Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Sandoz nawet nie mrugnął.
— Rozumiem, o co ci chodzi. Nie jestem ani pierwszą, ani ostatnią osobą, którą to spotkało.
— No i co z tego? To ci pomaga?
— Ani trochę — odpowiedział Sandoz głosem Seana. Pobrzmiewała w nim irytacja, ale mogło to być tylko naśladownictwo.
— I nie powinno — stwierdził sucho Sean. — Cierpienie może być banalne i przewidywalne, ale nie jest przez to ani trochę mniejsze. A czerpanie pociechy z tego, że inni też cierpią, to nikczemność. — Teraz przyglądał się Sandozowi badawczo. — Powiedziano mi, że winisz Boga za to, co wydarzyło się na Rakhacie. A dlaczego nie szatana? Wierzysz w diabła, Sandoz?
— To nie ma znaczenia — odpowiedział lekceważąco Sandoz. — Szatan niszczy ludzi, kusząc ich, by wybrali łatwą lub przyjemną ścieżkę.
Wstał, zabrał swój kubek i talerz i ruszył do kuchni.
— Mówisz jak dobry jezuita — zawołał za nim Sean. — A to, co ci się przydarzyło, nie było ani łatwe, ani przyjemne.
Sandoz wyłonił się z kuchni, już bez naczyń.
— Nie. Ani trochę — powiedział łagodnie, ale spojrzenie miał twarde. — „Jak ryby chwytane w sieć zdradliwą i jak ptaki chwytane w sidło, tak złowieni są synowie człowieka w zły czas, kiedy nagle na nich spada… I znienawidziłem życie… złe wydały mi się dzieła czynione pod słońcem”.
— Eklezjastes. Omnia vanitas: Wszystko to jest marność i gonienie za wiatrem. Niegodziwi triumfują, a sprawiedliwi gniją w lochu. I to wszystko, czego się nauczyłeś przez ćwierć wieku w Towarzystwie Jezusowym?
— Odpieprz się, Sean — powiedział Sandoz i ruszył w kierunku drzwi prowadzących do kabin.
Nagle Sean zerwał się z krzesła i zagrodził mu wyjście.
— Nie masz dokąd uciec, Sandoz. Nie masz się gdzie schować. — Nawet nie drgnął, kiedy Sandoz zmierzył go wściekłym spojrzeniem. — Byłeś księdzem przez parę dziesiątków lat, i to dobrym księdzem. Myśl jak ksiądz! Myśl jak jezuita! Co Jezus dodał do kanonu? Jeśli Żydzi zasłużyli sobie choć na jedno, była to lepsza odpowiedź na cierpienie niż ta, którą otrzymał biedny Hiob. Jeśli ból i niesprawiedliwość, i niezasłużona niedola są częścią życia, a Bóg wie, że tak jest, to życie Chrystusa jest odpowiedzią Boga na lamenty Eklezjasty! Zbaw cierpienie. Przyjmij je. Spraw, by coś znaczyło.
Choć jedyną odpowiedź stanowiło zimne spojrzenie, drżenie było widoczne.
— Czujesz to teraz, prawda? Carlo kazał przerwać pompowanie quella do twojej kabiny, kiedy śpisz. Teraz będziesz musiał przez to przejść. Widziałeś, jak mordowano tysiące niemowląt, jak zarzynano je jak jagnięta. Widziałeś zakrwawione trupy wszystkich, których kochałeś. Gwałcono cię przez miesiące, a kiedy cię wreszcie uwolniono, wszyscy myśleli, że oddawałeś się dobrowolnie. Cóż, śmierć to śmierć, a gwałt to gwałt, tego nie można cofnąć. To się stało. I już nigdy nie będziesz żył razem ze swoją słodką Giną i jej maleńką córką. Wiesz o tym. Czujesz to.
Sandoz zamknął oczy, ale głos Seana brzmiał nadal, z tymi wszystkimi twardymi „r”, z tym płaskim, niemelodyjnym, ale tak pięknym akcentem Belfastu.
— Współczuj tym biednym duszyczkom, których życie to rozwodnione mleko, takie letnie i takie przyjemne, i które dożywają spokojnej starości, a potem umierają we śnie. Woda i mleko, Sandoz. Nigdy nie żyły pełnią życia i nie poznały swojej siły. Pokaż Bogu, jakie jest twoje życie. Przestań biadolić i ucałuj krzyż. Uczyń go swoim. Nadaj temu wszystkiemu znaczenie. Odkup to. Odzyskaj.
Sean zauważył, że Daniel Żelazny Koń stoi tuż za przepierzeniem oddzielającym mesę. Mógł tam stać dość długo. Teraz, być może domyślając się, że został zauważony, wyszedł i stanął przed nimi. Sean nachmurzył się, nie znając intencji Danny’ego, ale po chwili zrozumiał.
— Oto, co możesz zrobić, żeby odkupić dwa najbliższe dni, Sandoz. Możesz pozwolić, żeby ten człowiek był tego świadkiem. Pozwolisz na to?
Sandoz nie spojrzał na żadnego z nich i milczał. Ale nie powiedział „nie”, więc Sean wyszedł, a Danny pozostał.
Z początku Sandoz wydawał się oszołomiony, ale wkrótce zaczął odczuwać fizyczne skutki odstawienia leku. Zbyt napięty, by stać nieruchomo, musiał chodzić, by zagłuszyć ból, a Danny ruszył za nim w zimną ciszę hangaru promów, który miał prawię trzydzieści metrów długości, więc zapewniał dość miejsca na przechadzkę, a także samotność.
Przez pierwsze godziny Sandoz nic nie mówił, ale Danny wiedział, że gniew w nim wzbiera i starał się przygotować na jego uderzenie. Wierzył, że Sandoz nie może mu powiedzieć nic, czego on sam już by sobie nie powiedział. Mylił się. Kiedy Sandoz w końcu przemówił, brutalne szyderstwo wkrótce zamieniło się w czysto moralną furię, korzystając obficie z wielu lat jezuickiej formacji. Tego pierwszego ranka Daniel Żelazny Koń odkrył, że łzy są chłodne, kiedy padają na skórę zaczerwienioną ze wstydu.
A potem znowu zapanowało milczenie.
Pierwszego dnia Danny opuścił go tylko dwukrotnie. Sandoz niestrudzenie przemierzał hangar tam i z powrotem i po jakimś czasie zdjął koszulę, mokrą od potu, który ługował wilgoć z jego ciała nawet tu, w paraliżującym zimnie hangaru. W chwilę później zdjął również protezy, a potem usiadł, jak najdalej od Danny’ego, tuż obok zewnętrznej klapy luku, opierając się plecami o kamienną ścianę. Głowę oparł na ramionach, którymi oplótł kolana. Od czasu do czasu jego prawie martwe palce dygotały lekko.
Wbrew sobie i swoim intencjom, Danny w końcu zasnął. Raz się obudził i zobaczył Sandoza stojącego przy klapie zewnętrznej i patrzącego w ciemność przez mały iluminator. Danny znowu zapadł w sen, a gdzieś w nocy usłyszał tylko słowa:,Ąqui estoy”.
Nie wiedział, co to za język, ale zapamiętał słowa, a później zapytał innych księży, czy któryś z nich je rozumie. Joseba i John rozpoznali hiszpański zwrot: „Oto jestem”, ale to Sean stwierdził:
— To odpowiedź dana przez Abrahama, kiedy Bóg zawołał go po imieniu.
Sandoz wypowiedział to jednak z jakąś straszliwą rezygnacją i Danny uważał, że może to być jedynie wyraz rozpaczy z powodu uwięzienia na pokładzie „Bruna”, skąd nie ma ucieczki ani powrotu, można tylko wraz ze statkiem mknąć naprzód, ku celowi podróży.
Mogła to też być rezygnacja Jonasza, kiedy zdał sobie sprawę, że Bóg go odnajdzie i wykorzysta wszędzie, nawet w brzuchu wieloryba.
Nie było świtu, który by rano obudził Danny’ego, ale hałas i gwar z mesy przeniknęły przez luk do hangaru. Usiadł, a potem wstał, odrętwiały i zziębnięty. Sandoz siedział nieruchomo. Danny wyszedł na kilka minut, ale zaraz wrócił z postanowieniem, że nie tknie jedzenia ani picia, dopóki obywa się bez tego Sandoz. Powoli mijały godziny drugiego dnia, a Sandoz siedział bez ruchu, z oczami utkwionymi gdzieś w dal, wpatrzonymi w coś, czego nikt prócz niego nigdy nie widział. Wizyjna wędrówka, pomyślał Danny, kiedy dusza otwiera się na wszystko, co zechce jej przekazać Wielka Tajemnica, której myśli nie są myślami człowieka, której drogi nie są drogami człowieka…
Nie chciał spać. Chciał być świadkiem tego wszystkiego od samego początku aż do końca. Ale wreszcie zasnął, a kiedy obudził się rano trzeciego dnia, stwierdził, że patrzy w obsydianowe oczy Emilia Sandoza siedzącego po turecku na pokrywie promu i czekającego na jego przebudzenie.