Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]
Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]

Электронная книга - «Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]». Краткое содержание книги:

Przybita ostatnimi wydarzeniami i rozgoryczona rozwojem sytuacji lady Honor Harrington udaje się na planetę Grayson, by zając się zarządzaniem domeną Harrington i zaleczyć wewnętrzne rany.
Spokój jednak nie jest pisany — z jednej strony atakują wrogowie wewnętrzni, dla których kobieta — patron stanowi obrazę, z drugiej zewnętrzni: zrewolucjonizowana Ludowa Republika Haven kolejny raz próbuje zdobyć system Yeltsin. Na drodze do zwycięstwa jednych i drugich stoi tylko jedna przeszkoda — admirał lady Honor Harrington. Admirał, ale nie Królewskiej Marynarki…
1 ... 81 82 83 84 85 86 87 88 89 ... 113
Перейти на страницу:

Wielebny Hanks usiadł w fotelu sąsiadującym z jej siedziskiem, tak jak tego wymagało starszeństwo. Honor popatrzyła na niego i powiedziała:

— Znacznie prościej byłoby od razu polecieć do Austin.

— Może i prościej, ale co z tysiącletnią tradycją? — spytał ironicznie. — Patron przybywa do stolicy ze swej oficjalnej rezydencji ceremonialnym pojazdem. Bóg jeden wie, co by się stało, gdybyśmy zasugerowali, że ta praktyka jest hm… nieekonomiczna.

— Nawet jeśli oznacza to przedłużenie podróży o dwie godziny w każdą stronę?

— Cóż, położenie domeny Harrington względem Austin przedłuża nieco podróż, ale to wszystko, z czym mogę się zgodzić, milady. Jeśli zgodziłbym się na coś więcej, donieśliby na mnie jak nic.

Honor parsknęła śmiechem i rozsiadła się wygodniej. Pinasą lekko szarpnęło, gdy odłączono mechaniczne cumy i pilot włączył silniki manewrowe, wycofując jednostkę rufą do przodu z pokładu hangarowego. Był to rutynowy manewr, ale wykonał go bezbłędnie i z gracją. Honor pokiwała z uznaniem głową.

— Mamy opóźnienie — oznajmił Taylor.

Martin przytaknął z napięciem. Zwolennicy brata Marchanta niewiarygodnie szybko zebrali wszystko, co było niezbędne, ale pomalowanie wozu w oficjalne barwy domeny Harrington i sfałszowanie identyfikacji zabrało jednak sporo czasu. Gdyby nie wprawa, jakiej nabrali, przygotowując lewe dokumenty i życiorysy przyszłym pracownikom Sky Domes, nigdy nie zdołaliby zrobić tego w porę.

Nie udało się jednak uniknąć opóźnienia — co prawda z przodu widać już było fale rozbijające się o skaliste północne brzegi Goshen, ale do zajęcia pozycji pozostało im już mniej niż osiemdziesiąt minut. A siedemdziesięciu potrzebowali na samo dotarcie do domeny Harrington, więc jeśli złapią gdzieś choć parę minut opóźnienia, nie zdążą, bo czas przylotu pinasy, którą kontrolerzy ruchu z domeny Burdette niepostrzeżenie wyciągnęli z orbitalnej kontroli lotów, był na pewno aktualny.

— Nie zdołamy na czas przepchnąć się przez kontrolę ruchu — odezwał się, myśląc głośno na użytek Austina. — musimy realizować plan awaryjny i lądować przy zachodniej bramie.

Taylor przytaknął bez słowa.

Port kosmiczny Harrington był najnowszym na Graysonie i znajdował się ponad dziesięć kilometrów od stolicy domeny. Dopiero zaczynał obrastać częścią usługowo-rozrywkowo-mieszkalną i to od wschodu, czyli w kierunku. w którym leżało miasto Harrington.

— Nie podoba mi się, że musimy opuścić wóz, Ed — odezwał się Austin. — Wyrzutnia jest spora i rzuca się w oczy…

— Więc musimy dopilnować, żeby nikt nas nie widział — odparł Martin, próbując wycisnąć jeszcze trochę mocy z turbin.

Dolatywali do linii brzegowej.

Lot w atmosferze trwał dłużej niż zwykle, gdyż z uwagi na obecność na pokładzie tak ważnej persony, a raczej dwóch person, kontrola lotów musiała oczyścić z ruchu specjalny korytarz wybrany tak ze względów bezpieczeństwa, jak i łagodnego wlotu w atmosferę. Honor wolałaby bardziej bezpośrednią i krótszą trasę nawet kosztem pewnych niewygód. Musiała spotkać się z zespołem Adama, zanim wyleci do Austin, a nie miała zbyt wiele czasu. Trochę by nimi potrzęsło przy locie w atmosferze, za to nie musiałaby się już potem spieszyć, ale nie miała żadnego wpływu na wybór korytarza i na poczynania orbitalnej kontroli lotów.

Martin i Taylor zostawili pojazd na parkingu, tak by był niewidoczny dla wartowników pilnujących zachodniego wejścia, i starannie go zamknęli. Od wewnątrz bowiem nie przypominał tych używanych przez Gwardię Harrington, toteż lepiej było nie ryzykować, że ktoś ciekawski to zauważy i podniesie alarm.

Martin spojrzał na chronometr i zaklął cicho, chowając kluczyki do kieszeni. Udało mu się przyspieszyć nieco lot, ale i tak mieli zaledwie dwanaście minut, by zająć pozycje i przygotować wyrzutnię do strzału. Zaczynały się liczyć sekundy, czego nigdy nie lubił. Jedyne pocieszenie stanowiło to, iż Bóg był po ich stronie, więc powinien dopilnować, by zdążyli.

— Daj mi swój identyfikator — polecił, wyciągając swój z kieszeni na piersiach. — I trzymaj się za mną, starając się zasłaniać ciałem wyrzutnię, by nie zauważył jej wartownik.

— Spróbuję, Ed, ale…

Nie musiał kończyć. Martin kiwnął głową, doskonale rozumiejąc, o co mu chodzi. Broń była jednym z najnowszych osiągnięć przemysłu zbrojeniowego Gwiezdnego Królestwa Manticore — co stanowiło miłą ironię losu, jeśli wziąć pod uwagę, do czego miała być wykorzystana — i obiektywnie nie była duża. Przenośna naramienna wyrzutnia rakiet typu ziemia-powietrze z trudem dawała się upchnąć do największej cywilnej torby, co z jednej strony nieźle ją maskowało. Z drugiej stwarzało problem, bo gwardziści nie nosili cywilnych toreb ani na ramię, ani innych, gdy byli na służbie. Jedyną szansą wyłgania się, jeśli wartownik będzie zbyt dociekliwy, była wersja, że Austin robi przysługę koledze i nie będzie już jej miał, rozpoczynając służbę.

Sama rakieta była niewielka i jak wszystkie tego rodzaju pociski nie miała głowicy, lecz niszczyła cel ekranem napędu. Naturalnie moduł napędu nie był ani duży, ani mocny, toteż ekran był słaby i mały, natomiast w połączeniu z bardzo dokładnym komputerem samonaprowadzającym na cel dawało małą gabarytowo, a niezwykle celną broń przeciwlotniczą.

Martin wziął głęboki oddech i ruszył szybkim krokiem ku zachodniemu wejściu dla personelu. Po drodze modlił się w duchu:

„Panie, jeśli będę zbyt zajęty, by o Tobie pamiętać, to Ty nie zapomnij o mnie. Wszak wprowadzam w życie Twoją wolę, więc prowadź mnie, bym mógł uratować Twój lud przed grzechem i potępieniem”.

Honor spojrzała przez okno — nawet w ciemnościach nocy dostrzegła połyskujące wody morza Goshen wcinającego się od północnego zachodu w kontynent o tej samej nazwie. Na jego wschodnim wybrzeżu położona była jej domena, w której powinna się znaleźć za jakieś dziesięć minut, więc wychodziło na to, iż będzie miała czas na spotkanie z ekipą Gerricka.

Przy wejściu stał wartownik młodszy nawet od Austina. I widać było, że niedawno przyjęty do Gwardii, co było miłym zbiegiem okoliczności, jako że Martin miał dystynkcje kapitana. Nigdy nie marzył nawet o tak wysokim stopniu, ale był w tej roli dość przekonywujący i miał dość autorytetu, by rozwiać wątpliwości większości napotkanych gwardzistów, nie tylko tego nieopierzonego młokosa.

— Dobry wieczór — powitał uprzejmie wartownika, wchodząc w strefę światła otaczającą bramę.

— Dobry wieczór, sir! — Młodzian strzelił obcasami i zamarł w pozycji zasadniczej.

Martin zasalutował i podał mu dokumenty.

— Samotnie tu — zauważył od niechcenia.

— Zgadza się, sir. — Wartownik porównał fotografię z twarzą Martina, kiwnął z zadowoleniem głową i sięgnął po dokumenty Austina. — Samotnie, ale mój z…

Nagle umilkł i Martin zaklął w duchu. Austin musiał wejść w krąg światła, by wartownik mógł porównać jego twarz ze zdjęciem, przez co ta cholerna wielka torba stała się aż za bardzo widoczna — wręcz rzucała się w oczy. Wartownik przyglądał się jej przez moment, wzruszył ramionami i wrócił do studiowania dokumentów. Martin odetchnął… i zaniepokojony już poważnie zauważył, że wartownik nagle zesztywniał. Uniósł głowę i przyjrzał mu się, potem przeniósł spojrzenie na Austina… coś mu się wyraźnie nie spodobało i tym razem nie była to torba podróżna.

W nagłym olśnieniu Martin zrozumiał — chodziło o kabury z bronią boczną! Rzucił błyskawiczne spojrzenie na wartownika i już wiedział, że ma rację — chłopak miał przy pasie smukłą kaburę pulsera, broni zbyt drogiej, by posiadały ją gwardie innych domen. On sam miał w kaburze zwykły pistolet, Austin zaś mini pistolet maszynowy. Żadnej z tych broni nie można było pomylić z pulserem, jeśli miało się o tym choćby blade pojęcie.

1 ... 81 82 83 84 85 86 87 88 89 ... 113
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)