Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 81 82 83 84 85 86 87 88 89 ... 210
Перейти на страницу:

To nie tak, chciał za­pro­te­sto­wać. Nie da się po­rów­nać zor­ga­ni­zo­wa­nia sie­ci krót­kich, kil­ku­na­sto­mi­lo­wych prze­rzu­tów we wła­snym kra­ju z…

Wzrok ce­sa­rza za­ci­snął się mu na gar­dle że­la­zną ob­rę­czą.

— Do­brze, Gen­trell. Bar­dzo do­brze. Jed­no nie­wy­po­wie­dzia­ne sło­wo jest cza­sem cen­niej­sze niż całe zło­to świa­ta. Wi­dzisz te ciem­ne fi­gur­ki na pół­no­cy. To ar­mia ahe­rów. Obóz, któ­ry li­czy, we­dług wstęp­nych ra­por­tów, pięć­dzie­siąt, może sześć­dzie­siąt ty­się­cy głów. Tak do­no­szą zwia­dow­cy Gór­skiej Stra­ży. Wy­obraź to so­bie, pro­szę, tę hor­dę wpa­da­ją­cą w na­sze we­ssyr­skie pro­win­cje. Na­wet miej­sco­we ple­mio­na tych dzi­ku­sów po­tra­fią nam za­leźć za skó­rę, ale to? I to w chwi­li, gdy nie mo­że­my wy­co­fać woj­ska ze Wscho­du, gdy Pon­kee-Laa wciąż pró­bu­je się otrzą­snąć po tej re­li­gij­nej ru­chaw­ce, a na Da­le­kim Po­łu­dniu trwa po­wsta­nie me­ekhań­skich nie­wol­ni­ków. I po­my­śleć, że Pół­noc uwa­ża­łem za pew­ną i spo­koj­ną gra­ni­cę. — Przez chwi­lę wy­glą­da­ło na to, że jed­nak z ce­sar­skich ust pad­nie se­ria prze­kleństw. — Roz­ga­da­łem się, co? No to słu­chaj. Na prze­łę­czy nie ma Szó­stej Kom­pa­nii, je­dy­nych lu­dzi, któ­rzy żywi wró­ci­li z Mro­ku. Ani dru­ży­ny Szczu­rów wy­sła­nej po żoł­nie­rzy. Ani pan­ny One­lii Um­bry, na­sze­go naj­cen­niej­sze­go źró­dła wie­dzy o tych, któ­rzy cza­ją się za Mro­kiem.

Oso­bi­sta od­po­wie­dzial­ność – te dwa sło­wa za­ci­snę­ły mu się na gar­dle ni­czym ka­tow­ska pę­tla.

O Pani. Wszy­scy je­ste­śmy mar­twi. Norę cze­ka zmia­na przy­wód­ców, bo ce­sarz nie uwie­rzy, że nic o tym nie wie­dzie­li­śmy.

— Wszy­scy znik­nę­li. Zo­sta­ło po nich opusz­czo­ne obo­zo­wi­sko. Ale nie ma śla­du wal­ki, więc nie zo­sta­li stam­tąd wy­par­ci siłą ani upro­wa­dze­ni przez ahe­rów. Zresz­tą, nie uwie­rzę, by cała kom­pa­nia dała się tak po­dejść. Po pro­stu ode­szli. Po­rzu­ci­li po­ste­ru­nek.

— Ra­zem z dru­ży­ną Szczu­rów? Nie­moż­li­we, Wa­sza Wy­so­kość.

— Och, ja już to gdzieś sły­sza­łem. Nie­moż­li­we. — Spoj­rze­nie ce­sa­rza prze­nio­sło się na Pierw­sze­go Szczu­ra, któ­ry, nie do uwie­rze­nia, za­dy­go­tał i sku­lił się jak chla­śnię­ty bi­czem. — Kom­pa­nia mo­gła zo­stać ze­pchnię­ta z prze­łę­czy przez na­gły atak dzi­ku­sów i prze­kra­da się te­raz do nas bez­lud­ny­mi gó­ra­mi, a dru­ży­na Nory po pro­stu wpa­dła na ahe­rów i zo­sta­ła zmiaż­dżo­na. Albo ra­zem z gó­ra­la­mi prze­bi­ja się z po­wro­tem. Moż­li­we. Do­bre i praw­do­po­dob­ne wy­ja­śnie­nie. Tyl­ko że, po pierw­sze, nikt nie ostrzegł mnie o tym, co dzie­je się na Pół­no­cy; taka hor­da ahe­rów nie wzię­ła się zni­kąd, a pil­no­wa­nie gór leży w ge­stii Nory. A po dru­gie, nikt nie po­pro­sił mnie o zgo­dę na wy­sła­nie tam tak cen­ne­go jeń­ca jak Um­bra. Da­ro­wa­łem wam to wcze­śniej, pod wa­run­kiem że za­pa­nu­je­cie nad wy­da­rze­nia­mi, praw­da? Więc może od­po­wie­cie mi, gdzie, do cho­le­ry, po­dzia­ła się Szó­sta Kom­pa­nia oraz Szczu­ry z tą dziew­ką?

Rozdział 18

W każ­dej dzie­siąt­ce Czer­wo­nych Szó­stek byli lu­dzie, któ­rzy po­tra­fi­li opa­trzyć ranę, wy­jąć strza­łę czy za­ta­mo­wać krwo­tok. Ale to Azger La­we­ghz z Dru­giej, naj­star­szy tro­pi­ciel w kom­pa­nii, ucho­dził za spe­cja­li­stę od po­ła­ma­nych ko­ści. Po­tra­fił je skła­dać le­piej niż puł­ko­wi me­dy­cy. Oglą­dał te­raz nogi Bo­re­he­da, nie cac­ka­jąc się zbyt­nio, a sza­man, któ­ry na wła­sne nie­szczę­ście od­zy­skał przy­tom­ność, le­żał nie­ru­cho­mo, z twa­rzą bla­dą jak sztu­ka świe­że­go płót­na. Mo­kre od potu wło­sy przy­le­pi­ły mu się do czasz­ki, ta­tu­aże wy­glą­da­ły jak czar­ne i czer­wo­ne, na­pęcz­nia­łe krwią żyły.

Ale na­wet nie jęk­nął, su­kin­syn.

— Ma po­ła­ma­ne ko­ści udo­we, obie, a go­le­nie po­trza­ska­ne na co naj­mniej trzy ka­wał­ki każ­dy. Lewe ko­la­no… — Tro­pi­ciel po­krę­cił gło­wą. — W Be­len­den ka­za­li­by mu uciąć tę nogę.

— Tyl­ko spró­buj — jęk­nął Bo­re­hed. — No, tyl­ko spró­buj…

Azger zi­gno­ro­wał go, od­wró­cił się i za­czął stru­gać z czar­nej desz­czuł­ki łup­ki. Ostrze ka­vayo mi­go­ta­ło w jego dło­niach.

Ken­neth ob­ser­wo­wał uważ­nie twarz sza­ma­na. Czy mu się tyl­ko wy­da­wa­ło, czy je­den z ta­tu­aży za­czął zmie­niać kształt?

— Nie je­ste­śmy w Be­len­den, straż­ni­ku — rzu­cił szyb­ko.

Siwy żoł­nierz wzru­szył ra­mio­na­mi.

— Nie, pa­nie po­rucz­ni­ku. Nie je­ste­śmy. I dla­te­go ten rzeź­nik za­cho­wa swo­je ku­la­sy, choć pew­nie już ni­g­dy nie bę­dzie bie­gał.

Ta­tu­aż na twa­rzy sza­ma­na uspo­ko­ił się, a sto­ją­cy kil­ka kro­ków od nich Fen­lo Nur opu­ścił ku­szę, jego lu­dzie też.

Przez chwi­lę wszy­scy, z sza­ma­nem włącz­nie, pa­trzy­li, jak tro­pi­ciel na­da­je ka­wał­kom drew­na po­żą­da­ny kształt. Wresz­cie Azger wbił za­krzy­wio­ny nóż w po­kład, przy­mie­rzył łup­ki do po­ła­ma­nych nóg i wark­nął:

— Te­raz za­bo­li bar­dziej. — Szarp­nął pra­wą nogę, bez ce­re­gie­li na­sta­wia­jąc ko­ści, i za­czął owi­jać ją po­dar­tym na pasy ple­dem.

Choć wy­da­wa­ło się to nie­moż­li­we, tam, gdzie nie ozda­bia­ły jej ta­tu­aże, skó­ra sza­ma­na jesz­cze po­bla­dła. Ale Bo­re­hed, za­miast wresz­cie ze­mdleć, wska­zał wzro­kiem na ka­vayo tkwią­cy w drew­nie.

— Cie­ka­wy nóż. Skąd…

— Pre­zent od przy­ja­ciół ze wscho­du. Część mo­ich lu­dzi przy­wio­zła je na pa­miąt­kę. — Ken­neth się­gnął po ma­nier­kę. — Chcesz jesz­cze go­rzał­ki?

Przed za­bie­giem na­po­ili ran­ne­go całą ma­nier­ką, gest, któ­re­go szczo­dro­ści Bo­re­hed zda­wał się nie do­ce­niać. Ale co tam, Ken­neth uznał, że naj­wy­żej zre­zy­gnu­je ze swo­jej por­cji.

— Nie… — Aher za­mknął oczy i po­trzą­snął gło­wą, roz­pry­sku­jąc kro­ple potu na wszyst­kie stro­ny. — Jesz­cze tro­chę i stra­cę przy­tom­ność… a mu­si­my po­roz­ma­wiać… ty i ja. Ale… mów… do… mnie…

Tro­pi­ciel skoń­czył pra­wą nogę i za­jął się lewą. Znów szarp­nię­cie, coś jak­by zgrzyt, oczy Bo­re­he­da na chwi­lę ucie­kły w głąb czasz­ki, ale za­raz po­wró­ci­ły. Gdy żoł­nierz do­tarł z ban­da­żo­wa­niem do le­we­go ko­la­na, któ­re wy­glą­da­ło jak skó­rza­ny wo­rek wy­peł­nio­ny krwa­wą mia­zgą, po­rucz­nik od­wró­cił wzrok.

— Ja­kim cu­dem aż tak się po­ła­ma­łeś? — za­py­tał.

— Wy… aaaaaaaaa!!! Nie, nic nie mów… Niech za­ci­ska… twój czło­wiek zna się na tym… aaaaach… — Aher wes­tchnął tak, że ofi­ce­ro­wi aż ciar­ki prze­szły po grzbie­cie. — To nic… nic… ta­niec ka­mie­ni… wy­zwa­nie du­chów… to jest ból…

1 ... 81 82 83 84 85 86 87 88 89 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)