Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Komplement sprawił, że blade policzki Cairhienianki pokraśniały. Dzięki Światłości, zachowywała się tak jedynie w obecności innych sióstr. Kumira siedziała w milczeniu, z nieruchomą twarzą i rękoma splecionymi na podołku. Nawet jeśli teraz była nieco przygnębiona, to na szczęście mało co mogło przygnębić ją na dłuższy czas. Cadsuane nie miała wątpliwości, że obie stanowią dziś dla niej idealne towarzystwo.
Powóz zachybotał się, konie biegły już bowiem po długiej rampie wiodącej do Pałacu Słońca.
— Pamiętajcie, co wam powiedziałam — upomniała je stanowczo. — I uważajcie!
Odmruknęły coś posłusznie, a ona skinęła głową. W razie konieczności wykorzystałaby je obie, jak i inne również niczym zwykłą mierzwę, ale nie zamierzała tracić żadnej tylko dlatego, że stawały się takie beztroskie.
Powóz został bezzwłocznie przepuszczony przez bramy pałacu. Gwardziści rozpoznali pieczęć Arilyn na drzwiach i wiedzieli, kto może znajdować się w środku. Ten pojazd dostatecznie często przybywał do pałacu podczas ostatniego tygodnia. W momencie gdy konie przystanęły, lokaj o rozbieganym wzroku, odziany w surową czerń, otworzył drzwiczki i rozpostarł szeroki płaski parasol z ciemnego impregnowanego sukna. Deszcz skapywał ze skraju prosto na jego gołą głowę, ale to nie jego miał ten parasol osłaniać.
Prędko poklepawszy ozdoby zwisające z jej koczka, aby się upewnić, że wszystkie tam są — nigdy żadnej nie zgubiła, tylko dlatego, że tak uważała — Cadsuane ujęła rączkę kwadratowego wiklinowego kosza wsuniętego pod siedzenie i wysiadła z powozu. Za pierwszym lokajem stało kilku innych, też z parasolami w pogotowiu. Aż tylu pasażerów narobiłoby tłoku w każdym powozie, czyniąc go niewygodnym, ale lokajów nie mogło zabraknąć i ci nadliczbowi nie odeszli, dopóki nie stało się oczywiste, że są tylko trzy osoby.
Najwyraźniej ich powóz zauważono z daleka. Odziani ciemno słudzy tworzyli idealnie równy szereg na granatowych i złotych płytkach wielkiego holu, z jego kanciastym sklepieniem na wysokości pięciu piędzi. Natychmiast podbiegli do nich, gotowi odbierać płaszcze, podawać ogrzane lniane ręczniki na wypadek, gdyby któraś zapragnęła osuszyć twarz i dłonie, względnie podsuwać puchary z porcelany Ludu Morza wypełnione grzanym winem o ciężkim korzennym aromacie. Zimowy napój, a teraz ten nagły spadek temperatury sprawił, że okazał się przydatny. Ostatecznie wszak była zima. Nareszcie.
Z boku, pod masywnymi, kanciastymi kolumnami z ciemnego marmuru, pyszniącymi się na tle okazałych pastelowych frezów przedstawiających bitwy bez wątpienia ważne dla Cairhien, czekały trzy Aes Sedai, ale Cadsuane zignorowała je. Wśród usługujących im młodzieńców jeden miał na piersi kaftana wyhaftowaną czerwono-złotą sylwetkę zwierzęcia, powszechnie nazywanego Smokiem. Corgaide, siwowłosa kobieta o posępnej twarzy, która zarządzała służbą w Pałacu Słońca, nie nosiła żadnych ozdób oprócz ciężkiego pęku kluczy przy pasie. Nikt zresztą nie miał na sobie żadnych ozdób i mimo wyraźnego entuzjazmu młodego mężczyzny, to właśnie Corgaide, Opiekunka Kluczy, dyktowała nastroje wśród służby. A jednak pozwoliła młodemu mężczyźnie na ten haft — godne zapamiętania. Cadsuane zagadnęła ją cicho, prosząc o udostępnienie izby, w której mogłaby spokojnie pracować na swoim tamborku, a kobieta nawet nie mrugnęła, słysząc tę prośbę. Musiała bez wątpienia słyszeć dziwniejsze życzenia w tym miejscu.
Kiedy słudzy z płaszczami i tacami zaczęli się wycofywać, kłaniając się i dygając, Cadsuane nareszcie zwróciła się do trzech sióstr stojących pod kolumnami. One z kolei patrzyły tylko na nią, lekceważąc Kumirę i Daigian. Corgaide trzymała się z tyłu, pozwalając Aes Sedai na prywatność.
— Nie spodziewałam się, że was zobaczę, swobodnie przechadzające się — powiedziała Cadsuane. — Myślałam, że Aielowie doświadczają swoje uczennice znacznie ciężej.
Faeldrin prawie nie zareagowała, ledwie skinęła głową, poszczękując cicho kolorowymi paciorkami wplecionymi w cienkie warkoczyki, ale Merana poczerwieniała z zażenowania i zacisnęła dłonie na fałdach spódnic. Zdarzenia wstrząsnęły Meraną tak głęboko, że Cadsuane nie była pewna, czy tamta kiedykolwiek się pozbiera. Bera, jak należało się spodziewać, wyglądała na niemalże nieporuszoną.
— Prawie wszystkie dostałyśmy dziś wolne ze względu na deszcz — odparła spokojnie Bera. Krępa kobieta w zwykłej wełnie, cienkiej i dobrze skrojonej, ale zdecydowanie prostej, że wyglądałaby lepiej na farmie niż w pałacu. Bera dysponowała jednak bystrym umysłem i silną wolą; Cadsuane nie wierzyła, by kiedykolwiek popełniła dwukrotnie ten sam błąd. Jak większości sióstr, nie do końca jeszcze spowszedniał jej fakt, że spotyka się z żywą Cadsuane Melaidhrin, we własnej osobie, ale nie pozwalała, by strach brał nad nią górę. Ledwie zauważalnie zaczerpnęła oddechu i mówiła dalej: — Nie potrafię pojąć, po co ty tu ciągle przyjeżdżasz, Cadsuane. Najwyraźniej chcesz od nas czegoś, ale dopóki nam nie powiesz, co to takiego, nie będziemy mogły ci pomóc. Wiemy, co zrobiłaś dla Lorda Smoka — przy tym tytule zająknęła się nieznacznie; nadal nie były pewne, jak mówić na tego chłopca — ale to oczywiste, że przybyłaś do Cairhien z jego powodu i dopóki nam nie podasz dokładniejszej natury swych motywacji i zamiarów, dopóty, musisz to zrozumieć, nie doczekasz się żadnego wsparcia z naszej strony. — Faeldrin, jeszcze jedna Zielona, wzdrygnęła się, słysząc śmiały ton Bery, ale pokiwała głową, zanim ta skończyła mówić.
— I musisz zrozumieć jeszcze jedno — dodała Merana, odzyskawszy panowanie nad sobą. — Będziemy ci się przeciwstawiać, jeśli stwierdzimy, że tak trzeba. — Na twarzy Bery nie zaszła żadna zmiana, ale Faeldrin przelotnie zacisnęła usta. Może nie zgadzała się z nimi, a może nie chciała zdradzać zbyt wiele.
Cadsuane obdarzyła je skąpym uśmiechem. Miałaby im powiedzieć, co nią powoduje i co zamierza? Jeżeli zgadną? Jak dotąd same się pchały do sakiew młodego al’Thora, ze związanymi rękami i nogami, nawet Bera. Nie można było dopuścić, by podejmowały samodzielne decyzje nawet w tak błahej sprawie, jak i co na siebie włożyć rankiem!
— Nie przyjechałam tu po to, żeby się z wami spotkać — odparła. — Choć jak sądzę, Kumira i Daigian będą bardzo zadowolone z tej wizyty, skoro macie wolny dzień. A teraz zechcecie mi wybaczyć.
Dała znak Corgaide, że ma prowadzić, i poszła za nią przez hol. Obejrzała się za siebie tylko raz. Bera i pozostałe zdążyły już osaczyć Kumirę oraz Daigian i teraz w pośpiechu je dokądś prowadziły, ale raczej nie w charakterze upragnionych gości. Bardziej tak, jakby zaganiały stadko gęsi. Cadsuane uśmiechnęła się. Większość sióstr uważała Daigian za kogoś niewiele lepszego od dzikuski i traktowały ją odrobinę tylko poważniej niż służkę. Pozycja Kumiry w tym towarzystwie też nie była znacznie lepsza. Nawet najbardziej podejrzliwym nie przyszłoby na myśl, że te dwie są tutaj po to, by kogoś o czymkolwiek przekonać. Dlatego też Daigian będzie nalewała herbatę i siedziała cicho, dopóki ktoś jej nie zagadnie — i będzie zaprzęgała swój znakomity umysł do wszystkiego, co usłyszy. Kumira pozwoli, by każdy oprócz Daigian odzywał się przed nią — i będzie sortowała i rejestrowała każde słowo, każdy gest i grymas. Bera i pozostałe oczywiście dotrzymają przysiąg złożonych temu chłopcu — to się rozumiało samo przez się — ale jak ściśle, to już była całkiem inna sprawa. Nawet Merana może poprzestać na zwykłym, biernym posłuszeństwie. Wprawdzie ono samo było już czymś wystarczająco niedobrym, a jednak pozostawiało im sporo pola do manewru. Albo czyniło je same obiektem manipulacji.
Odziani w ciemne liberie słudzy spieszący szerokimi, obwieszonymi gobelinami korytarzami pospiesznie ustępowali drogi Cadsuane i Corgaide, których przemarszowi towarzyszył popłoch gorączkowych ukłonów i dygnięć wykonywanych nad koszami, tacami i naręczami ręczników. Zauważywszy spojrzenia wbite w Corgaide, Cadsuane nabrała podejrzeń, że szacunek jest w równym stopniu przeznaczony dla Opiekunki Kluczy co dla Aes Sedai. Po drodze zauważyła też kręcących się Aielów, rosłych mężczyzn przywodzących na myśl lwy o zimnych oczach i kobiety podobne do lampartów o oczach jeszcze zimniejszych. Niekiedy tak lodowate spojrzenie takich oczu odprowadzało ją, jakby mogło samo przez się sprowadzić śnieg, ale inni Aielowie kłaniali jej się z powagą, a niektóre z kobiet o zapalczywym wzroku uśmiechały się nawet do niej. Nigdy nie twierdziła, że jest odpowiedzialna za uratowanie ich Car’a’carna, ale po wielekroć powtarzana opowieść o jej czynach ulegała zniekształceniu, toteż otaczał ją większy szacunek niż inne siostry, i dysponowała znacznie większą swobodą poruszania się po pałacu. Ciekawe, zastanawiała się, co by czuli, gdyby wiedzieli, że musiałaby mocno się hamować, żeby nie złoić skóry temu chłopcu, gdyby go teraz zobaczyła przed sobą! Minął zaledwie tydzień, odkąd omal nie dał się zabić, i nie tylko udawało się jemu unikać jej całkowicie, ale jeszcze bardziej utrudnił jej misję, o ile połowa z tego, co słyszała, była prawdą. Szkoda, że nie wychował się w Far Madding. Ale z kolei wtedy też by doszło do katastrofy, tyle że odmiennego rodzaju.