Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 81 82 83 84 85 86 87 88 89 ... 163
Перейти на страницу:

– Komisja z Ministerstwa Rozwoju Gospodarczego zbiera się o dziewiątej rano, don Cayo, co za godzina – powiedział Landa z tragikomicznym grymasem. A ja muszę spać osiem godzin na dobę, lekarz mi kazał. Bardzo żałuję.

– Po co te bajeczki, senatorze – powiedziała queta podając mu whisky. – Po prostu żona pana nie puszcza i tyle.

Senator Landa wzniósł toast za zdrowie tych oto dwóch piękności, które koło mnie siedzą, a także pańskie zdrowie, don Ćayo. Wypił, posmakował i zaczął się śmiać.

– Jestem wolnym człowiekiem, nie ścierpiałbym małżeńskich kajdan – oświadczył patetycznie. – Bardzo cię kocham, dziecinko, ale chciałbym zachować swobodę, to najważniejsza rzecz w życiu. I zrozumiała mnie. Trzydzieści lat jesteśmy małżeństwem i nigdy mnie o nic nie pytała. Ani jednej sceny zazdrości, don Cayo.

– A ty do woli korzystałeś ze swobody – powiedziała Hortensja. – Opowiedz nam o twoim najnowszym podboju, senatorze.

– Lepiej wam opowiem kilka antyrządowych kawałów, słyszałem je w klubie – rzekł Landa. – Przysuńcie się, żeby Cayo nie słyszał.

Ubarwiał dowcipy dźwięcznym śmiechem, któremu towarzyszył chichot Quety i Hortensji, a Bermudez uczestniczył w ogólnej radości otwierając usta i krzywiąc się. A zatem, skoro pan senator musi wcześnie wyjść, najlepiej od razu zasiąść do kolacji. Hortensja wyszła do służbówki, Queta wysunęła się za nią. Pana zdrowie, don Cayo, i pańskie, senatorze.

– A Queta co dzień ładniejsza – rzekł Landa. – No i Hortensja też, to jest klasa, don Cayo.

– Jestem panu bardzo wdzięczny za opinię, jaką wyraziła pańska komisja – rzekł Bermudez. – Posłałem wiadomość Zavali dziś w południe. Gdyby nie pan, ci gringowie nie wygraliby licytacji.

– To ja powinienem panu podziękować, za „Olave” – powiedział Landa z miną nie ma o czym mówić. Przyjaciele muszą sobie świadczyć przysługi, to wszystko.

Zobaczył, że senator jest roztargniony, jego spojrzenie biegło w stronę Quety, która weszła kołysząc się w biodrach: ani słowa o interesach, ani słowa o polityce, koniec, nie wolno i już. Usiadła koło Landy, a on zobaczył to nagłe trzepotanie rzęsami, te wypieki na policzkach senatora, który przysunął twarz do szyi Quety i wodził po niej ustami. Nie wyjdzie, zostanie, wymyśli jakieś kłamstewko, upije się i dopiero o trzeciej albo czwartej nad ranem dojdzie do porozumienia z Queta: bez wahania przytknął oba kciuki i jej gałki oczne pękły jak dwa winogrona. Podnieciłaś go, został, a przez ciebie i ja się dziś nie wyspałem: teraz płać. Proszę do stołu, powiedziała Hortensja, a on zdążył jeszcze zagłębić rozpalony pręt między udami Quety i usłyszał skwierczenie przypalonego ciała: płać. Przy kolacji Landa cały czas wiódł prym w rozmowie z elokwencją, która rosła w miarę napełniania kieliszków: plotki, żarty, anegdoty, dowcipuszki. Queta i Hortensja wypytywały, odpowiadały na pytania, prawiły mu komplementy, a on promieniał, uśmiechnięty. Kiedy wstali, Landa coś mówił, trochę bez ładu i składu, chciał, żeby Queta i Hortensja zaciągnęły się jego cygarem, miał zostać dłużej. Ale nagle spojrzał na zegarek i radość znikła z jego twarzy: pół do jedenastej, bardzo żałuje, ale musi iść. Pocałował Hortensję w rękę. Quete chciał pocałować w usta, ale nadstawiła mu policzek. Bermudez odprowadził go aż do furtki na ulicę.

IX

Ktoś nią potrząsał, on czeka na ciebie, otworzyła oczy, ten poprzedni szofer naszego pana, kpiąca twarz Carloty: czeka na ciebie, tam na rogu. Ubierała się z pośpiechem, to z nim była w niedzielę? czesała się, to dlatego nie wróciła na noc? i oszołomiona słuchała śmiechu Carloty, pytań Carloty. Wzięła koszyk na pieczywo, wyszła z domu, a za rogiem sta} Ambrosio: nic ci się nie stało? Chwycił ją za ramię, nie chciał, żeby go widzieli, musiała przy nim iść bardzo szybko, on się denerwował o ciebie, Amalio. Przystanęła, popatrzyła na niego, a co się miało stać, czemu się denerwował? ale on poprowadził ją dalej: to nie wiesz, że don Cayo już nie jest ministrem? Co ci się majaczy, powiedziała Amalia, już wszystko w porządku, wczoraj wieczorem pani, ale Ambrosio nie, nie, wczoraj wieczorem zdjęli don Cayo i wszystkich cywilnych ministrów i teraz jest gabinet wojskowy. A pani o niczym nie wie? Nie, pewno jeszcze nie wie, pewno śpi, biedaczka położyła się w nocy, myśląc, że już wszystko dobrze. Wzięła Ambrosia pod rękę: a co teraz będzie z panem? Nie wiedział, co będzie, ale już i tak dosyć, że przestał być ministrem, no nie? Amalia weszła sama do piekarni i myślała bał się o mnie, przyszedł, kocha cię. Wychodząc złapała go za ramię, co się stało, że mógł przyjść do San Miguel, co powiedział don Fermínowi? Don Fermín się ukrywa, bał się, że go aresztują, policja pilnuje domu, on jest gdzieś na wsi. I Ambrosio taki szczęśliwy, Amalio, bo póki pan się ukrywa, oni będą mogli się widywać częściej. Wepchnął ją w kąt koło garażu, tu ich nikt nie zobaczy, przysunął się do niej i ściskał ją. Amalia wspięła się na palce, żeby dosięgnąć jego ucha: bałeś się, że mi się coś stanie? Tak, i usłyszała jego śmiech, teraz będzie go miała ciągle. I Amalia: teraz będzie lepiej niż wtedy, prawda? już nie będą się kłócili, prawda? A Ambrosio: nie, teraz już nie. Odprowadził ją do rogu, a na pożegnanie powiedział jakby cię pytali, to wymyśl cokolwiek, że przyszedłem z jakimś poleceniem, że mnie prawie nie znasz.

Poczekał, aż auto Landy odjechało, i wrócił do domu. Hortensja zdjęła pantofle i nuciła pod nosem, oparta o bar; nie ma starego, poszedł sobie, dzięki Bogu, powiedziała Queta ze swego fotela. Usiadł, wziął szklankę z whisky i pił powoli, patrząc na Hortensję, która teraz tańczyła stojąc w miejscu. Dopił do końca, spojrzał na zegarek i wstał. On też musi iść. Poszedł do sypialni, a na schodach usłyszał, że Hortensja przestała śpiewać i idzie za nim. Queta śmiała się. Nie może zostać dłużej? Hortensja zbliżyła się do niego od tyłu i poczuł jej dłoń na ramieniu, usłyszał jej pieszczotliwy głosik, już pijany, w tym tygodniu w ogóle cię nie widziałam. To na życie, powiedział kładąc kilka banknotów na toaletce: nie może, od samego rana musi jechać do pracy. Odwrócił się, wilgotne oczy Hortensji, głupkowato czuły wyraz jej twarzy, i z uśmiechem pogłaskał ją po policzku: jest bardzo zajęty w związku z tą podróżą prezydenta, może jutro wpadnie. Wziął teczkę i zbiegł po schodach, a Hortensja uwiesiła się jego ramienia mrucząc jak podniecona kotka, krok miała niepewny, niemal się zataczała. Queta, wyciągnięta na kanapce, kołysała w powietrzu do połowy napełnioną szklanką, i zobaczył jej kpiące oczy zwrócone ku niemu. Hortensja puściła jego ramię, podbiegła chwiejnym krokiem i rzuciła się na kanapę.

– On chce się wynieść, Quetita – jej żartobliwy, miodowy głosik, teatralnie nadąsane minki. – Już mnie nie kocha.

– Masz się czym przejmować – Queta odwróciła się i objęła Hortensję. – Niech sobie idzie, kochana, ja cię pocieszę.

Usłyszał wyzywający śmiech Hortensji, zobaczył, jak się tuli do Quety, i pomyślał: zawsze to samo. Te dwie śmiały się, figlowały, nie pamiętając o niczym prócz zabawy, obejmowały się rozwalone na kanapie, której nie było widać spod ich ciał, a on patrzył, jak muskają się wargami, jak ich usta z chichotem łączą się i rozłączają, patrzył na ich splecione nogi. Obserwował je stojąc na ostatnim stopniu schodów, z papierosem w ustach, z życzliwym półuśmiechem, a w jego oczach pojawiło się niespodziewane wahanie, w piersi kiełkował gniew. Nagle, z miną pokonanego, opadł na fotel i rzucił teczkę na podłogę.

1 ... 81 82 83 84 85 86 87 88 89 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)