Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– To bujda z tymi ośmioma godzinami snu i z komisją – pomyślał, zaledwie zdając sobie sprawę, że jednocześnie mówi. – Teraz jest w klubie i gra. Chciał zostać, ale nałóg okazał się silniejszy.
A one się łaskotały, piszczały i krzyczały, szeptały sobie do ucha i w tych uściskach, w tej szarpaninie i mocowaniu przysuwały się coraz bardziej do brzegu kanapy. Ale nie spadły: przysuwały się i cofały, popychały się i podtrzymywały nawzajem, ciągle się śmiejąc. Nie spuszczał z nich wzroku, zmarszczył się, oczy miał przymknięte, ale czujne. W ustach mu zaschło.
– To jedyny nałóg, jakiego nie rozumiem – pomyślał głośno. – Jedyny, który okazuje się głupotą w wypadku tak nadzianego faceta jak Landa. Grać po to, żeby mieć więcej, czy po to, żeby stracić? Nikt nie jest zadowolony, każdy ma czegoś za dużo albo za mało.
– Popatrz, mówi sam do siebie – Hortensja uniosła twarz sponad szyi Quety i pokazywała na niego. – Zwariował. Patrz, już nie chce odejść.
– Nalej mi jeszcze – powiedział zrezygnowany. – i tak mnie zrujnujecie.
Hortensja, uśmiechnięta, szepcząc coś cichutko, potykając się, podeszła do baru, a on poszukał wzrokiem oczu Quety i wskazał jej służbówkę: zaniknij drzwi, służące pewno nie śpią. Hortensja przyniosła szklankę whisky i usiadła mu na kolanach. Pił powoli, zatrzymując alkohol w ustach, smakując z zamkniętymi oczyma, i czuł jej nagie ramię na swojej szyi, czuł jej dłoń w swoich włosach i słyszał ciepły, bełkoczący głosik: Cayo Śmierdzielek, Cayo Śmierdzielek. Palenie w gardle stało się całkiem znośne, nawet przyjemne. Westchnął, odsunął Hortensję, wstał i nie patrząc na te dwie wszedł na schody. Wsunął się do sypialni nie zapalając światła. Po omacku dotarł do krzesła przed toaletką, usłyszał własny śmiech, pełen odrazy. Zdjął krawat, marynarkę i usiadł. Pani Heredia już jest, zaraz wejdzie na górę. Sztywny, nieruchomy, czekał na jej przyjście.
– Niepokoisz się, że już tak późno? – mówi Santiago. – Nic się nie martw. Jeden kumpel poradził mi niezawodny środek na zmartwienie, Ambrosio.
– Nie wchodzimy tutaj – powiedział Chispas. – Sami pijacy. Jak wysiądziemy, zaczną zaczepiać Teté i będzie draka.
– To podjedź z wozem trochę bliżej – powiedziała Teté. – Chcę widzieć, jak tańczą.
Chispas podjechał do chodnika i wtedy mogli ze swych miejsc widzieć plecy i twarze par tańczących w klubie „Nacional”; słyszeli kotły, marakasy, trąbkę i konferansjera zapowiadającego najlepszą tropikalną orkiestrę w Limie. Kiedy muzyka cichła, z tyłu, za plecami, słyszeli szum morza, a gdy się odwrócili, dostrzegali za barierą na Malecón białą pianę, pękanie fal. Przed restauracjami i barami La Herradura parkowało mnóstwo aut. Wieczór był chłodny, świeciły gwiazdy.
– To cudowne, że spotykamy się tak po kryjomu – powiedziała Teté ze śmiechem. – Tak jakbyśmy robili coś zakazanego, no nie?
– Stary czasem zagląda tutaj wieczorem – powiedział Chispas. – To by było przepięknie, gdyby nas tu złapał we trójkę.
– Pozabijałby nas, jakby się dowiedział, że się spotykamy z tobą – powiedziała Teté.
– Rozpłakałby się ze wzruszenia na widok syna marnotrawnego – powiedział Chispas.
– Nie wierzycie mi, ale ja naprawdę kiedyś wpadnę do domu – powiedział Santiago. – Bez uprzedzenia. Najlepiej w przyszłym tygodniu.
– Jasne, że ci wierzę, przecież od miesięcy powtarzasz tę sarną bajeczkę – i twarz Teté rozpromieniła się: – Już wiem, mam pomysł. Pojedźmy zaraz, w tej chwili, i przeprosisz się z rodzicami.
– Teraz nie, kiedy indziej – powiedział Santiago. – A poza tym nie chcę jechać z wami, tylko sam, to nie będzie takiego melodramatu.
– Nigdy nie przyjdziesz i zaraz ci powiem dlaczego – powiedział Chispas. – Czekasz, aż stary przyleci do twojego pensjonatu, przeprosi cię za coś tam i ubłaga, żebyś wrócił.
– Nie raczyłeś przyjść nawet wtedy, kiedy ten łobuz Bermúdez go prześladował, ani nie zadzwoniłeś na jego urodziny – powiedziała Teté. – Niewdzięcznik z ciebie, mądralo.
– Masz źle w głowie, jeśli myślisz, że stary będzie się przed tobą wypłakiwał – powiedział Chispas. – Uciekłeś dla jakichś swoich wariackich wymysłów i starzy całkiem słusznie czują się obrażeni. To ty powinieneś ich przeprosić.
– A wy w kółko i na okrągło o tym samym – powiedział Santiago. – Pogadajmy o czym innym, bardzo was proszę. No jak, Teté, kiedy ślub z Popeye’em?
– Coś ty – powiedziała Teté. – Nawet z nim nie chodzę. To tylko kumpel.
– Raz na tydzień mleczko z żelu i proszek, Zavalita – powiedział Garlitos. – Jak masz przeczyszczony żołądek, to na to co dzień anyżówka z wodą i wszystkie zmartwienia diabli wzięli. Niezawodny sposób, Zavalita.
W domu Carlota wybiegła jej na spotkanie zupełnie oszołomiona: pan już nie jest ministrem, mówili przez radio, na jego miejsce przyszedł jakiś wojskowy. Naprawdę? udawała zdziwienie Amalia układając bułki na talerzu, a pani? Okropnie zła, Simula właśnie jej zaniosła gazety i pani mówiła różne takie wyrazy, aż tutaj było słychać. Amalia zaniosła na górę dzbanuszek kawy, sok pomarańczowy i grzanki i już od drzwi słyszała tik-tak z radia. Pani była na pół ubrana, a łóżko nie posłane i zarzucone gazetami i pismami, i pani nie odpowiedziała na dzień dobry, tylko wściekłym głosem kazała sobie dać kawy bez mleka. Amalia podała jej filiżankę, pani wypiła łyk i odstawiła filiżankę na tacę. Amalia dreptała za nią z ubikacji do łazienki i do toaletki, aby mogła pić ubierając się, i widziała, jak jej drżą ręce, kreseczka brwi się marszczyła, i ona także drżała słuchając tego, co mówiła pani: niewdzięczne bydło, gdyby nie nasz pan, to dla Odríi i tych jego bandytów już dawno by klamka zapadła. A teraz ciekawe, co zrobią bez niego, wstydu nie mają, szminka wysunęła się jej z rąk, dwa razy rozlała kawę, bez niego nie pociągną nawet przez miesiąc. Wybiegła z pokoju nie kończąc makijażu, wezwała taksówkę i kiedy na nią czekała, cały czas gryzła wargi i nagle rzuciła jakieś świńskie słówko. Jak tylko pojechała, Simula włączyła radio, słuchały przez cały dzień. Mówili o gabinecie wojskowym i opowiadali życiorysy nowych ministrów, ale żadna rozgłośnia nie wspomniała o panu. Pod wieczór podali, że strajk w Arequipie się skończył, jutro zostaną otwarte szkoły, uniwersytet i sklepy, i Amalia przypomniała sobie o kumplu Ambrosia: on tam właśnie pojechał, kto wie, może go zabili. Simula i Carlota rozpowiadały o tym, czego się dowiedziały z radia, a ona ich słuchała, od czasu do czasu myśląc o czym innym, o Ambrosiu: bał się o ciebie, przyszedł do ciebie. A może teraz, jak już nie jest w rządzie, zamieszka tutaj, mówiła Carlota, a Simula to by było dla nas wielkie nieszczęście, i Amalia pomyślała: a jeśli go zabili, to może by Ambrosio wynajął jego pokój dla nich obojga, ostatecznie co w tym złego? Ale nie, to by było korzystanie z cudzego nieszczęścia. Pani wróciła późno, z panienką Queta i panienką Lucy. Usiadły w salonie i podczas gdy Simula przygotowywała kolację, Amalia słuchała, jak obie panienki pocieszają panią: zdjęli go, żeby przerwać strajk, ale on będzie dalej rządził nawet siedząc w domu, taki mocny człowiek, Odria wszystko mu zawdzięcza. Nawet do mnie nie zadzwonił, mówiła pani spacerując po pokoju, a one: na pewno ma zebrania, konferencje, ale przecież zadzwoni, a może sam przyjedzie, jeszcze dziś w nocy. Piły swoją whisky i siadając do stołu już się śmiały i żartowały. Gdzieś koło północy panienka Lucy pojechała do siebie.