Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pamięć Światłości
Pamięć Światłości - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamięć Światłości

Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:

Pamięć Światłości
1 ... 82 83 84 85 86 87 88 89 90 ... 296
Перейти на страницу:

Pogranicznicy nie mieli takich wątpliwości.

– Czemu tu jesteśmy? – zapytała Moiraine, podchodząc bliżej. Straż przyboczna Panien Włóczni była w środku; lepiej nie informować wroga, że Rand tu jest. – Powinieneś być już w Shayol Ghul. Takie jest twoje przeznaczenie, Rand. Co z nim mają wspólnego te drobne potyczki?

– Moi przyjaciele tu giną.

– Myślałam, że już wyrosłeś z takich słabości.

– Współczucie to nie słabość.

– Doprawdy? – zdziwiła się. – A jeżeli powodowany współczuciem zlitujesz się nad wrogiem, a potem on skorzysta z okazji i cię zabije? Co wtedy, Randzie al’Thor?

Nie znalazł odpowiedzi.

– Nie możesz ryzykować swojej osoby – tłumaczyła Moiraine. – I niezależnie od tego, czy uznasz współczucie za słabość czy wyraz siły, głupie postępowanie bez wątpienia jest słabością.

Nieraz powracał myślami do chwili, gdy stracili Moiraine. Rozpaczał nad jej śmiercią, a teraz jeszcze cieszył się z powrotu do żywych. Czasami jednak zapominał, jak potrafi być… uprzykrzona.

– Ruszę przeciwko Czarnemu, gdy nadejdzie czas – odparł – ale ani chwili wcześniej. Powinien myśleć, że jestem ze swoimi wojskami, że staram się zdobywać teren, nim na niego uderzę. Musi nakłaniać swych dowódców do większego zaangażowania na południu, w przeciwnym razie zostaniemy pokonani pod Shayol Ghul w momencie, gdy tam wkroczymy.

– To nie ma znaczenia – upierała się Moiraine. – Stawisz mu czoło i nastąpi rozstrzygnięcie. Wszystko kręci się wokół tej chwili, Smoku Odrodzony. Wszystkie wątki Wzoru splatają się w momencie waszego spotkania, a obroty Koła pchają cię ku niemu. Nie mów, że sam tego nie czujesz.

– Czuję.

– Wobec tego, ruszaj.

– Jeszcze nie.

Wzięła głęboki oddech.

– Uparty jak zawsze.

– I dobrze – zauważył Rand. – Dzięki uporowi dotrwałem do tego momentu. – Zawahał się, po czym sięgnął do kieszeni. Wydobył z niej coś połyskującego srebrem: marka z Tar Valon. – Proszę – powiedział, podając jej. – Zachowałem to dla ciebie.

Jej usta zacisnęły się.

– To nie może być…

– Ta sama? Nie. Obawiam się, że tamtą już dawno zgubiłem. Tę nosiłem przy sobie w zastępstwie, prawie nie zdając sobie sprawy, po co.

Wzięła monetę, obróciła ją w palcach. Wciąż jej się przyglądała, kiedy wszystkie Panny spojrzały czujnym wzrokiem na wejście do namiotu. Sekundę później klapy odsunęły się i do środka wszedł Lan w towarzystwie dwu Malkierczyków. Wszyscy trzej mogliby być braćmi, tak podobne, ponure grymasy gościły na ich twardych obliczach.

Rand podszedł do wchodzących, położył dłoń na ramieniu Lana. Tamten nie wyglądał na zmęczonego – kamień się nie męczy – ale sprawiał wrażenie jakby wyniszczonego. Rand rozumiał, co czuje ktoś, kto ma taką twarz.

Lan skinął mu głową, a następnie spojrzał na Moiraine.

– Kłóciliście się?

Moiraine tymczasem zdążyła schować markę, a jej twarz stała się nieprzenikniona. Od powrotu Moiraine nie potrafił się rozeznać w ich wzajemnych relacjach – były poprawne, ale brakowało w nich bliskości, której się spodziewał.

– Powinieneś jej słuchać – poradził mu Lan, odwracając się w jego stronę. – Przygotowywała się na te dni dłużej, niż chodzisz po tym świecie. Pozwól, niech ona cię poprowadzi.

– Ona chce, żebym porzucił to pole bitwy i natychmiast udał się do Shayol Ghul, zamiast pozabijać dla ciebie tych przenoszących Moc, żebyś mógł odbić Przełęcz.

Lan zawahał się.

– Wobec tego zapewne powinieneś zrobić, co ona…

– Nie – uciął Rand. – Stoisz tu prawie na straconej pozycji, stary przyjacielu. Mogę coś w tej sprawie zrobić i zrobię. Jeżeli nie powstrzymamy tu tych Lordów Strachu, będziesz przed nimi uciekał do samego Tar Valon.

– Słyszałem opowieści o tym, co zdziałałeś pod Maradon – powiedział Lan. – Nie odepchnę od siebie cudu, jeżeli ten szuka do mnie drogi.

– Maradon było pomyłką – napiętym głosem oświadczyła Moiraine. – Nie możesz się tak bardzo eksponować, Rand.

– Nie mogę sobie również pozwolić na to, żeby tego nie robić. Nie będę siedział bezczynnie i patrzył, jak ludzie giną! Nie wówczas, gdy mogę ich uratować.

– Pograniczników nie trzeba chronić – protestował Lan.

– Nie – odparł Rand – ale nigdy nie znałem nikogo, kto w potrzebie odmówiłby przyjęcia miecza.

Lan spojrzał mu w oczy.

– Zrób, co możesz.

Rand skinął głową dwóm Pannom, które odpowiedziały tym samym gestem.

– Pasterzu – rzekł Lan.

Rand uniósł brew.

Lan zasalutował mu, kładąc przedramię skroś piersi i skłaniając głowę.

Rand odkłonił mu się.

– Zostawiłem coś dla ciebie tam na podłodze, Dai Shan.

Lan zmarszczył czoło, a następnie podszedł do sterty koców. W namiocie nie było żadnego stołu. Ukląkł, a potem podniósł błyszczącą srebrną koronę: cienką, lecz ewidentnie mocną.

– Korona Malkier – wyszeptał. – Przecież zaginęła!

– Moi kowale zrobili, co mogli, wzorując się na starych rycinach – wyjaśnił Rand. – Ta druga jest dla Nynaeve. Myślę, że będzie jej pasować. Zawsze byłeś królem, przyjacielu. Elayne nauczyła mnie rządzić, ale ty… ty nauczyłeś mnie, jak wytrwać. Dziękuję ci. – Odwrócił się ku Moiraine. – Zadbaj, żeby do mojego powrotu nikt się nie plątał po tym miejscu.

Pochwycił Jedyną Moc i splótł bramę. Zostawił za sobą Lana, który klęczał pochylony nad koroną i wyszedł za swoimi Pannami na poczerniałe pole. Spalone źdźbła skrzypiały mu pod nogami, dym kłębił się w powietrzu.

Panny natychmiast znalazły schronienie w niewielkim zagłębieniu pośród pola, wciśnięte w ziemię gotowały się na przetrwanie burzy.

Ponieważ na burzę bez najmniejszych wątpliwości się zbierało. Trolloki kłębiły się zbitą masą przed Randem, grzebiąc w ziemi i wśród ruin farmy. Niedaleko toczyła swe nurty rzeka Mora – znajdowały się tu ziemie uprawne najbliższe Przełęczy Tarwina. Siły Lana spaliły wszystko podczas przygotowań do odwrotu za rzekę przed postępującymi Trollokami.

Wokół były pewnie dziesiątki tysięcy bestii. Może więcej. Rand uniósł ręce, splótł je razem, odetchnął głęboko. W sakwie przy pasie miał znajomy przedmiot. Angreal, który znalazł niedawno pod Studniami Dumai, obleczony w kształt siedzącego grubasa z mieczem. Zauważył go leżącego w błocie, gdy wrócił tam, żeby po raz ostatni obejrzeć sobie to miejsce. Przydał mu się pod Maradon. Nikt o nim nie wiedział. Ważne, żeby tak pozostało.

Ale w tym, co sobie zamierzył, było coś więcej niż prosta sztuczka. Trolloki krzyczały gdy wiatr smagał jego postać. Nie były to skutki przenoszenia Mocy, jeszcze nie.

Chodziło o Randa. Który tu stał. Stawiając Jemu czoła.

Morza burzyły się tam, gdzie ścierały się przeciwne prądy. Wiatry nabierały siły, kiedy zderzały się ze sobą fale ciepłego i zimnego powietrza. A tam, gdzie Światłość stawała naprzeciw Cienia… tam rodziły się burze. Rand krzyknął, pozwalając, aby sama jego istota wezwała burzę. Czarny dławił ziemię, próbując ją zadusić. Wzór musiał to zbilansować. Potrzebował równowagi.

Potrzebował Smoka.

Wiatry przybrały na sile, błyskawica przeszyła powietrze, czarny pył i spalone rośliny wzbiły się ku górze, kręcąc się w potężnym wirze. Kiedy Myrddraale zmusiły wreszcie Trolloki do ataku nań, Rand w końcu przeniósł Moc – bestie parły pod wiatr, a Rand komenderował błyskawicami.

1 ... 82 83 84 85 86 87 88 89 90 ... 296
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)