Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
Najpierw, bezszelestnie, weszła Hortensja: zobaczył na progu jej sylwetkę, chwiała się jak płomień, i widział, jak w półmroku szuka po omacku i zapala stojącą lampę. W lustrze naprzeciwko pojawiła się czarna narzuta, falujący ogon smoka tchnął życie w lustro toaletki, i Bermudez usłyszał, że Hortensja coś mówi, ale język jej się plątał. Nieźle, nieźle. Szła ku niemu usiłując utrzymać się na nogach i jej twarz, otępiała, zastygła w bezmyślnym wyrazie, przestała być widoczna, kiedy znalazła się w ciemnym kącie, w którym stał on. Zatrzymał ją jego głos, niespokojny, z trudem wydobywający się z gardła: a ta wariatka? poszła już ta wariatka? Zamiast przysunąć się jeszcze bliżej, postać Hortensji wycofała się i zygzakiem ruszyła w stronę łóżka, osunęła się na nie. Była na pół oświetlona i zobaczył, jak podnosi rękę i wskazuje drzwi, i spojrzał: Queta też już była, wsunęła się ukradkiem. Jej wysoka figura, pełne kształty, czerwonawe włosy, agresywna postawa. I usłyszał głos Hortensji: on z nią nie chce, wołał ciebie, Quetita, on nią pomiata, a pyta tylko o ciebie. Gdyby były niemowami, pomyślał, i zdecydowanym ruchem zacisnął w dłoni nożyczki, jedno bezgłośne cięcie, ciach, i oto dwa języki leżą na ziemi. Ma je u swoich stóp, dwa płaskie czerwone zwierzaki konając plamią dywan. Roześmiał się w swojej mrocznej kryjówce, a Queta, ciągle jeszcze na progu, jakby czekając na czyjś rozkaz, też się roześmiała: ona nie chce Cayo Śmierdziela, kochana, przecież chciał iść, chciał się wynieść, nie? Niech sobie idzie, one go nie potrzebują, i z bezgranicznym niepokojem pomyślał: nie jest pijana, ona nie. Mówiła jak nędzna aktorka, która w dodatku ma słabą pamięć i recytuje zbyt wolno, bojąc się, że zupełnie zapomni swojej roli. Rób swoje, señora Heredia, szepnął w poczuciu nieprzezwyciężonego rozczarowania, gniew zatykał mu gardło. Widział, jak tamta się poruszyła, jak się zbliża do łóżka udając, że nie jest pewna własnych nóg, i głos Hortensji: słyszałaś, znasz tę kobietę, Quetita? Queta usiadła obok Hortensji, żadna nie patrzyła w jego stronę, a on odetchnął. Nie potrzebują go, kochana, niech sobie idzie do tamtej: dlaczego udaje, dlaczego gada, ciach. Nie poruszył głową, tylko jego oczy biegały od łóżka do lustra w klozecie, do lustra na ścianie, znów do łóżka, i czuł, jak całe ciało mu twardnieje, a mięśnie napinają się, jakby z poduszek fotelika nagle wysunęły się gwoździe. A one już się zaczęły nawzajem rozbierać i jednocześnie pieściły się, ale ich ruchy były zbyt gwałtowne, by osiągnąć precyzję, ich uściski zbyt szybkie lub zbyt powolne, lub zbyt mocne, i zbyt wielka ta nagła pasja, która kazała ich wargom przywierać do siebie, a on zabiję obie, jeżeli, zabiłbym obie, gdyby. Ale już się nie śmiały: wyciągnęły się, bezładnie splecione ze sobą, już na pół rozebrane, wreszcie milczące, całowały się, ich ciała ocierały się o siebie z leniwą powolnością. Poczuł, że jego wściekłość gaśnie, poczuł pot oblewający mu dłonie i gorzką obecność śliny w ustach. Teraz leżały spokojnie, uwięzione w lustrze toaletki, ręka na sprzączce stanika, palce wślizgujące się pod halkę, kolano jednej pomiędzy udami drugiej. Czekał w napięciu, z łokciami przyciśniętymi do poręczy fotelika. Nie śmiały się, zapomniały o nim, nie patrzyły w jego stronę, i przełknął ślinę. Zdawało się, że się ożywiają, że będzie jeszcze coś więcej, i w pośpiechu przebiegał wzrokiem od jednego lustra do drugiego i znów patrzył na łóżko, aby nie stracić z oczu żadnej z dwóch postaci, tak giętkich, zwinnych, zręcznych, żadnego z ruchów, jakimi rozpinały paski, ściągały z nóg pończochy, zsuwały majtki, pomagając sobie nawzajem, ciągnąc i nic nie mówiąc. Bielizna spadała na dywan, a fala niecierpliwego podniecenia i gorączki docierała aż do jego kąta. Już były nagie i zobaczył, jak Queta, przyklęknąwszy, opada miękko na Hortensję, aż prawie zupełnie zakryła ją swym wielkim brunatnym ciałem, ale przeskakując wzrokiem to na sufit, to na łóżko, to na lustro w łazience, zdołał ją dostrzec, jakby pociętą w kawałki pod tym masywnym cieniem, który na niej leżał: fragment białego pośladka, biała pierś, bieluteńka stopa, pięty, i jej czarne włosy, splątane z potarganą rudą czupryną Quety. Słyszał, jak oddychają, jak dyszą, słyszał leciutkie skrzypienie sprężyn i zobaczył, jak nogi Hortensji uwalniają się od nóg Quety, unoszą się i kładą na nich, zobaczył, że ich skóra coraz mocniej błyszczy, teraz czuł nawet zapach. Tylko plecy i pośladki drgały głębokim, płynnym rytmem, podczas gdy reszta ciała zastygła w bezruchu. Siedział z rozdętymi nozdrzami, ale i tak brakowało mu tchu; zamknął oczy, otworzył, ustami mocno wciągnął powietrze i wydawało mu się, że czuje zapach tryskającej krwi, ropy, gnijącego mięsa, usłyszał jakiś szmer i spojrzał. Queta leżała teraz na plecach, a Hortensja, maleńka, biała i skulona, rozchyliwszy wilgotne wargi wsuwała głowę pomiędzy ciemne, męskie nogi tamtej. Jej ust już nie było widać, przymknięte oczy skryły się w czarnym gąszczu, a jego ręce rozpinały koszulę, szarpały podkoszulkę, spuszczały spodnie i z wściekłością wyciągały pasek. Podbiegł do łóżka z rzemieniem w garści, nic nie myśląc, nic nie widząc, z oczyma utkwionymi w ciemne wgłębienie, ale zdołał wymierzyć tylko jeden cios: głowy się uniosły, ręce uczepiły się paska, szarpnęły go, wyrwały. Usłyszał przekleństwo, usłyszał swój własny śmiech. Usiłował rozdzielić te dwa ciała, które zbuntowały się przeciw niemu, i czuł, jak go popychają, gniotą, jak oblewa się potem w ślepym, duszącym chaosie, i słyszał bicie własnego serca. Nagle zakłuło go w skroniach, poleciał w pustkę. Przez chwilę trwał nieruchomo, oddychając głęboko, a potem odwrócił się od nich z odrazą, rosnącą jak nowotwór. Leżał wyprostowany, z zamkniętymi oczyma, w mglistej ociężałości, i niejasno zdawał sobie sprawę, że one znów dyszą powróciwszy do tamtego rytmu. Wstał wreszcie, z zawrotem głowy, i nie oglądając się za siebie poszedł do łazienki: musi więcej spać.
– No a ty, Chispas, kiedy się ożenisz, co? – powiedział Santiago.
Do samochodu podszedł kelner, oparł tacę na okienku. Chispas podał Teté coca-colę, a dla nich obu wziął piwo.
– Już teraz chciałem się żenić, ale mam trudności, wiesz, z pracą – powiedział i zdmuchnął pianę z piwa. – Bermudez doprowadził nas prawie do bankructwa. Ostatnio sprawy zaczęły się jakoś układać, ale nie mogę ojca zostawić samego. Od lat nie brałem urlopu. Chciałem podróżować. Powetuję to sobie w miodowym miesiącu, zwiedzę co najmniej pięć krajów.
– W miodowym miesiącu będziesz tak zajęty, że nie zdążysz nic zwiedzić – powiedział Santiago.
– Nie wygaduj takich rzeczy przy smarkuli – powiedział Chispas.
– Opowiedz mi, Teté, jaka jest ta jego Cary – powiedział Santiago.
– Ani z pierza, ani z mięsa – roześmiała się Teté. – Taka wyblakła laleczka z Punta, nawet ust nie umie otworzyć.
– To wspaniała dziewczyna, doskonale się rozumiemy – powiedział Chispas. – Przedstawię ci ją kiedy, mądralo. Już dawniej bym ją zabrał na takie nasze spotkanie, ale naprawdę nie wiem, stary, bo przez te twoje wyskoki ciągle mamy kłopoty, chyba sam to dobrze rozumiesz, nie?
– Ona wie, że nie mieszkam w domu? – powiedział Santiago. Co jej mówiłeś?
– Że jesteś narwany – powiedział Chispas. – Że się pożarłeś ze starym i wyprowadziłeś od nas. Nawet jej nie opowiedziałem, że cię widujemy po kryjomu, ja i Teté, bo mogłaby się wygadać przy rodzicach.
– Z nas to byś wszystko wyciągnął, a sam nigdy nic o sobie nie powiesz – powiedziała Teté. – Tak się nie robi.
– On chce być taki tajemniczy, ale ze mną ci się nie uda, mądralo – powiedział Chispas. – Jak nie chcesz gadać o sobie, to nie. Ja tam o nic nie będę pytał.