Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
A jeśli odnajdą od razu? Na wieżyczce mają heliograf. Wyślą sygnał na rogatkę.
Po co ryzykować?
Jakow Michajłowicz podskoczył parę razy, strząsając z siebie grudy ziemi. Zebrał je dokładnie i umieścił z powrotem na furze. Potem uklepał rękami ziemny stożek, przywracając mu poprzedni kształt. Dużym susem, bez rozbiegu, skoczył na gazon, żeby nie zostawiać w pyle śladów.
Obejrzał się.
Sodomita wciąż leżał jak worek.
Dobra, niechaj sobie żyje. Co może powiedzieć? Że spod ziemi wylazł czarny człowiek, a potem zniknął bez śladu? Kto mu uwierzy? Sam sobie nie uwierzy. Pomyśli, że to od słońca.
Jakow Michajłowicz podciągnął szarawary i sprężystym, wyćwiczonym truchtem puścił się drogą w stronę zachodzącego słońca.
Aby zachować regularny oddech, powtarzał:
– Raz-dwa, raz-dwa, nie ma jak, nie ma jak, raz-dwa, raz-dwa, nie ma jak, nie ma jak... Zamiast powietrza wciągnął ustami gorący pył. Zakrztusił się.
Och, przeklęta okolica.
To nic, wygląda na to, że jutro wieczorem koniec.
XIV
ETIUDA BERDYCZOWSKIEGO
Stary znajomy
„Rrs Dolinin, czł. Rady Min. Spraw Wewn." – oto co było zapisane nierównym, trudnym do odczytania pismem w rubryce „odwiedzający".
– Rzeczywisty radca stanu Dolinin? – wymamrotał Matwiej Berdyczowski, mierzwiąc swą złocistoczerwonawą fryzurę. – Dolinin?!
– Właśnie tak – potwierdził nadzorca. – Jego ekscelencja był u nas z inspekcją. Zaszczycił rozmową. Mówił, że należy rozdzielić więzienia: dla podejrzanych jedno, dla zatwardziałych przestępców drugie, dla wszelkiego drobiazgu trzecie. Składem aresztantów raczył się zainteresować. No to wziąłem i opowiedziałem mu o żandarmskim oficerze, kacie rozbójców i nihilistów. Niby że do czego prowadzi niepohamowana potrzeba. Jego ekscelencja zażyczył sobie przyjrzeć się osobiście. Z panem Racewiczem raczył rozmawiać nie krócej niż przez godzinę.
Nie są już potrzebne żadne inne wersje, zrozumiał z absolutną pewnością Berdyczowski. Wszystko zgadza się dokładnie, chociaż nie ma jeszcze pewności co do niektórych szczegółów.
Opuściwszy więzienie, spacerował długo ulicami, nie widząc niczego wokół siebie. Chaos porządkował się stopniowo, fakty układały w logiczny łańcuch.
Powoli, powoli, co rusz hamował się prokurator. Bez pospiesznych wniosków. Tylko konsekwencje, wynikające z faktów.
A konsekwencje były następujące.
Pół roku temu niewypłacalnego dłużnika odwiedza „znacząca figura" – wszystko wskazuje na to, że bez z góry powziętego zamierzenia, przypadkiem. A może nie całkiem przypadkiem? Nie, nie, domysły pozostawmy sobie na później.
Wysokiego inspektora i reformatora systemu śledczo-dochodzeniowego zainteresował odszczepieniec z wilczymi nawykami. Dlaczego? Może Dolinin też ma skłonność do mężczyzn? Wątpliwe jednak, by więzień od razu przyznał się ważnemu petersburskiemu urzędnikowi do swoich upodobań. Niewiarygodne. Nawet absolutnie niewiarygodne.
Jedno nie ulega wątpliwości: zainteresował się.
Na tyle, że po trzech dniach z Rosyjskiego Banku Handlowo-Przemysłowego, który, nawiasem mówiąc, ma siedzibę w Sankt Petersburgu, wpływa kwota, która pokrywa dług. Racewicz wychodzi na wolność i wkrótce opuszcza Żytomierz na zawsze.
Pytanie: dlaczego Dolinin to zrobił i skąd miał tyle pieniędzy? Pelagia mówiła, że nie jest arystokratą, że wybił się talentami. Jeśli tak, to skąd u niego takie pieniądze?
Fakty, tylko fakty – ponownie pouczył się Berdyczowski.
No dobrze. Przez pięć miesięcy po uwolnieniu Racewicza – czarna dziura. Nie wiemy, co też w tym czasie śmiały żandarm robił i gdzie przebywał. Wiadomo jednak, że wieczorem pierwszego kwietnia znalazł się na parowcu „Jesiotr" i zabił włościanina Szełuchina, biorąc go za „proroka" Manujłę.
Tegoż wieczoru pojawia się na parowcu Dolinin, który przypadkowo znalazł się w sąsiednim powiecie z kolejną inspekcją. Znaczący zbieg okoliczności, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę żytomierskie rendez-vous w więzieniu.
Rzeczywisty radca stanu kieruje osobiście śledztwem, zabójca zaś tymczasem znika tajemniczym sposobem ze statku. A kto prowadził poszukiwania? Nikt inny, Dolinin. Matwiej Bencjonowicz przypomniał sobie relację Pelagii: do kajuty rzekomego Ostrołyżeńskiego śledczy wybrał się sam, a potem oświadczył, że nikogo tam nie ma, i nakazał wystawić przed drzwiami wartę, by nikt nie mógł tam się dostać. A może żytomierski znajomy sprytnego śledczego siedział w środku? To łatwe. Potem Dolinin wypuścił go niepostrzeżenie na brzeg – przy zmianie posterunków albo jakoś inaczej. Dla prowadzącego śledztwo, któremu wszyscy podlegają i wszyscy ufają, to rzecz nietrudna.
Co było dalej?
Wielki człowiek z Petersburga chciał koniecznie wybrać się osobiście do odległej wsi, towarzysząc zwłokom jakiegoś łotrzyka. Jakież to dziwne! Wówczas siostrze Pelagii i wszystkim innym uczestnikom śledztwa wydało się, że Dolinin dosyć ma biurokratycznej roboty i że w ogóle, będąc człowiekiem zasadniczym, zwykł doprowadzać każdą sprawę do końca. Tymczasem zaś w ślad za ekspedycją udał się zabójca, związany z Dolininem niejasnymi więzami. Niewykluczone, że kiedy płynęli barką, Racewicz tam właśnie się ukrywał – w ładowni. Potem towarzyszył im lasem, wciąż trzymając się w pobliżu. Kiedy Pelagia natknęła się przypadkiem na tego szpicla, Dolinin tak zręcznie ją podszedł wykładem o sile nieczystej, że bystra mniszka nic nie podejrzewała.
Dalej samo sedno.
Po ustaleniu tożsamości zamordowanego Dolinin wyjechał, ale Racewicz został.
Poco?
Wiadomo: trzeba było zabić Pelagię. Tylko dlaczego nie zrobił tego wcześniej – choćby podczas spotkania w lesie?
Po chwili zastanowienia Matwiej Bencjonowicz znalazł odpowiedź także na to pytanie. Dlatego że wcześniej nie miał rozkazu. A zatem polecenie zabicia mniszki zostało wydane dopiero po wyjeździe śledczego.
Kto je wydał?
Oczywiście Dolinin, nikt inny. Berdyczowski już zapomniał, że wnioskowanie zostawił na później, i zaczął stawiać kolejne hipotezy – zresztą były ku temu podstawy.
Może śledczy chciał, żeby Pelagię zabito, kiedy jego, Dolinina, już tam nie będzie? Dla zapewnienia sobie alibi, a możliwe też, że kłóciło się to z jego wrażliwością – wolał tego nie widzieć.
Najpewniej jednak w grę wchodziło coś innego. Zdaje się, że w Stroganowce Pelagia zrobiła albo powiedziała coś takiego, iż Dolinin zrozumiał: bliska jest rozwiązania zagadki zabójstwa na parowcu. Najprawdopodobniej śledczy zabrał ją ze sobą w podróż po to, aby ustalić w drodze, jak dalece jest ona niebezpieczna. I ustalił: tak, niebezpieczna, przy życiu zostawić jej nie można.
Nawiasem mówiąc, w czasie dedukcji pojawiła się także odpowiedź na pierwsze z nierozstrzygniętych pytań. Zwyrodnialec z wilczymi nawykami przydał się panu Dolininowi właśnie dlatego, że, po pierwsze, był zwyrodnialcem, a po drugie, specem od ciemnych sprawek. Homoseksualizm zaś nie ma tu raczej nic do rzeczy. Bardzo możliwe, że petersburżanin nie dowiedział się nawet o tej okoliczności. Czy zresztą jest to tutaj istotne?
Teraz drugie pytanie spośród tych bez odpowiedzi: czy Dolinin trafił przypadkiem do jedenastej „szlacheckiej" celi gubernialnego więzienia? A może w swoich inspekcyjnych rozjazdach po imperium celowo wypatrywał ludzi, którzy mogliby być przydatni dla jego nieokreślonych jeszcze zamierzeń? To tylko przypuszczenie, zaledwie przypuszczenie, ale nader prawdopodobne.