Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Dynastia Matherin była starym Domem, choć ani zbyt dużym, ani zbyt silnym. Główne schody rezydencji, prowadzące do wejściowego holu, były szerokie i ozdobione marmurowymi balustradami. Ogromny frontowy hol wyłożono szaroniebieskimi kaflami podłogowymi i oświetlono zwisającymi na łańcuchach z wysokiego na dwadzieścia stóp sufitu olejowymi lampami wyposażonymi w odblaśnice. Niewiele można tu było dostrzec złoceń i mozaik, za to pod ścianami holu stały ozdobnie rzeźbione skrzynie i serwantki, zaś na jednej ze ścian wisiały gobeliny — jeden ukazywał jeźdźców polujących na lamparty, co było, oględnie mówiąc, zabawą dość ryzykowną, drugi natomiast przedstawiał kobiety z Dynastii Matherin podające miecz pierwszej Królowej Andoru; to ostatnie zdarzenie Matherin wielce sobie cenili, chociaż nie istniała pewność, czy rzeczywiście do niego doszło.
Aviendha była już na dole, niecierpliwie przemierzając hol, a Elayne na jej widok westchnęła. Dzieliły pokój, choć nie dlatego, że Matherin nie potrafili przygotować dwóch odpowiednich dla tak znacznych gości pomieszczeń, jednak Aviendha zupełnie nie pojmowała, że im mniejszy Dom, tym dumniejsi są jego członkowie. Mniejsze Domy, często posiadały niewiele więcej poza tą dumą. Aviendha powinna znać znaczenie tego słowa, gdyż od niej samej wręcz biła dzika duma i siła. Zawsze wyprostowana i jeszcze wyższa niż Elayne, z grubym ciemnym szalem narzuconym na jasną bluzkę i złożoną szarą chustą przytrzymującą jej długie, rudawe włosy, wyglądała jak typowa Mądra, mimo iż była zaledwie rok starsza od Elayne. Mądre, które potrafiły przenosić Moc, często wyglądały na młodsze, niż były w istocie, a Aviendha miała też w sobie jakieś dostojeństwo. W każdym razie na pewno teraz wyglądała godnie, choć wcześniej wystarczająco często zdarzało im się we dwie chichotać. Tyle że... Aviendha nie była jeszcze Mądrą, lecz zaledwie uczennicą. Tak czy owak — podobnie jak większość Mądrych — nosiła sporo biżuterii: długie, srebrne naszyjniki kandoryjskie, broszkę z bursztynu w kształcie żółwia oraz szeroką bransoletę z kości słoniowej. Dziedziczka Tronu nigdy za bardzo nie przejmowała się Aviendhą i co jakiś czas miała z nią z tego powodu pewne problemy. Czasami podejrzewała, że Mądre i ją uważają za uczennicę, a przynajmniej adeptkę. Głupia myśl, na pewno głupia, ale czasami...
Kiedy Elayne dotarła do podnóża schodów, Aviendha poprawiła szal.
— Dobrze spałaś? — spytała z pozornym spokojem, choć w jej zielonych oczach Dziedziczka Tronu dostrzegła wyraźną troskę. — Nie posłałaś po wino, żeby łatwiej zasnąć, prawda? Podczas posiłku dzięki moim staraniom stale otrzymywałaś jedynie rozwodnione, widziałam jednak, jakim wzrokiem spoglądałaś na dzban z trunkiem.
— Tak, Matko — powiedziała Elayne ckliwie słodkim głosem. — Nie, Matko. Zastanawiałam się tylko, skąd Aedmun ma tak doskonałe wina, Matko. Wstyd rozwadniać tak dobry napitek. A przed snem piłam jedynie kozie mleko. — Właśnie od niego mogła mieć mdłości! Chociaż już się do niego przyzwyczaiła, może nawet je polubiła.
Aviendha oparła na biodrach zaciśnięte pięści, stając się istną personifikacją oburzenia. Na ten widok Elayne nie mogła nie roześmiać się. Istniały niewygody ciąży, począwszy od nagłych huśtawek nastrojów, przez bolesność piersi po ciągłe uczucie zmęczenia, jednak w pewnym sensie najgorszy był fakt, jak ludzie cackali się z nią i ją rozpieszczali. Wszyscy w Królewskim Pałacu wiedzieli o jej odmiennym stanie, sporo osób wiedziało wręcz przed nią — dzięki widzeniom Min i jej gadatliwości — i Dziedziczka Tronu nie pamiętała, czy w dzieciństwie ktoś jej tak matkował jak teraz. A jednak znosiła wszystkie problemy z największym wdziękiem, na jaki potrafiła się zdobyć. Zazwyczaj. Przecież wokół jedynie usiłowano jej pomóc. Po prostu wolałaby, żeby wszystkie znane jej kobiety przestały uważać, że ciąża zrobiła z niej idiotkę. Bo prawie wszystkie traktowały ją jak głupią. A najgorsze były te, które same nigdy nie rodziły.
Myśląc o dziecku... czasami żałowała, że Min nie może jej powiedzieć, czy urodzi chłopca, czy dziewczynkę, a raczej, że Aviendha albo Birgitte nie potrafią sobie dokładnie przypomnieć, co właściwie powiedziała Min. Min nigdy się nie myliła, jednak tamtej nocy we trzy wypiły zbyt dużo wina i Min opuściła pałac na długo, zanim sama Elayne zdążyła ją o cokolwiek zapytać. Tak czy inaczej, myśląc o rosnącym w niej dziecku, zawsze przywoływała w pamięci Randa. I odwrotnie — myśli o nim wyzwalały myśli o maleństwie. Mężczyzna i dziecko stanowili w jej głowie parę równie nierozłączną jak śmietanka i mleko. Elayne straszliwie tęskniła za Randem, chociaż mogłaby za nim... nie tęsknić. Jakaś jego część, jego istota, zawsze wszak tkwiła w tyle jej głowy, chyba że Elayne zamaskowała więź. Podobnie sprawa się przedstawiała z Birgitte, jej kobietą Strażnikiem. Więź miała jednakże swoje ograniczenia. Rand przebywał gdzieś na zachodzie, na tyle daleko, że niewiele więcej mogła o nim powiedzieć poza tym, że żył. Właściwie nic więcej, chociaż sądziła, że wyczułaby, gdyby został poważnie ranny. Nie była zresztą pewna, czy chce wiedzieć, co się z nim dzieje. Rand znajdował się daleko na południu przez długi czas po opuszczeniu Elayne, a obecnie, akurat dzisiejszego ranka Podróżował i znalazł się gdzieś na zachodzie. Niepokojące było czuć go raz w jednym miejscu, a następnie w zupełnie innym, jeszcze odleglejszym. Może ścigał wrogów, uciekał przed nimi lub robił jedną z tysiąca innych rzeczy. Dziedziczka Tronu miała wielką nadzieję, że powody, które skłoniły go do Podróżowania, były niewinne i dla niego nieszkodliwe. Miała nadzieję, że Randowi nie stanie się nic złego, wiedziała wszak, że mężczyźni umiejący przenosić Moc zawsze z powodu tego talentu umierali, pragnęła jednak z całych sił jak najdłużej utrzymać go przy życiu.
— Rand ma się dobrze — oświadczyła Aviendha, prawie jakby potrafiła czytać jej w myślach. Jako pierwsze siostry umiały się wyczuwać, choć nie łączyła ich tak bliska więź jak więź ze Strażnikiem, która łączyła je obie oraz Min z Randem. — Jeśli da się zabić, odetnę mu uszy.
Elayne zamrugała, potem znów się roześmiała, a Aviendha posłała jej zaskoczone spojrzenie, po czym również zaczęła się śmiać. Zdanie to nie było właściwie zabawne, chyba że dla Aielów — Aviendha miała naprawdę osobliwe poczucie humoru — a jednak Elayne nie mogła powstrzymać śmiechu, podobnie Aviendha. Objęły się mocno i przez długą chwilę po prostu trzęsły ze śmiechu. Życie było bardzo dziwne. Gdyby ktoś powiedział Elayne kilka lat temu, że będzie się dzieliła swoim mężczyzną z inną kobietą — z dwiema innymi kobietami! — wyzwałaby go od szaleńców. Sam pomysł był już nieprzyzwoity. Jednakże kochała Aviendhę równie mocno jak Randa, choć w inny sposób, a Aviendha kochała Randa tak samo mocno jak ona. Zaprzeczanie tej miłości oznaczałoby wyparcie się Aviendhy, a tego Dziedziczka Tronu nie potrafiłaby zrobić. Kobiety Aielów, siostry czy bliskie przyjaciółki, często wychodziły za mąż za tego samego mężczyznę, rzadko zresztą pytając go o zgodę w tej kwestii. Elayne zamierzała poślubić Randa, podobnie postanowiły Aviendha i Min. Takie były zasady, z którymi nikt nie powinien polemizować. Nawet Rand. O ile w ogóle pożyje wystarczająco długo.
Nagle Dziedziczka Tronu przestraszyła się, że własny śmiech za chwilę doprowadzi ją do łez. „Proszę, o Światłości — pomyślała — nie pozwól mi zmienić się w jedną z tych kobiet, które stale podczas ciąży płaczą”. Dostatecznie mocno przeszkadzała jej własna huśtawka nastrojów i niewiedza, czy za moment popadnie w melancholię, czy też we wściekłość. Całe godziny mogła się czuć idealnie normalnie, a później nagle godzinami odnosiła wrażenie, że jest dziecięcą piłką zeskakującą w dół po nieskończonym ciągu schodów. Dziś rano miała wrażenie, że znajduje się właśnie na takich schodach.