Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 80 81 82 83 84 85 86 87 88 ... 163
Перейти на страницу:

– Ta stara wiedźma Ivonne gdzie może podsmradza na rząd i nawet na ciebie – powiedziała Hortensja.

– Uważaj, tylko jej nie piśnij słowa, bo mnie zabije, jak się dowie, że na nią plotkuję – powiedziała Queta. – Nie chcę zadzierać z tą czarownicą.

Nie zatrzymał się przy nich, podszedł do baru. Nalał sobie whisky, wrzucił dwie kostki lodu i usiadł. Służące, już w przepisowych fartuszkach, kręciły się koło stołu. Czy kierowcy dostali jeść? Odpowiedziały mu, że tak. Kąpiel podziałała usypiająco, Hortensję i Quete widział jak przez mgiełkę, ledwo do niego docierały ich szepty i chichot. No więc co takiego wygaduje ta stara.

– Pierwszy raz słyszałam, jak publicznie cię obsmarowywała – powiedziała Queta. – Bo zawsze dotąd była dla ciebie jak miód.

– Mówiła do Robertita, że forsa, którą z niej ciągnie Lozano, idzie w połowie dla ciebie – rzekła Hortensja. – Masz pojęcie, mówić takie rzeczy temu plotkarzowi.

– I jeżeli dalej będą ją wysysać, wycofa się z interesu i wróci do przyzwoitego życia – zaśmiała się Queta.

Skrzywił się i otworzył usta: gdyby kobiety były niemowami, gdyby można porozumiewać się z nimi tylko za pomocą gestów. Queta sięgnęła po słone paluszki, jej dekolt się rozchylił ukazując piersi.

– Uważaj, nie kokietuj mi go – szturchnęła ją Hortensja. – Zostaw trochę dla staruszka.

– Landy nawet taki widok nie ożywi – Queta oddała jej szturchaniec. – On też pewno wróci do przyzwoitego życia.

Zaśmiewały się, a on słuchał i pił. Ciągle te same dowcipy, aha, znasz najnowszą plotkę? te same rozmowy, Ivonne i Robertinp żyją ze sobą! Zaraz przyjedzie Landa, a nad ranem będzie miał znowu uczucie, że przebałaganił jeszcze jedną noc zupełnie taką samą jak inne. Hortensja wstała, żeby zmienić płytę. Queta znów napełniała kieliszki, życie to ciągle powtarzana, nudna kalkomania. Pili dopiero drugą whisky, kiedy usłyszeli zgrzyt hamulców przed furtką.

Dzięki tym zgrywom Ludovica czekanie nie było już takie nużące, don. A ta jej buziuchna, a usteczka, a ząbki jak perełki, i że cała pachnie różami, i że co to za ciało, umarłego by rozruszała: mówił, jakby był w niej zakochany, don. Ale jeżeli mu się kiedy zdarzyło stanąć przed panią, to nawet nie śmiał spojrzeć, ze strachu przed don Cayo. A on, czy z nim było tak samo? Nie, Ambrosio słuchał gadaniny Ludovica i śmiał się, nic poza tym, on nic nie mówił o pani i nie uważał jej za coś nadzwyczajnego, nie, on tylko myślał kiedy już będzie dzień, żeby móc iść spać. A te inne? Czy i panienka Queta też mu się nie podobała? Też nie, don. No pewnie, ładna to była, ale czy Ambrosio miał głowę, żeby myśleć p kobietach, przy takiej morderczej pracy ledwo pamiętał, kiedy ma wolne, bo się wtedy walił do łóżka i spał, odsypiał te przesiedziane noce. Ludovico był inny, jak przeszedł do obstawy don Cayo, poczuł się cholernie ważny, teraz to już pójdę w górę, Murzynie, i dopiero będę rozpieprzał tych, co mnie kiedyś rozpieprzali. To było marzenie jego życia, don. I wtedy, jak tak razem czekali po nocach, to albo mówił o babkach, albo o tym: będzie miał stałą pensję, będzie miał swój numer, urlopy, wszędzie go będą szanowali i ho, ho, kto to do niego nie będzie przychodził z korzystnymi propozycjami. Nie, don, Ambrosio nigdy nie chciał robić kariery w policji, odrzucało go od takiej roboty, właśnie z powodu tego czekania, tej nudy. Rozmawiali, palili i już tak koło pierwszej oczy im się kleiły, a w zimie trzęśli się od chłodu; jak się zaczynało rozwidniać, myli sobie gęby pod fontanną w ogrodzie, patrzyli, jak służące biegną po pieczywo, wyjeżdżały pierwsze samochody, mocny zapach potraw uderzał w nozdrza i robiło się lżej, bo don Cayo nigdy się nie spóźniał. Czy mi się kiedy odmieni, czy będę miał wreszcie normalne życie, myślał Ambrosio. No i dzięki panu się odmieniło, dzięki panu ma to normalne życie, don.

Pani przez cały ranek siedziała w szlafroku przy radiu i paląc jednego papierosa za drugim słuchała wiadomości. Nie chciała jeść śniadania, wypiła tylko mocnej kawy, a potem wsiadła do taksówki i pojechała. Niedługo po niej Carlota i Simula też wyszły z domu. Amalia rzuciła się w ubraniu na łóżko. Była bardzo zmęczona, powieki jej ciążyły, a kiedy się obudziła, zapadał wieczór. Usiadła na łóżku i starała się sobie przypomnieć swój sen: to było coś o nim, ale nie pamiętała co, tylko tyle, że we śnie myślała niech tak trwa, niech się nie kończy. Więc ten sen ci się podobał, głupia. Właśnie myła twarz, kiedy nagle otworzyły się drzwi łazienki: Amalio, rewolucja, Amalio. Carlocie mało oczy nie wylazły, co się dzieje, czego one nie widziały. Policjanci z karabinami i z kaemami, Amalio, wszędzie pełno żołnierzy. Amalia czesała się, wkładała fartuch, a Carlota rzucała się po całej łazience, ale gdzie, ale co. W parku uniwersyteckim, Amalio, Carlota z Simula wysiadły z autobusu i zaraz zobaczyły manifestację. Chłopcy, dziewczyny, transparenty, Wolność, Wolność, A-re-qui-pa, A-re-qui-pa, Precz z Bermúdezem, i tak je to skołowało, że zaczęły się przyglądać. Setki, tysiące, i nagle wyskoczyli policjanci, wozy policyjne, ciężarówki, jeepy, na Colmena było pełno dymu, strumienie wody, krzyki, poleciały kamienie i na to zjawiła się konna policja. A one akurat tam, Amalio, w samym środku, zupełnie bezradne. Wcisnęły się w jakąś bramę i objęły się szepcząc modlitwy, a od tego dymu cały czas płakały i kichały, jacyś ludzie biegli i krzyczeli precz z Odrią, i widziały, jak policja biła studentów, a na policjantów sypały się kamienie. Co to będzie, co to będzie. Poszły posłuchać radia, a Simula miała czerwone oczy i żegnała się znakiem krzyża: o Jezu, że też wyszły z tego cało. W radiu nic nie mówili, nastawiają na inną stację i znowu nic, reklamy, muzyka, odpowiedzi na pytania.

Coś tak koło jedenastej podjechał biały samochodzik panienki Quety, wysiadła z niego pani, a samochód zaraz zniknął. Pani była zupełnie spokojna, czemu one nie śpią, przecież już późno. A Simula: słuchały radia, ale nic nie mówili o tej rewolucji, proszę pani. Jaka rewolucja, co za bzdura, Amalia spostrzegła, że pani jest pijana, już po wszystkim. Ale przecież one widziały, proszę pani, mówiła Carlota, była manifestacja, policja i w ogóle, a pani nie bądźcie głupie, nie ma się czego bać. Telefonowała do pana, ci z Arequipy dostaną nauczkę i jutro już będzie spokój. Była głodna i Simula zrobiła jej rostbef: naszego pana nic nie wyprowadzi z równowagi, mówiła pani, już nie będę się tak o niego martwiła. Jak tylko pani wstała od stołu, Amalia poszła spać. No więc tak, wszystko się zaczęło od nowa; ty głupia, już się z nim przeprosiłaś. Czuła jakiś słodki niepokój, ciepłe rozleniwienie. Jak im teraz będzie ze sobą, czy będą się kłócić? Już więcej nie pójdzie do jego koleżki, niech wynajmie jakiś kąt, to będą mogli się tam spotykać w niedzielę. No tak, ślicznie to sobie urządzisz, ty głupia. Gdyby mogła to wszystko opowiedzieć Carlocie. Ale nie, musi trzymać język za zębami, póki się znów nie zobaczy z Gertrudis.

Landa przyjechał z iskrzącymi się oczyma, był rozmowny, zalatywało od niego alkoholem, ale zaraz przy wejściu zrobił grobową minę: on tylko na chwileczkę, sam bardzo żałuje.

Pochylił się do ręki Hortensji, pedziowatym głosem poprosił Quete, żeby dała się pocałować w policzek, i rzucił się na fotel między nimi dwiema, deklamując: chwast pomiędzy różami, don Cayo. I siedział tak, łysawy, wtłoczony w ciemnoszary garnitur o nieskazitelnym kroju, który tuszował braki jego figury, z krawatem koloru bordo, i przekomarzał się z Hortensją i Queta, a on pomyślał poczucie bezpieczeństwa i swobody, oto co dają pieniądze.

1 ... 80 81 82 83 84 85 86 87 88 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)