Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
W głowie Matwieja Bencjonowicza jakby przerwała się jakaś tama: myśli, domysły i olśnienia runęły takim strumieniem, że prokurator zaczynał topić się w owym zalewie.
Tymczasem pojawiła się już przed nim nowa tama, mocniejsza niż pierwsza, a za nią kipiała i pieniła się wzburzona woda.
Kim jest rzeczywisty radca stanu Dolinin?
Berdyczowski zaczął przypominać sobie wszystko, co było mu wiadomo o tym człowieku od Pelagii i z innych źródeł.
Przez wiele lat Dolinin pracował jako śledczy do spraw kryminalnych. Zdarzył się rodzinny dramat – odeszła żona. Pelagia opowiadała o tym ze współczuciem, widocznie znała jakieś szczegóły, tyle że Matwiejowi Bencjonowiczowi ich nie ujawniła. Powiedziała jedynie, że porzucony mąż pogrążył się w rozpaczy, ale napotkał jakiegoś mądrego, dobrego człowieka, który zwróciwszy go ku Bogu, uwolnił od zgubnych myśli. Tu akurat nastąpił przełom w karierze – Dolinin poszybował wysoko i szczęśliwie zapamiętał się w pracy nad ważnym państwowym projektem.
Tak, tak. Pytania same cisnęły się na usta.
Po pierwsze, jakiż to mędrzec uratował miotającą się duszę śledczego?
Po drugie, nieźle ją „uratował", skoro ów zaczął werbować profesjonalnych zabójców.
Po trzecie, czy to przypadek, że „iluminacja" Dolinina i gwałtowna kariera zbiegły się w czasie? Wreszcie czwarte i najważniejsze: co powoduje Dolininem? Albo kto? I jaki jest cel tego wszystkiego?
W głowie się mąciło. Pewne było jednak, że w Żytomierzu nie ma już czego szukać. Jak powiedział książę Hamlet, jest mocniejszy magnes.
Amerykański szpieg
Matwiej Bencjonowicz wysiadł z pociągu na Dworcu Carskosielskim i przede wszystkim udał się na petersburską Pocztę Główną – sprawdzić, czy nie ma wieści od przewielebnego. Prokurator przesłał władyce z Żytomierza krótki raport, nie wdając się wszakże w szczegóły – to nie na telegraf. Nie zdecydował się na przykład napisać o Dolininie. Poinformował jedynie, że nić „znanej Waszej Ekscelencji sprawy" prowadzi do stolicy cesarstwa.
Pisma z Zawolżska nie było, ale w zamian na radcę stanu czekał przekaz na pięćset rubli i krótki dopisek na blankiecie: „Niechaj Bóg Cię strzeże".
Brawo, przewielebny! Powściągliwie i tylko to, co Berdyczowskiemu było teraz najniezbędniejsze: pieniądze i błogosławieństwo.
Od kolegi z uniwersytetu, pracującego obecnie w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, prokurator dowiedział się, że Sergiusz Siergiejewicz Dolinin dzisiejszego wieczoru wraca z podróży inspekcyjnej do guberni nad dolną Wołgą i nazajutrz oczekiwany jest w urzędzie. Było mu to bardzo na rękę. Popatrzymy sobie, kogo odwiedzi zaraz po przyjeździe – postanowił Matwiej Bencjonowicz. Zajrzał na Dworzec Nikołajewski i dowiedział się z rozkładu, że pociąg przyjeżdża o wpół do dwunastej w nocy.
Miał zatem wolny niemal cały dzień.
Jako student Berdyczowski spędził w Petersburgu kilka lat i znał nieźle owo piękne, zimne miasto. Z punktu widzenia prowincjusza stolicy bardzo szkodziła mnogość budowli urzędowych – ich żółto-biała gama zakłócała i przygłuszała pierwotne barwy miasta: szarość i błękit. Gdyby usunąć stąd ministerstwa i urzędy, rozmyślał Matwiej Bencjonowicz, Piter złagodniałby i stał się bardziej przyjazny, zwłaszcza dla mieszkańców. Poza tym co to za miejsce dla stolicy – na samym skraju ogromnego imperium? Z powodu tej przypadłości Rosję ściąga na bok. Przenieść by siedzibę władz na wschód, ale nie do Moskwy, która i tak sobie poradzi, tylko gdzieś do Ufy albo Jekaterynburga. Tylko patrzeć, jak państwowa nawa wyrównałaby kurs i przestała nabierać wody.
Nie można zresztą powiedzieć, żeby Matwiej Bencjonowicz oddawał się podobnie zasadniczym rozmyślaniom w czasie całego spaceru.
Środek dnia spędził w pasażu handlowym, wybierając prezenty dla żony i dzieci. Potrzebował na to kilku godzin, bo rzecz była kłopotliwa i odpowiedzialna. Nie daj Boże zapomnieć, że Anusia nie znosi zielonego, że Waniusza uznaje tylko parowozy, że Maszeńka kicha od wełnianych tkanin, i tak dalej, i tak dalej.
Zakończywszy owo przyjemne, lecz męczące zajęcie, prokurator oddał się drobnej przyjemności: przeszedł się po sklepach, próbując sobie wyobrazić, jaki gościniec kupiłby Pelagii, gdyby nie była mniszką i gdyby ich stosunki pozwalały na ofiarowywanie jej podarków. Nieziszczalne marzenia zaprowadziły radcę stanu do stoisk z perfumami, następnie zmusiły do odwiedzenia galanterii, opamiętał się zaś dopiero w dziale koronkowych dessous. Oblał się rumieńcem aż po korzonki włosów i czym prędzej wyszedł na ulicę – tam ostudził go wilgotny bałtycki wiatr.
Dzień chylił się ku wieczorowi. Pora była przygotować się na przyjazd Dolinina.
Zgodnie z księgą adresową członek rady ministerialnej mieszkał w domu Szolca na prospekcie Zagorodnym. Matwiej Bencjonowicz przyjrzał się budynkowi (zwyczajny trzypiętrowy dom na wynajem, mieszkanie generała na pierwszym), ustalił, które to okna.
Zamówił pokój w hotelu „Helsingfors", położonym bardzo dogodnie, bo prawie naprzeciwko. A tu tymczasem pomalutku zapadł zmrok. Wkrótce trzeba było jechać na Dworzec Nikołajewski. Z dorożkarzem udało się Berdyczowskiemu wyjątkowo. Numer 48-36 okazał się młodym, pojętnym chłopakiem. Kiedy dowiedział się, czego od niego żądają, zabłysły mu oczy – zapomniał nawet potargować się o cenę.
Moskiewski pociąg przybył o czasie. Prokurator zetknął się z Dolininem w Zawołżsku i miał okazję z nim rozmawiać, nie chciał zatem rzucać się w oczy: zaczekał za kioskiem z gazetami, a kiedy Sergiusz Siergiejewicz przeszedł obok, ruszył za nim.
Nikt rzeczywistego radcy nie witał – niestety. Berdyczowskiemu rysowała się jakaś tajemnicza kareta i ręka, która uchyli drzwiczki przed inspektorem. Nie zwykła ręka, lecz z jakimś wyszukanym pierścieniem i koniecznie w obszytym złotem rękawie.
Nic z tych rzeczy – ani ręki, ani karety. Dolinin wziął skromniutko dorożkarza, umieścił obok siebie swój niepozorny sakwojaż i pojechał.
Numer 48-36 nie potrzebował dodatkowych wyjaśnień – ruszył, zanim jeszcze Berdyczowski zajął miejsce. Prokurator wskoczył w biegu i rzucił: „Tylko nie za blisko, nie za blisko".
Dorożkarz utrzymywał idealny dystans, na jakieś sto metrów, przepuszczał nawet dwa, trzy ekwipaże, ale nie więcej, żeby nie zasłoniły mu widoku. Dorożka z Dolininem na Newski nie pojechała, ale skręciła w ulicę Ligowską. Zdaje się, że, ku rozczarowaniu Matwieja Bencjonowicza, kierowała się ku domowi radcy. No właśnie – wjechała w Zwienigorodzką.
Pod domem Szolca trzeba było jakiś czas zaczekać.
W oknach mieszkania Dolinina zapaliło się światło, ale po chwili zgasło – pozostało tylko w jednym.
Szykuje się do spoczynku, pisze sprawozdanie? A może przebiera się, żeby wyruszyć gdzieś w środku nocy?
Prokurator nie wiedział, co robić. Sterczeć tutaj do rana?
No, przynajmniej dopóki będzie paliło się światło. A może Dolinin oczekuje późnej wizyty? Jednakże światło w ostatnim oknie paliło się jeszcze przez czterdzieści dwie minuty, po czym zgasło. Zapewne położył się.
– Kto to, śpieg? – zapytał półgłosem dorożkarz. Berdyczowski skinął z roztargnieniem, zastanawiając się, czy nie powinien urządzić sobie noclegu w dorożce.
– Merykański? – dopytywał się 48-36.