Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
- Автор: Мэй Джулиан
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Alfa-Wero
- ISBN: 83-7001-781-9
- Переводчик: Juliusz W. Garztecki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:
— Wybacz, że wymienię także bitwę pod Agincourt…
— Phi! Tanów nie pobije się ani łukami bojowymi, ani prochem — odrzekła Angelika Guderian. — Przynajmniej tak długo, póki zdeprawowani renegaci naszego ludzkiego gatunku zdradzają swych bliźnich! Kto nauczył tańskich lekarzy odwracać sterylizację kobiet? Człowiek-ginekolog z planety Astrakhan. I do tego kobieta! Nie tylko nasze zdolności, ale nawet nasze geny oddano w służbę Obcych, a wiele takich jak Marta wolało wybrać śmierć niż haniebną rolę klaczy zarodowych. Czy wiesz, w jaki sposób Marta do nas trafiła?
Klaudiusz potrząsnął głową.
— Rzuciła się do Renu podczas wiosennej powodzi w nadziei, że się utopi; pragnęła uniknąć piątego zapłodnienia. Ale została wyrzucona na brzeg. Dieu merci, a Steffi ją znalazł i przywrócił do życia. Między nami jest wiele takich jak Marta. Znając je, kochając je… i wiedząc też, że w ostatecznym rachunku to ja odpowiadam za ich mękę… można zrozumieć, dlaczego nie wolno mi spocząć, póki nie zostanie złamana potęga Tanów.
Rzeka zmieniała barwę z polerowanej cyny na złoto. Po stronie Czarnego Lasu na południu wzniesień Feldbergu rozpaliły się w zachodzącym słońcu różem i purpurą. Aby dotrzeć do Sugolla, musieli się wdrapać na te wyżyny i przejść przynajmniej siedemdziesiąt kilometrów przez górską puszczę, zanim jeszcze rozpoczną poszukiwania Dunaju.
— Donkiszoteria — powiedział Klaudiusz. Uśmiechał się.
— Czy żałujesz, że zgodziłeś się mi pomagać? Klaudiuszu, jesteś dla mnie zagadką. Mogę zrozumieć Felicję, Ryszarda, Martę… i naszych ludzi o silnej woli, takich jak Wódz Burkę. Ale dotychczas nie jestem w stanie zrozumieć ciebie. W ogóle nie pojmuję, po co przybyłeś do pliocenu, a jeszcze mniej, dlaczego zgodziłeś się wyruszyć z nami na poszukiwania Grobowca Statku. Jesteś na to zbyt rozsądny, zbyt opanowany, zbyt… debonnaire!
Roześmiał się.
— Musiałabyś zrozumieć polski charakter, Angeliko. To coś, co jest nieuchronnie dziedziczne, nawet przez takiego, polskiego Amerykanina jak ja. Czy wiesz, z czego my, Polaczkowie, jesteśmy najdumniejsi? To wydarzenie z początków drugiej wojny światowej. Czołgi Hitlera wtargnęły z północy do Polski. Brakowało nam nowoczesnego uzbrojenia, by je powstrzymać, więc Pomorska Brygada Kawalerii szarżowała na nie konno i została zmieciona z powierzchni ziemi, ludzie i konie. To było szaleństwo, ale szaleństwo chwalebne… i bardzo, bardzo polskie. A może teraz ty mi powiesz, dlaczego zdecydowałaś się przybyć do pliocenu?
— Nie z romantycznych pobudek — odrzekła. W jej głosie nie było zwykłej szorstkości ani nawet żalu. Opowiedziała swą historię po prostu, jakby to był scenariusz sztuki teatralnej, którą zmuszona była oglądać zbyt wiele razy, a może nawet spowiedź.
— Początkowo, gdy byłam tylko chciwa na pieniądze, nie obchodziło mnie, jaki świat znajduje się po drugiej stronie bramy czasu. Później jednak, gdy wreszcie obudziło się we mnie serce, było zupełnie inaczej. Próbowałam uzyskać od podróżników czasu wiadomości, bym się mogła upewnić, jaki jest w istocie ten kraj pliocenu. Chciałam, żeby mi je przesyłali. Wielokrotnie dawałam materiały osobom wyglądającym na rozsądne, co do których byłam pewna, że wytrzymują odwrócenie pola czasowego. Bardzo wczesne doświadczenia mego męża wykazały, że najlepszy jest bursztyn, więc za koperty służyły mi kawałki tego materiału, starannie poprzecinane na pół, z małymi ceramicznymi płytkami wkładanymi do środka. Można na nich było pisać zwykłymi grafitowymi ołówkami, a następnie zamykać w bursztynie naturalnym klejem żywicznym. Niektórym podróżnikom polecałam zbadanie sytuacji w przeszłości, spisanie ich dojrzą– łej oceny, a następnie powrót w pobliże bramy czasu, gdzie translacje niezmiennie dokonywane były o świcie. Widzisz, profesor Guderian już dawno temu ustalił, że czas słoneczny w tej odległej epoce jest identyczny z czasem naszego współczesnego świata. Chodziło mi o to, aby nowo przybyłym zapewnić maksimum dnia dla umożliwienia przystosowania się do nowego otoczenia, dlatego zawsze wysyłałam ich o wschodzie słońca. Malheureusement, ten niezmienny porządek był najdogodniejszy dla tańskich pachołków kontrolujących bramę po tej stronie! Znacznie wcześniej niż wpadłam na pomysł z bursztynowymi kopertami, zbudowano zamek Przejścia i podjęto kroki, by brać do niewoli wszystkich chrononautów natychmiast, gdy przybywali!
— Więc nigdy nie otrzymałaś raportów z przeszłości?
— Żadnych. W późniejszych latach próbowaliśmy bardziej skomplikowanych technik mechanicznego odbierania informacji, ale żadna nie poskutkowała. Z pliocenu nie docierały ani obrazy, ani dźwięki. Aparaty zawsze wracały do nas w stanie nie nadającym się do użytku. Oczywiście, teraz już wiadomo dlaczego!
— A ty nadal wysyłałaś ludzi.
Jej twarz była pełna udręki.
— Bez przerwy mnie kusiło, by przerwać działanie bramy, ale błagali mnie ciągle ci mali nieszczęśnicy, więc kontynuowałam działalność. Wreszcie nadszedł czas, kiedy niepokój mego sumienia stał się nie do wytrzymania. Zabrałam opakowania meldunkowe z bursztynu, zbudowałam prostą dźwignię włączającą przycisk aparatury i przybyłam tu, by na własne oczy ujrzeć ten świat odległy od nas o sześć milionów lat.
— Ale… — zaczął Klaudiusz.
— Aby wymknąć się memu wiernemu personelowi, który na pewno by mnie zatrzymał, przeszłam translację o północy.
— Ach.
— I znalazłam się w samym sercu okropnej burzy piaskowej, w piekle duszącego wiatru, który przewrócił mnie na ziemię i potoczył tak łatwo, jak rosyjskie stepowe burzany toczą się po jałowych równinach. Zabrałam sadzonki mych ukochanych róż i w przerażeniu przyciskałam je do piersi, a huragan toczył mnie i obijał. Zaniosło mnie na skraj wyschniętego łożyska rzecznego i zepchnęło w jego kamienistą głębinę, gdzie do świtu leżałam bez przytomności, cała posiniaczona, ale bez innych obrażeń. Gdy słońce wstało, sirocco ucichło. Obserwowałam Zamek i właśnie zdecydowałam się udać tam po pomoc, gdy wyszli z niego pracownicy, którzy czekali na porannych przybyszów. — Przerwała, a na jej usta powoli wypełzł uśmieszek. — Tego dnia nie przybyli żadni chrononauci. Mój personel, rozumiesz, był w kompletnym zamęcie. Ludzie z Zamku w wielkim podnieceniu pobiegli z powrotem. Wkrótce z barbakanu wypadł cwałem oddział żołnierzy i w największym pośpiechu pogalopował na wschód; przemknął w odległości mniejszej niż o trzydzieści metrów od krzaczastej rozpadliny, w której się ukrywałam. Na jego czele jechał niesłychanie wysoki Obcy w szkarłatnozłotej odzieży. Rozumiesz chyba, że na skutek nocnych wydarzeń związanych z huraganem byłam — cała obolała. Wpełzłam do jakiegoś płytkiego zagłębienia pod korzeniami drzewa akacjowego rosnącego na brzegu suchego wąwozu. W miarę jak słońce podnosiło się na niebie, zaczęło mnie męczyć coraz silniejsze pragnienie. Ale było to niczym w porównaniu z cierpieniami duchowymi. Tam w gospodzie wyobrażałam sobie, że mogą mnie spotkać różne trudności i niebezpieczeństwa w świecie pliocenu: dzikie bestie, niegościnny teren, wyzysk nowo przybyłych przez wcześniejszych chrononautów, nawet zakłócenia pola translacyjnego odbierające rozum biednym podróżnikom. Ale nigdy nie sądziłam, że w tak odległej epoce nasza polaneta będzie w jarzmie nieludzkiej rasy. A więc wbrew własnym życzeniom wysyłałam moich biednych, pełnych nadziei ludzi w niewolę. Wtuliłam się twarzą w proch i błagałam Boga, by dał mi umrzeć.