Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
— To musiało być trudne — powiedział cicho Sandoz po jakimś czasie.
Danny nie był pewny, co to znaczy, ale ostatnio nic nie było łatwe, więc kiwnął głową.
— Jeśli spoglądasz w otchłań — powiedział Sandoz — otchłań spogląda na ciebie.
— Nietzsche — powiedział Danny ledwo dosłyszalnym głosem, rozpoznając cytat.
— Dwie sprawy. — Blady i wyczerpany, Sandoz powoli dźwignął się na nogi i przez chwilę stał, jakby nie wiedział, co z sobą zrobić. — Myślę, że Bóg wykorzystuje nas wszystkich — oznajmił, po czym podszedł do włazu i załomotał łokciem w drzwi.
Natychmiast rozległ się syk urządzeń wyrównujących ciśnienie i szczęk mechanizmów zamykających, odbijając się głuchym echem od kamiennych ścian hangaru. Kiedy drzwi się otworzyły, Danny zdał sobie sprawę, że John Candotti też czuwał przez te trzy dni. Ale w mesie czekała na nich również reszta załogi.
— Zrobił, co musiał — powiedział im Sandoz i przekroczył próg, nie mówiąc już nic więcej.
Po raz pierwszy od śmierci matki, a umarła, kiedy miał szesnaście lat, Daniel Żelazny Koń załamał się i zapłakał. Inni stali i słuchali jego głośnych szlochów, aż John Candotti powiedział:
— Zostawcie go samego.
Rozeszli się bez słowa. Po jakimś czasie John zajrzał do hangaru. Znalazł porzuconą koszulę Sandoza i wręczył ją Danny’emu, żeby sobie wytarł w nią nos. Danny wziął koszulę, zbliżył do twarzy i odrzucił.
— Nieźle pachnie, co? — powiedział John. — Jeśli to jest zapach świętości, to niech Bóg ma nas wszystkich w opiece.
Danny roześmiał się cicho i podciągnął własną koszulę, wycierając w nią nos.
— Moja mama zawsze wściekała się, gdy to robiłem — powiedział John, siadając przy ścianie obok Danny’ego.
Danny otarł oczy i odchrząknął.
— Moja też — odpowiedział prawie niedosłyszalnie.
Przez chwilę obaj wpatrywali się w daleki koniec hangaru.
— No cóż — powiedział w końcu John — jeśli wszystko jest w porządku z Emiliem, to chyba jest i ze mną. Pax?
Danny kiwnął głową.
— Nie jestem pewny, czy z nim jest do końca w porządku. Ale dziękuję.
John wstał i podał mu rękę. Danny podniósł na niego zaczerwienione oczy, uścisnął mu rękę i powiedział:
— Chyba jeszcze chwilę tutaj posiedzę. Potrzebuję trochę czasu.
— Oczywiście — odpowiedział John i zostawił go samego.
26. WIELKA PUSZCZA POŁUDNIOWA: 2061 czasu ziemskiego
—…dojrzały dwie noce temu… —…rzeką Pon. Ale ktoś myśli… —…już się nie sprzedaje… —…taka wojna wymaga zaopatrzenia! jeśli… (Aannhh.) —…oś jest głodny! Kto ma… —…pola rakaru są na północ od… — Sipąj, Panar! Ktoś słyszał… —…aa wcześnie. Dojrzewajaa… —…i zamiast tego skupić się na skonsolidowaniu… (Aaaannhh.) —…zbieracze nitarlu w porcie Kran… — Spo,Djalao, pewno jesteś głód… — Znaleźliśmy więcej nad rze… —…paari wkrótce będzie… (Aaaaaaaannhh.) —…tkacze nie mogą użyć… —…więc jeśli wyprawimy się po rakari… —…ktoś tę wiązkę ree… —…nala, zrób coś, żeby Izaak przestał… — Podrap tutaj. Nie, niżej! Taa… (Aaaaaaaaaaaaaannhh…)
— Sipaj, Izaak! Przestań! — krzyknęła Ha’anala.
Izaak padł na ziemię, oszołomiony, ale zadowolony. Kręcenie się w kółko przemieniało niepojęte w jednolitą zamazaną plamę, a jeśli sam wydał jakiś dźwięk, udawało mu się czasami uciszyć hałas, ale najlepiej było, kiedy jeden głos wzbijał się nad inne i uciszał wszystkich.
— Sipaj, Izaak — powiedziała Ha’anala powoli, niskim głosem. — Chodźmy do kryjówki. — Odczekała tyle, ile było trzeba, zanim dodała: — Będziemy słuchać muzyki.
Ha’anala miała klarowność.
Izaak wstał, przyciskając laptop do nagiej, kościstej piersi, czując jego chłodną, płaską, nieskazitelną doskonałość. Wszystko wokół niego było niepewne, nieprzewidywalne, niezrozumiałe. Nie mógł ufać nawet własnemu ciału. Stopy oddalały się coraz bardziej, ramiona sięgały coraz dalej, kiedy oplatał nimi tors. Włosy pojawiały się tam, gdzie ich przedtem nie było. Kamień, raz gładki i bez skazy, za drugim razem, gdy nań spojrzał, mógł już być przykryty liściem albo skażony obecnością robaka. Uszy, oczy, usta i członki poruszały się nieustannie. Ciała siedziały i spały w różnych miejscach. Jak mogli od niego oczekiwać, że zrozumie, co mówią, skoro wciąż starał się pojąć, kim oni są?
Rośliny wyskakiwały z ziemi, rosły i znikały. Pączki, kwiaty i te suche rzeczy były, a potem ich nie było. Mógł siedzieć i gapić się całymi godzinami — nie, dniami — ale nigdy nie zdołał zauważyć, jak to się dzieje. Zasypiał, a rano tej starej rzeczy już nie było, była nowa i czasami zachowywała się tak jak przedtem, a czasami nie. Żadnej klarowności.
W komputerze był świat, który nie zmieniał się każdego ranka — prócz codziennej wiadomości od matki. Wiedział już, że matka robi w nim małe zmiany, bo pokazała mu, jak to zrobić. Skarżył się na to, więc zebrała wszystkie wiadomości od siebie w oddzielny plik i to było dobre, bo nie zmieniało niczego w innych miejscach. Tylko Izaak mógł zmieniać. Komputer był lepszy od kręcenia się w kółko.
— Sipaj, Izaak. Chodź ze mną — powiedziała Ha’anala, wyraźnie oddzielając każde słowo.
Zebrała jego ubranie — prostokąt z niebieskiego jedwabiu, który przykrywał go od głowy do pasa. Jego tałes, mówiła Sofia z ponurą ironią.
— Będziemy słuchać muzyki — powtórzyła Ha’ anala, chwytając go stopą za kostkę u nogi.
Izaak wyszarpnął nogę i mruknął:
— Teraz ktoś musi zacząć od początku.
Ha’anala uniosła podbródek i usiadła, czekając. Izaak nie znosił, jak mu przerywano myśl; musiał wtedy zaczynać od początku. Jeśli coś mówił, a ktoś mu przerwał, powtarzał wszystko, słowo po słowie, póki nie wypowiedział dokładnie tego, co chciał powiedzieć. Pewnie dlatego tak mało mówi, pomyślała Ha’anala. Kiedy w pobliżu byli Runowie, w żaden sposób nie mógł dokończyć myśli lub zdania. Nikt nie był w stanie milczeć tak długo, nawet ryzykując fierno.
Skończył myśl i wyprostował się: sygnał, że może iść dalej. Ha’anala przetoczyła się na nogi i ruszyła ku skrajowi polany. Izaak szedł za nią trochę z boku, z podniesioną i nieco przekrzywioną głową, żeby nie widzieć jej poruszających się nóg. Ludzie znowu mówili.
—…adiowa kontrola… —…paj Hatna! Nie rób… —… teraz już ponad sto bahW. —…nowe osłony przeciwwietrzne dla ty… — jest dobre w połączeniu z k‘ta… —…urza nadejdzie za…
Rozmowy cichły, wypierane przez bezładne odgłosy puszczy: skrzeki, buczenie, kapanie. Prawie taki zgiełk jak w wiosce. Ale w puszczy przynajmniej nie było tego okropnego zamętu rozmów i intonacji, tych z trudem chwytanych znaczeń, burzonych przez kolejne słowa.
Impasto, [impast, technika malarska polegająca na nakładaniu grubej warstwy farby pędzlem, szpachlą lub dłonią, przez co uzyskuje się szorstką, jakby rzeźbioną fakturę obrazu.] pomyślał Izaak. Gorsze od czerwonego. Wioska to impasto słów. Puszcza to impasto dźwięków. Nie ma klarowności!