Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Ale ja konam z ciekawości – powiedziała Teté. – No nie bądź taki, mądralo, opowiedz coś.
– Jeżeli nic nie robisz, tylko ganiasz z pensjonatu do redakcji i z powrotem, to kiedy chodzisz na uniwersytet? – powiedział Chispas. – Nie damy się nabrać. To bujda; wcale nie chodzisz.
– Masz dziewczynę? – powiedziała Teté. – Tylko nie opowiadaj, że nikogo nie masz.
– On się w końcu ożeni z jakąś Murzynką, Chinką albo Indianką, tylko po to, żeby nam pokazać, że jest inny niż wszyscy – zaśmiał się Chispas. – Zobaczysz, Teté.
– No to przynajmniej opowiedz, jakich masz kumpli – powiedziała Teté. – Ciągle się przyjaźnisz z komunistami?
– Zamienił komunistów na moczymordów – śmiał się Chispasi. – Ma takiego kumpla w Chorrillos, co wygląda, jakby dopiero co wyszedł z mamra. Gęba jak u dzikusa, a cuchnie, aż się niedobrze robi.
– Jeżeli dziennikarstwo ci się nie podoba, to na co czekasz, przeproś się z tatusiem i będziesz pracował u niego – powiedziała Teté.
– Interesy jeszcze mniej mnie pociągają niż dziennikarka – powiedział Santiago. – To w sam raz dla Chispasa.
– Jak nie zostaniesz ani adwokatem, ani przemysłowcem, to nigdy nie zrobisz forsy – powiedziała Teté.
– Cała bieda w tym, że ja w ogóle nie chcę robić forsy – powiedział Santiago. – Zresztą po co. Ty i Chispas będziecie milionerami; jak będzie trzeba, to mi przecież coś odpalicie.
– Znowu zaczynasz – powiedział Chispas. – Można wiedzieć, co masz przeciwko ludziom, którzy chcą zarabiać pieniądze?
– Nic, po prostu ja sam nie mam ochoty robić forsy i tyle – powiedział Santiago.
– Ba, to najłatwiej – powiedział Chispas.
– Zanim się na dobre pokłócicie, chodźmy coś zjeść – powiedziała Teté. – Umieram z głodu.
Następnego ranka obudziła się jeszcze przed Simula. Na zegarze w kuchni była dopiero szósta, ale niebo już było jasne i minął nocny chłód. Spokojnie zamiotła swój pokój i posłała łóżko. Jak zwykle przez dłuższą chwilę trzymała nogę pod prysznicem, zanim powoli cała wsunęła się pod strumień wody; namydliła się, z uśmiechem przypominając sobie powiedzonka pani: teraz łapki, teraz tyłeczek, teraz piersiątka. Kiedy wyszła, Simula już robiła śniadanie i kazała jej obudzić Carióte. Zjadły i o pół do ósmej poszła po gazety. Chłopak z kiosku kiedyś jej dokuczał, ale zamiast mu się odciąć, pożartowała z nim chwilę. Była w dobrym humorze, do niedzieli już tylko trzy dni. Kazały się wcześnie obudzić, powiedziała Simula, idź już wreszcie, zanieś im śniadanie. Kilka razy zapukała do drzwi, zaspany głos pani: co tam? i weszła mówiąc: w „La Prensa” jest fotografia pana, proszę pani. Jedna z leżących na łóżku postaci poruszyła się w półmroku, zapłonęła lampka na nocnym stoliku. Pani odrzuciła włosy do tyłu i podczas gdy Amalia ustawiała tacę na krześle i przysuwała do łóżka, pani przeglądała gazetę. Może odsłonić okno, proszę pani? ale pani nie odpowiedziała: mrugała oczyma, wpatrując się w fotografię. Wreszcie, nie odwracając głowy, wyciągnęła rękę i lekko potrząsnęła panienką Queta.
– Czego chcesz – poskarżył się kłębek prześcieradeł. Daj mi spać, jeszcze noc.
– On uciekł, Queta – szarpała ją ze złością, zdumiona wpatrywała się w gazetę. – Wyjechał, uciekł.
Panienka Queta usiadła, przecierała zapuchnięte oczy, przechyliła się i też spojrzała na fotografię, i Amalii nagle zrobiło się wstyd, że widzi je tak razem, całkiem nagie.
– Do Brazylii – powtarzała pani przerażonym głosem. I nawet nie przyszedł, nawet nie zadzwonił. Wyjechał i nawet marnego słowa mi nie powiedział, Queta.
Amalia nalewała kawę do filiżanek, starała się coś przeczytać, ale widziała tylko czarne włosy pani i rude panienki Quety, wyjechał i co teraz będzie.
– Na pewno musiał, to było coś nagłego – mówiła panienka Queta zakrywając sobie piersi prześcieradłem. – Przyśle ci pieniądze na podróż. Na pewno ci zostawił list.
Pani zmieniła się na twarzy i Amalia widziała, jak jej drżą usta, dłoń, która trzymała gazetę, zmięła ją teraz; co za nędznik, Queta, nie zadzwonił, nie zostawił jej ani centavo, rozpłakała się. Amalia wyszła z pokoju: nie martw się, kochana, słyszała już na schodach, gdy biegła opowiedzieć wszystko Carlocie i Simuli.
Przepłukał usta, dokładnie się umył, przetarł włosy chusteczką skropioną kolońską wodą. Ubrał się powoli, umysł miał wyjałowiony, szum w głowie. Wrócił do sypialni, te dwie już się przykryły prześcieradłami. W półmroku widział rozrzucone włosy, z umazanych szminką twarzy biło nasycenie, z oczu senny spokój. Queta skuliła się i zasypiała, ale Hortensja patrzyła na niego.
– Nie zostaniesz? – jej głos był obojętny, bez wyrazu.
– Nie ma miejsca – powiedział od drzwi i wychodząc uśmiechnął się do niej. – Może jutro wpadnę.
Szybko zbiegł po schodach, podniósł z dywanu teczkę, wyszedł na ulicę. Ludovico i Ambrosio siedząc pod ogrodowym murem rozmawiali z policjantami zza rogu. Na jego widok umilkli i zerwali się na nogi.
– Dobry wieczór – mruknął dając dwie dziesiątki policjantom. – Wypijcie sobie na rozgrzewkę.
Ledwie do niego dotarły ich uśmiechy, ich podziękowania, wsiadł do samochodu: Chaclacayo. Oparł głowę na poduszkach, postawił kołnierz, kazał podnieść szyby w oknach. Siedząc nieruchomo, słuchał gadaniny Ambrosia i Ludovica i od czasu do czasu otwierał oczy patrząc na znajome ulice, place, ciemną autostradę: w uszach miał jednostajny szum. Kiedy się zatrzymali, dwa błyski reflektorów padły na ich wóz. Usłyszał komendę i dobry wieczór, zobaczył sylwetki strażników otwierających bramę. Jutro o której, don Cayo? – powiedział Ambrosio. O dziewiątej. Głosy Ambrosia i Ludovica gubiły się za jego plecami i stojąc na progu domu zobaczył jeszcze, jak tamci otwierają garaż. W stołowym nalał sobie do szklanki lodowatej wody i wolno powlókł się do sypialni, czując, jak szklanka drży mu w ręce. Proszki na sen były na półeczce przy wannie, obok maszynki do golenia. Wziął dwa i popił sporym łykiem wody. Po ciemku nakręcił zegarek i nastawił budzik na wpół do dziewiątej. Przykrył się po samą szyję. Służąca zapomniała zasłonić okno, niebo było jak czarny kwadrat upstrzony maleńkimi błyszczącymi punktami. Proszki sprowadzą sen za jakie dziesięć, piętnaście minut. Położył się za dwadzieścia czwarta, a fosforyzujące strzałki na budziku wskazywały za kwadrans czwartą. Jeszcze tylko pięć minut i uśnie.
TRZY
I
Przyszedł do redakcji trochę przed piątą i właśnie zdejmował marynarkę, kiedy w głębi sali zadzwonił telefon. Zobaczył, że Arispe odbiera, porusza ustami, przebiega wzrokiem po pustych biurkach i wreszcie go zauważył. Zavalita, proszę tutaj. Przeszedł przez salę i zatrzymał się przed stołem zawalonym petami, papierami, plikami fotografii i zwojami szpalt korektorskich.
– Te cwaniaki z kryminalnego nie zjawią się przed siódmą – powiedział Arispe. – Niech pan tam pojedzie, zbierze dane i odda potem Becerricie.
– Generał Garzón 311 – przeczytał Santiago. – To dzielnica Jezus Maria, prawda?
– Niech pan już leci, ja jeszcze mam dwa słowa do Periquita i Darío – powiedział Arispe. – W archiwum powinny być jej zdjęcia.
– Pokroili Muzę? – powiedział Periquito w furgonetce, zakładając fum do aparatu. – A to dopiero.
– Kilka lat temu śpiewała w radiu – powiedział szofer Darío. – Kto ją zabił?
– Zabójstwo w afekcie, zdaje się – powiedział Santiago. – Nigdy o niej nie słyszałem.
– Robiłem jej zdjęcia, kiedy była Królową Komediantów, kobitka na sto dwa – powiedział Periquito. – Robisz teraz w kryminalnym, Zavalita?