Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 82 83 84 85 86 87 88 89 90 ... 210
Перейти на страницу:

Przez chwi­lę wy­glą­da­ło na to, że sza­man wresz­cie stra­cił przy­tom­ność.

— Wy­pa­dłem z sań… ja… któ­ry uro­dzi­łem się na sa­niach… wy­pa­dłem, wy­lą­do­wa­łem na dole, a sa­nie wy­lą­do­wa­ły na mnie… Psy… po­ła­ma­ły się, mu­sia­łem do­bić…

— Mó­wi­łeś to już.

— Wiem… ale trze­ba po­wta­rzać, bo wte­dy le­piej się pa­mię­ta. Poza… poza tym… mię­so… nie po­win­no się zmar­no­wać… Za dużo głod­nych gąb jest… żeby się zmar­no­wa­ło.

Bo­re­hed za­czy­nał ma­ja­czyć. Ken­neth szyb­ko zmie­nił te­mat.

— Znaj­dziesz dziu­rę, w któ­rą wpa­dłeś?

— To… ta… głę­bo­ka…

No tak.

Azger koń­czył usztyw­niać lewą nogę. Jego sze­ro­kie, zgru­bia­łe dło­nie po­ru­sza­ły się szyb­ko i spraw­nie. Nie sta­rał się ulżyć męce Bo­re­he­da, ale też nie pró­bo­wał jej zwięk­szyć. A po­rucz­nik wziął na sie­bie obo­wią­zek od­wró­ce­nia uwa­gi sza­ma­na od tych za­bie­gów.

— Co jesz­cze zna­la­złeś w środ­ku? Pod po­kła­dem?

— Mó­wi­łem… mia­sto. Wie­le kom­nat, ko­ry­ta­rze, wiel­kie sale. W jed­nej… przez dziu­rę wpadł dom z góry… wy­peł­złem po tym… co z nie­go zo­sta­ło. Czoł­ga­łem się… za­pa­da­łem w ciem­ność, znów czoł­ga­łem…

— Wy­pu­ści­łeś swo­je du­chy? Uży­łeś cza­rów?

Po­krę­cił gło­wą prze­czą­co.

— Nie. Nie chcia­łem… Mu­szę je trzy­mać… na chwi­lę… kie­dy na­praw­dę zro­bi się cięż­ko.

Ken­neth zmie­rzył Bo­re­he­da wzro­kiem. Aher miał po­ła­ma­ne nogi, był bla­dy, jak­by ktoś zdarł mu skó­rę z twa­rzy i wy­ma­lo­wał ta­tu­aże wprost na ko­ściach, po­cił się ob­fi­cie, a jego star­te do krwi dło­nie drża­ły.

— Chy­ba nie chcę wie­dzieć, co ty uwa­żasz za „cięż­ko”.

Uśmiech sza­ma­na wy­glą­dał, jak­by po­zba­wio­ny cia­ła cze­rep wy­szcze­rzył do po­rucz­ni­ka zęby. Ale py­ta­nia, któ­re Ken­neth za­da­wał, zda­wa­ły się speł­niać swo­ją rolę i od­cią­gać uwa­gę ahe­ra od tego, co ro­bio­no z jego no­ga­mi. Po­rucz­nik py­tał więc da­lej:

— Nie­śmier­tel­na. Ta­kiej na­zwy uży­łeś. Co to zna­czy?

— Nie­śmier­tel­na Flo­ta. Tak się na­zy­wa­li. Dzie­siąt­ki… może set­ki stat­ków… naj­mniej­sze mia­ły ćwierć mili dłu­go­ści, naj­więk­sze… je­den z mo­ich po­przed­ni­ków — Bo­re­hed stuk­nął się w skroń — po­ka­zał mi we śnie… Nie mogę uwie­rzyć… Milę. Sta­tek dłu­gi na milę… Król, wódz ca­łej flo­ty. Pa­mię­tam… wasi bo­go­wie naj­pierw z nimi han­dlo­wa­li… po­tem wal­czy­li… To byli po­tęż­ni wro­go­wie… na­wet Pan Mórz nie zdo­łał strą­cić ich ze swo­je­go grzbie­tu… Po­ko­na­no ich wresz­cie so­ju­szem wie­lu bo­gów… wie­lu sił… my też tam by­li­śmy… nasi wo­jow­ni­cy sztur­mo­wa­li bur­ty stat­ków, któ­re ugrzę­zły na mie­li­znach… Gdy wresz­cie ode­pchnię­to ich od brze­gów… rzad­ko się po­ja­wia­li na ho­ry­zon­cie… Po­tem ode­szli… znik­nę­li.

— A te­raz je­den po­wró­cił?

Sza­man uniósł dłoń z wy­pro­sto­wa­nym pal­cem wska­zu­ją­cym, w bar­dzo ludz­kim ge­ście – cze­kaj chwi­lę. Azger wła­śnie koń­czył owi­jać mu dru­gą nogę, po czym szyb­ko przy­wią­zał ca­łość do gru­bej de­ski, na któ­rej aher le­żał.

— Bę­dzie do­brze, pa­nie po­rucz­ni­ku, chy­ba że wda się ja­kaś zgni­li­zna w środ­ku. — Straż­nik wstał, wy­tarł ręce w spodnie. — Wte­dy nic nie dam rady zro­bić. Mogę odejść?

— Idź. Od­pocz­nij. — Ken­neth zer­k­nął na nie­bo, ciem­nia­ło. — Po­wiedz resz­cie, że po zmro­ku ro­bi­my zmia­nę, nie­pa­rzy­ste dzie­siąt­ki idą na dół, pa­rzy­ste obej­mu­ją war­tę na gó­rze. Cze­ka was cięż­ka noc.

— Tak jest.

— Nur!

Dzie­sięt­nik, któ­ry do tej pory wa­ro­wał z kil­ko­ma strzel­ca­mi nie­co z boku, pod­szedł, spoj­rzał z góry na Bo­re­he­da, ale o dzi­wo, po­wstrzy­mał się od ko­men­ta­rza.

— Weź lu­dzi, mo­ich też, roz­bij­cie na­mio­ty bli­żej tej dziu­ry, gdzie sie­dzi resz­ta. Od­grodź­cie na­sze psy od aher­skich, ro­bią się głod­ne, nie chcę, żeby się po­za­gry­za­ły. Po­tem przy­go­tuj­cie się do zej­ścia na dół. Chcę, żeby do wie­czo­ra two­ja dzie­siąt­ka, Dru­ga i Siód­ma, spraw­dzi­ły jesz­cze kil­ka dziur w po­kła­dzie.

Dzie­sięt­nik spoj­rzał na nie­go z lek­ką kpi­ną.

— Czy­li po pro­stu mam się za­bie­rać, żeby pan mógł po­roz­ma­wiać w spo­ko­ju z tym sza­ma­nem.

— Mniej wię­cej, Nur. Mniej wię­cej. Do ro­bo­ty, chy­ba że chcesz mi jesz­cze coś po­wie­dzieć.

Wcze­śniej umó­wi­li się, że je­śli Fen­lo do­strze­że ja­ką­kol­wiek ozna­kę ak­tyw­no­ści du­chów przy­wią­za­nych do cia­ła aher­skie­go sza­ma­na, na­tych­miast da mu znać.

— Nie, pa­nie po­rucz­ni­ku. Wszyst­ko jest w po­rząd­ku. — Ple­czy­sty dzie­sięt­nik od­wró­cił się do swo­ich lu­dzi. — Zbie­rać się! Ro­bo­ta cze­ka!

Po chwi­li zo­sta­li sami. Po­rucz­nik Gór­skiej Stra­ży i naj­po­tęż­niej­szy sza­man ahe­rów w za­chod­niej czę­ści Wiel­kie­go Grzbie­tu. Bo­re­hed od­zy­skał już tro­chę ko­lo­rów, czar­ne oczy ukry­te głę­bo­ko w oczo­do­łach pło­nę­ły za­ska­ku­ją­co moc­no. Ból i cier­pie­nie, któ­re do tej pory za­snu­wa­ły je mgłą, znik­nę­ły, biła za to z nich in­te­li­gen­cja i de­ter­mi­na­cja, a Ken­neth od­krył, że na­wet pa­trząc na ko­goś le­żą­ce­go i przy­wią­za­ne­go do de­ski, czło­wiek wca­le nie musi czuć ja­kiejś spe­cjal­nej prze­wa­gi.

— Wróć­my do tego. — Po­stu­kał ob­ca­sem w po­kład. — Mó­wisz, że to je­den z tych wiel­kich okrę­tów, któ­re pły­wa­ły po mo­rzach w cza­sach Wo­jen Bo­gów.

— Wie­rzysz mi?

— Sto­ję na nim. Naj­więk­szy okręt zbu­do­wa­ny przez lu­dzi miał trzy­sta pięć­dzie­siąt stóp dłu­go­ści. Po­dob­no nie da się zbu­do­wać więk­sze­go, bo drew­no się ła­mie. Tak mnie uczo­no na przy­spie­szo­nym kur­sie ofi­cer­skim, za­nim zo­sta­łem do­wód­cą tej ban­dy.

— Uczy­li do­wód­cę gór­skiej pie­cho­ty o stat­kach?

— O hi­sto­rii Im­pe­rium i jego wspa­nia­ło­ści. To był im­pe­rial­ny dro­mon, nie pa­mię­tam na­zwy, któ­rym dwie­ście lat temu ro­dzi­na ce­sa­rza pły­wa­ła po mo­rzu. Te­raz się już ta­kich nie robi. Nie­waż­ne. Sto­ję na czymś, co jest okrę­tem wiel­ko­ści góry. My­ślę, że ma z pół mili dłu­go­ści. Pły­nie na wschód, bez ża­gli ani wio­seł, ła­miąc krę i roz­trza­sku­jąc góry lo­do­we. Więc wie­rzę, że mo­żesz się nie my­lić.

Bo­re­hed nie spusz­czał wzro­ku z jego twa­rzy tak dłu­go, aż Ken­neth po­czuł się nie­swo­jo. I szcze­rze mó­wiąc, był wku­rzo­ny. W czar­nych oczach po­ja­wi­ło się bo­wiem coś, co nie­bez­piecz­nie przy­po­mi­na­ło po­gar­dę.

— Mó­wisz, że mi wie­rzysz, czło­wie­ku. Ale czy wiesz, co to na­praw­dę zna­czy? Sto­isz na czymś, co jest okrę­tem z cza­sów Wo­jen Bo­gów — wy­mru­czał wresz­cie sza­man. — Wi­dzia­łeś, jak ten sta­tek opie­rał się ca­łej po­tę­dze Pani Lodu, a po­tem wy­rwał się jej jak­by ni­g­dy nic i za­brał was i mnie na po­kład. Te­raz pły­niesz nim w nie­zna­ne. Ja szczę po no­gach ze stra­chu, prze­kli­nam los, że nie uro­dzi­łem się i nie umar­łem sto lat temu. Du­chy, któ­re no­szę, skam­lą i drżą, prze­ra­żo­ne. A ty nic. Je­steś aż ta­kim głup­cem?

1 ... 82 83 84 85 86 87 88 89 90 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)