką, a teraz sprzedał mnie na cały tydzień Becerricie – wywrzaskiwał zakładając film. – On nas zetrze na proszek, Zavalita.