Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 82 83 84 85 86 87 88 89 90 ... 173
Перейти на страницу:

W koń­cu po­sta­no­wio­no coś z tym zro­bić i jak na ra­zie po­mysł pra­wie się spraw­dzał. Pra­wie, bo te ku­piec­ko-pi­rac­kie okrę­ty, któ­re mia­ły ocho­tę na prze­kro­cze­nie pra­wa, za­wsze po­tra­fi­ły wy­pły­nąć z por­tu tak, by nie umknę­ła im po­ten­cjal­na zdo­bycz. Po mie­ście za­czę­ła krą­żyć plot­ka, ja­ko­by kil­ka zło­dziej­skich gil­dii, miesz­czą­cych się w przy­por­to­wych dziel­ni­cach, zna­la­zło nowe źró­dło do­cho­du i sprze­da­wa­ło pi­ra­tom in­for­ma­cje o cza­sie wyj­ścia z por­tu, ła­dun­ku i przy­pusz­czal­nym kur­sie ku­piec­kich stat­ków.

No cóż, w każ­dej plot­ce tkwi ziar­no praw­dy.

Cho­ciaż w przy­pad­ku mit­tar­skich ga­ler Ce­tron-ben-Go­ron, przy­wód­ca jed­nej z naj­spraw­niej­szych zło­dziej­skich grup, dzia­łał cał­ko­wi­cie bez­in­te­re­sow­nie. I bez­kar­nie. Rada pa­trzy­ła bo­wiem wręcz przy­chyl­nym okiem na po­czy­na­nia mo­gą­ce uszczu­plić flo­tę han­dlo­wą naj­groź­niej­sze­go mor­skie­go kon­ku­ren­ta Pon­kee-Laa.

Alt­sin do­tarł do na­brze­ża w cał­kiem przy­zwo­itym cza­sie, zwa­żyw­szy, że od wczo­raj­sze­go wie­czo­ru dro­ga znacz­nie się wy­dłu­ży­ła. Z pew­no­ścią był to sku­tek ja­kichś ma­gicz­nych sztu­czek.

Na­brze­że – sta­ra, so­lid­na me­ekhań­ska ro­bo­ta, czy­li bru­ko­wa­na dro­ga bie­gną­ca pro­sto­pa­dle do mola, sze­ro­ka na osiem­na­ście łok­ci – było zu­peł­nie pu­ste. „Da­wer” i „Yona­de­ruk” cu­mo­wa­ły tu wczo­raj jako je­dy­ne stat­ki, a po ich znik­nię­ciu kup­cy, zło­dzie­je i por­to­we dziw­ki nie mie­li już tu cze­go szu­kać. Za­pew­ne ni­czym ła­wi­ca dor­szy po­pły­nę­li na lep­sze że­ro­wi­sko, czy­li do od­da­lo­ne­go o kil­ka­set jar­dów głów­ne­go por­tu, gdzie wy­ra­stał las masz­tów, a moż­li­wo­ści za­rob­ku były o nie­bo więk­sze.

– A mó­wi­łem, że sam przyń­dzie.

Zza ster­ty po­roz­bi­ja­nych skrzyń wy­ło­nił się ni­ski, po­wy­krzy­wia­ny człe­czy­na w wy­świech­ta­nym ka­fta­nie i po­dar­tych por­t­kach. In­dy­wi­du­um było bose, cho­ciaż są­dząc z war­stwy bru­du na jego sto­pach i sta­nu ich zro­go­wa­ce­nia, buty w jego przy­pad­ku były zbęd­ną fa­na­be­rią.

– Tak siedze so­bie tu od świ­tu i myśle. – Stan uzę­bie­nia wska­zy­wał, że w ra­zie wal­ki na­le­ży jak ognia uni­kać ugry­zie­nia przez tego osob­ni­ka. Śmierć w wy­ni­ku za­ka­że­nia by­ła­by pew­na, a na do­da­tek dłu­ga i wy­jąt­ko­wo bo­le­sna. – Leży bie­dak na tych pa­skud­nych de­skach i cier­pi, men­czy sie, pójde i mu ulże. Ale z dru­giej stro­ny co­sik mi mó­wi­ło, siedź spo­koj­nie He­re­gon­te, po­cze­kaj, wiel­moż­ny pan sam do cie­bie przyń­dzie. Mia­łem ra­cje, co nie?

Po­kurcz po­cią­gnął no­sem i skrzy­wił się.

– Fuj, ależ od wa­szej do­stoj­no­ści za­la­tu­je. Jak, nie przy­mie­rza­jąc, od kra­mu ze zgni­ty­mi ry­ba­mi.

Alt­sin zmie­rzył go wzro­kiem z góry na dół i wy­pro­sto­wał się.

– Cze­go chcesz?

W tym mo­men­cie od­krył, że ktoś pew­nie uży­wał wczo­raj jego gar­dła i od­dał je w nie naj­lep­szym sta­nie. Le­d­wo mógł roz­po­znać wła­sny głos.

– A tam, nic wiel­kie­go. – Osob­nik na­zy­wa­ją­cy sie­bie He­re­gon­tem wzru­szył ra­mio­na­mi i wy­cią­gnął skądś so­lid­ną pał­kę. – Tyl­ko może sa­kiewke, i ten srebr­ny wi­sio­rek, i bran­so­lete, a i ka­mi­zel­ka wy­glą­da cał­kiem, cał­kiem.

Zło­dziej cof­nął się o krok i bły­snął szty­le­tem.

– I co? Masz za­miar na­mó­wić mnie, że­bym ci to wszyst­ko od­dał?

Miał na­dzie­ję, że to wy­star­czy.

– Ja nie. – Ra­buś naj­wy­raź­niej się nie prze­jął. – Ale Teo tak.

Ster­ta skrzyń po­ru­szy­ła się i roz­pa­dła. Stwo­rze­nie, któ­re spod niej wy­la­zło, było wiel­kie, po­twor­nie za­ro­śnię­te i ra­czej trud­no je by­ło­by za­kla­sy­fi­ko­wać do ja­kiejś kon­kret­nej rasy. Mia­ło oko­ło sied­miu stóp wzro­stu i co naj­mniej czte­ry sze­ro­ko­ści. Oczy­wi­ście nie było uzbro­jo­ne, bo pał­ka, któ­rą dzier­ży­ło w ła­pie wiel­ko­ści boch­na chle­ba, wy­glą­da­ła bar­dziej na wy­ka­łacz­kę niż broń. Alt­sin prze­łknął śli­nę.

– Teo?

– We wła­snej oso­bie. – Po­kurcz znów pró­bo­wał prze­stra­szyć uśmie­chem słoń­ce. – To jak ben­dzie z tom da­ro­wi­znom?

Zło­dziej wy­cią­gnął dru­gi szty­let, cho­ciaż sam nie wie­dział po co.

Wte­dy ra­bu­sie zmię­kli. Obie pał­ki stuk­nę­ły o bruk, a na prysz­cza­tej gę­bie kur­du­pla za­go­ścił prze­pra­sza­ją­cy uśmiech.

– Jaa... my... to jest, my już pój­dzie­my, wa­sza wiel­moż­ność. To był tyl­ko taki mały żar­cik oczy­wi­ście. Bez ura­zy.

I rzu­cił się do uciecz­ki, a po krót­kiej chwi­li do jego bo­se­go człap, człap do­łą­czy­ło dud­nią­ce łup, łup bu­cio­rów Teo.

Alt­sin spoj­rzał na swo­je szty­le­ty ze szcze­rym po­dzi­wem. Po­my­śleć, że dał za nie tyl­ko dwa orgi. I to ob­rze­za­ne.

Coś stuk­nę­ło go w ple­cy, od­wró­cił się, de­mon­stra­cyj­nie uno­sząc broń. Ten, kto go za­cze­pił, wła­śnie na­ro­bił so­bie kło­po­tów.

Za nim stał Ker­lan i dwóch zna­nych mu tyl­ko z wi­dze­nia lu­dzi Ce­tro­na. Je­den z nich trzy­mał na­pię­tą ku­szę.

– Do­brze, że cię zna­leź­li­śmy, za­nim sta­ry Her się ob­ło­wił. Ten jego Teo to do­bry chło­pak, ale raz czy dwa zda­rzy­ło mu się ko­muś odro­bi­nę za moc­no przy­ło­żyć. Zwłasz­cza gdy ten ktoś był na tyle głu­pi, żeby się sta­wiać. – Ker­lan po­ki­wał łysą gło­wą, nie wia­do­mo – zdu­mio­ny czy roz­ba­wio­ny.

Alt­sin kil­ka­krot­nie otwo­rzył i za­mknął usta, za­nim wy­chry­piał:

– Ce­tron cię przy­słał?

Nie było to za mą­dre py­ta­nie, ale za­wsze ja­kiś po­czą­tek.

– Tak, szu­ka cię. Mia­łeś wró­cić przed pół­no­cą.

– Nie mo­głem. – Chło­pak po­krę­cił gło­wą i za­raz tego po­ża­ło­wał, ba­last w jego czasz­ce jesz­cze się nie usta­bi­li­zo­wał. – Mu­sia­łem sfi­na­li­zo­wać umo­wę.

– Wi­dać. Le­piej jed­nak, żeby gru­by ci uwie­rzył. Jest wście­kły.

– Aha. – Po­świę­cił chwi­lę na prze­my­śle­nie tej in­for­ma­cji. – A dla­cze­go?

– Do­wiesz się. Jest w no­rze. Ka­wa­łek stąd mamy dwu­kół­kę, za­wio­zę cię, bo sam pew­nie się nie do­wle­czesz. Alt­sin?

– Co?

– Trzy­maj się pod wiatr, pro­szę.

* * *

Norą Ce­tron na­zy­wał so­lid­ną, dwu­pię­tro­wą ka­mie­nicz­kę, sto­ją­cą w sze­re­gu bliź­nia­czych bu­dyn­ków. Mie­ści­ła się w Śred­nim Va­lee, dziel­ni­cy drob­nych kup­ców, rze­mieśl­ni­ków, me­dy­ków, al­che­mi­ków, ma­gów nie naj­wyż­szych lo­tów i cał­kiem nie­złej kla­sy lu­pa­na­rów, do któ­rej przy­do­mek „Śred­nie” pa­so­wał jak ulał.

1 ... 82 83 84 85 86 87 88 89 90 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)