Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
W końcu postanowiono coś z tym zrobić i jak na razie pomysł prawie się sprawdzał. Prawie, bo te kupiecko-pirackie okręty, które miały ochotę na przekroczenie prawa, zawsze potrafiły wypłynąć z portu tak, by nie umknęła im potencjalna zdobycz. Po mieście zaczęła krążyć plotka, jakoby kilka złodziejskich gildii, mieszczących się w przyportowych dzielnicach, znalazło nowe źródło dochodu i sprzedawało piratom informacje o czasie wyjścia z portu, ładunku i przypuszczalnym kursie kupieckich statków.
No cóż, w każdej plotce tkwi ziarno prawdy.
Chociaż w przypadku mittarskich galer Cetron-ben-Goron, przywódca jednej z najsprawniejszych złodziejskich grup, działał całkowicie bezinteresownie. I bezkarnie. Rada patrzyła bowiem wręcz przychylnym okiem na poczynania mogące uszczuplić flotę handlową najgroźniejszego morskiego konkurenta Ponkee-Laa.
Altsin dotarł do nabrzeża w całkiem przyzwoitym czasie, zważywszy, że od wczorajszego wieczoru droga znacznie się wydłużyła. Z pewnością był to skutek jakichś magicznych sztuczek.
Nabrzeże – stara, solidna meekhańska robota, czyli brukowana droga biegnąca prostopadle do mola, szeroka na osiemnaście łokci – było zupełnie puste. „Dawer” i „Yonaderuk” cumowały tu wczoraj jako jedyne statki, a po ich zniknięciu kupcy, złodzieje i portowe dziwki nie mieli już tu czego szukać. Zapewne niczym ławica dorszy popłynęli na lepsze żerowisko, czyli do oddalonego o kilkaset jardów głównego portu, gdzie wyrastał las masztów, a możliwości zarobku były o niebo większe.
– A mówiłem, że sam przyńdzie.
Zza sterty porozbijanych skrzyń wyłonił się niski, powykrzywiany człeczyna w wyświechtanym kaftanie i podartych portkach. Indywiduum było bose, chociaż sądząc z warstwy brudu na jego stopach i stanu ich zrogowacenia, buty w jego przypadku były zbędną fanaberią.
– Tak siedze sobie tu od świtu i myśle. – Stan uzębienia wskazywał, że w razie walki należy jak ognia unikać ugryzienia przez tego osobnika. Śmierć w wyniku zakażenia byłaby pewna, a na dodatek długa i wyjątkowo bolesna. – Leży biedak na tych paskudnych deskach i cierpi, menczy sie, pójde i mu ulże. Ale z drugiej strony cosik mi mówiło, siedź spokojnie Heregonte, poczekaj, wielmożny pan sam do ciebie przyńdzie. Miałem racje, co nie?
Pokurcz pociągnął nosem i skrzywił się.
– Fuj, ależ od waszej dostojności zalatuje. Jak, nie przymierzając, od kramu ze zgnitymi rybami.
Altsin zmierzył go wzrokiem z góry na dół i wyprostował się.
– Czego chcesz?
W tym momencie odkrył, że ktoś pewnie używał wczoraj jego gardła i oddał je w nie najlepszym stanie. Ledwo mógł rozpoznać własny głos.
– A tam, nic wielkiego. – Osobnik nazywający siebie Heregontem wzruszył ramionami i wyciągnął skądś solidną pałkę. – Tylko może sakiewke, i ten srebrny wisiorek, i bransolete, a i kamizelka wygląda całkiem, całkiem.
Złodziej cofnął się o krok i błysnął sztyletem.
– I co? Masz zamiar namówić mnie, żebym ci to wszystko oddał?
Miał nadzieję, że to wystarczy.
– Ja nie. – Rabuś najwyraźniej się nie przejął. – Ale Teo tak.
Sterta skrzyń poruszyła się i rozpadła. Stworzenie, które spod niej wylazło, było wielkie, potwornie zarośnięte i raczej trudno je byłoby zaklasyfikować do jakiejś konkretnej rasy. Miało około siedmiu stóp wzrostu i co najmniej cztery szerokości. Oczywiście nie było uzbrojone, bo pałka, którą dzierżyło w łapie wielkości bochna chleba, wyglądała bardziej na wykałaczkę niż broń. Altsin przełknął ślinę.
– Teo?
– We własnej osobie. – Pokurcz znów próbował przestraszyć uśmiechem słońce. – To jak bendzie z tom darowiznom?
Złodziej wyciągnął drugi sztylet, chociaż sam nie wiedział po co.
Wtedy rabusie zmiękli. Obie pałki stuknęły o bruk, a na pryszczatej gębie kurdupla zagościł przepraszający uśmiech.
– Jaa... my... to jest, my już pójdziemy, wasza wielmożność. To był tylko taki mały żarcik oczywiście. Bez urazy.
I rzucił się do ucieczki, a po krótkiej chwili do jego bosego człap, człap dołączyło dudniące łup, łup buciorów Teo.
Altsin spojrzał na swoje sztylety ze szczerym podziwem. Pomyśleć, że dał za nie tylko dwa orgi. I to obrzezane.
Coś stuknęło go w plecy, odwrócił się, demonstracyjnie unosząc broń. Ten, kto go zaczepił, właśnie narobił sobie kłopotów.
Za nim stał Kerlan i dwóch znanych mu tylko z widzenia ludzi Cetrona. Jeden z nich trzymał napiętą kuszę.
– Dobrze, że cię znaleźliśmy, zanim stary Her się obłowił. Ten jego Teo to dobry chłopak, ale raz czy dwa zdarzyło mu się komuś odrobinę za mocno przyłożyć. Zwłaszcza gdy ten ktoś był na tyle głupi, żeby się stawiać. – Kerlan pokiwał łysą głową, nie wiadomo – zdumiony czy rozbawiony.
Altsin kilkakrotnie otworzył i zamknął usta, zanim wychrypiał:
– Cetron cię przysłał?
Nie było to za mądre pytanie, ale zawsze jakiś początek.
– Tak, szuka cię. Miałeś wrócić przed północą.
– Nie mogłem. – Chłopak pokręcił głową i zaraz tego pożałował, balast w jego czaszce jeszcze się nie ustabilizował. – Musiałem sfinalizować umowę.
– Widać. Lepiej jednak, żeby gruby ci uwierzył. Jest wściekły.
– Aha. – Poświęcił chwilę na przemyślenie tej informacji. – A dlaczego?
– Dowiesz się. Jest w norze. Kawałek stąd mamy dwukółkę, zawiozę cię, bo sam pewnie się nie dowleczesz. Altsin?
– Co?
– Trzymaj się pod wiatr, proszę.
* * *
Norą Cetron nazywał solidną, dwupiętrową kamieniczkę, stojącą w szeregu bliźniaczych budynków. Mieściła się w Średnim Valee, dzielnicy drobnych kupców, rzemieślników, medyków, alchemików, magów nie najwyższych lotów i całkiem niezłej klasy lupanarów, do której przydomek „Średnie” pasował jak ulał.