Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 81 82 83 84 85 86 87 88 89 ... 173
Перейти на страницу:

– I jest też dru­ga część tego po­wie­dze­nia – Da­ghe­na prze­rwa­ła jej w pół sło­wa. – Strza­ła wy­pusz­czo­na na wiatr czę­sto nie wra­ca do koł­cza­nu. Kha-dar mówi, że mamy uwa­żać. Że to bar­dzo nie­bez­piecz­ne za­da­nie. Jak­by­śmy same nie wie­dzia­ły. Je­steś go­to­wa, Ka­ile­an?

– Oczy­wi­ście. Ale na­zwij mnie choć raz swo­ją dro­gą Inrą, a cię za­tłu­kę. Zro­zu­mia­łaś, wa­sza wy­so­kość?

– Oczy­wi­ście, moja dro­ga, oczy­wi­ście.

– Za kil­ka dni wy­ru­sza­cie. Ge­ne­rał da wam eskor­tę, na­leż­ną wy­so­ko uro­dzo­nym, a ja przez ten czas na­uczę was kil­ku rze­czy. I ni­ko­mu ani sło­wa. Zo­ba­czy­my się wie­czo­rem.

Od­wró­cił się i wy­szedł. Tak po pro­stu.

ZA­CHÓD

Szty­let i mo­rze

Świa­tło na klin­dze mie­cza

Ten dzień za­po­wia­dał się wy­jąt­ko­wo par­szy­wie. Słoń­ce wscho­dzi­ło po­wo­li, ozła­ca­jąc ko­lej­ne dziel­ni­ce mia­sta, prze­pę­dza­jąc cie­nie i szczu­ry do ka­na­łów oraz z wy­jąt­ko­wą zło­śli­wo­ścią na­da­jąc wszyst­kie­mu szlif no­wo­ści i pięk­na. Po bla­do­błę­kit­nym nie­bie ła­god­ny wie­trzyk pę­dził kil­ka ró­żo­wych ob­łocz­ków, przy­po­mi­na­ją­cych prze­ro­śnię­te bezy. Mo­rze marsz­czy­ło się drob­ny­mi fal­ka­mi, a wie­ją­ca od nie­go bry­za była chłod­na i orzeź­wia­ją­ca.

Kosz­mar.

Alt­sin le­żał na de­skach drew­nia­ne­go molo i ga­pił się w dół. Woda była zdu­mie­wa­ją­co czy­sta, mógł więc się­gnąć wzro­kiem kil­ka stóp w głąb. Bar­dzo sta­rał się skon­cen­tro­wać na tym, co wi­dzi. Każ­dy spo­sób był do­bry, by od­wró­cić uwa­gę od tego, co dzia­ło się z jego żo­łąd­kiem, któ­ry co praw­da zre­zy­gno­wał już chy­ba z prób bun­tu, lecz wszyst­kie zna­ki na nie­bie i zie­mi mó­wi­ły, że to tyl­ko krót­ko­trwa­ły ro­zejm, a nie ka­pi­tu­la­cja. W chwi­li, gdy to po­my­ślał, ko­lej­ny skurcz tar­gnął jego prze­po­ną i woda za­bar­wi­ła się na zie­lo­no. Sta­do ry­bek, od dłuż­sze­go cza­su ko­rzy­sta­ją­cych z dar­mo­wej prze­ką­ski, roz­pry­sło się w pa­ni­ce na wszyst­kie stro­ny. Go­tów był przy­siąc, że te, któ­re nie zdą­ży­ły, za­trze­po­ta­ły roz­pacz­li­wie i w drgaw­kach wy­pły­nę­ły na po­wierzch­nię.

Za­mknął oczy. Mię­dzy usza­mi prze­ta­czał mu się ba­last śred­niej wiel­ko­ści ga­le­onu, a na do­da­tek mewy po­sta­no­wi­ły wła­śnie, że to naj­lep­sza chwi­la, by ob­wie­ścić świa­tu swo­je pta­sie ist­nie­nie. I chy­ba wszyst­kie dar­ły się nad jego gło­wą.

Spoj­rzał z nie­na­wi­ścią w stro­nę mia­sta, gdzie nad da­cha­mi jed­nej z dziel­nic bo­ga­czy, Po­fe­eru, po­ja­wił się wła­śnie zło­ci­sty dysk.

Niech cię szlag, po­my­ślał, mo­gło­by przy­naj­mniej pa­dać.

Szarp­nę­ło nim raz jesz­cze. Le­żał przez chwi­lę nie­ru­cho­mo, ma­jąc na­dzie­ję, że może za­raz stra­ci przy­tom­ność albo cho­ciaż umrze. Nie­ste­ty, Eyf­fra – Prząd­ka Losu, mia­ła wo­bec jego oso­by inne pla­ny i po ko­lej­nym ata­ku tor­sji do­szedł do wnio­sku, że tak ła­two się nie wy­mi­ga. Po­wo­li, bar­dzo po­wo­li spró­bo­wał wstać, słup, któ­re­go uży­wał jako pod­po­ry, mimo iż wbi­ty dwa­dzie­ścia stóp w dno, ko­ły­sał się te­raz po­dej­rza­nie na wszyst­kie stro­ny. Po­dob­nie jak cała resz­ta świa­ta. Zgiął się wpół i ude­ko­ro­wał de­ski zie­lo­no­żół­tym „czymś”. Wy­da­wa­ło się, że drew­no za­sy­cza­ło.

Pa­ra­dok­sal­nie, po tym ostat­nim wy­czy­nie po­czuł się le­piej, molo prze­sta­ło się chwiać, mewy trosz­kę przy­ci­chły, a słoń­ce jak­by przy­ga­sło. Sta­nął pew­niej na no­gach i po­świę­cił chwi­lę na spraw­dze­nie sta­nu swo­jej odzie­ży. Ko­lej­na miła nie­spo­dzian­ka. Co praw­da ubra­nie było prze­po­co­ne i cuch­nę­ło nie­przy­jem­nie, ale ani na czar­nych spodniach, ani na nie­bie­skiej ko­szu­li z bar­dzo dro­gie­go, her­tydz­kie­go płót­na, ani też, za co za­raz za­czął dzię­ko­wać bo­gom, na no­wiut­kiej, skó­rza­nej ka­mi­zel­ce, wy­tła­cza­nej w po­krę­co­ne we­thyj­skie wzo­ry, nie było śla­du wczo­raj­szej za­ba­wy. Tyl­ko czu­bek le­we­go buta był ozdo­bio­ny czymś ko­lo­ro­wym, lep­kim i pa­skud­nym. Żad­na stra­ta.

Na do­da­tek miał też oba szty­le­ty, pas, sa­kiew­kę, srebr­ny łań­cu­szek i sta­lo­wą bran­so­le­tę wy­sa­dza­ną opa­la­mi. A to już za­kra­wa­ło na cud.

Spoj­rzał w miej­sce, gdzie wczo­raj cu­mo­wa­ły „Da­wer” i „Yona­de­ruk”. Oba nes­bordz­kie lang­ski­py zni­kły, za­pew­ne Hor­gers wy­szedł w mo­rze przed świ­tem, ko­rzy­sta­jąc z do­brej po­go­dy i od­pły­wu.

Alt­sin się­gnął za pas, mapy nie było, co praw­da pa­mię­tał, jak wczo­raj wrę­czał ją żół­to­bro­de­mu pi­ra­to­wi, do­brze jed­nak było się upew­nić. Za dwa-trzy dni pew­na mit­tar­ska ga­le­ra znaj­dzie się w po­waż­nych ta­ra­pa­tach.

Otwo­rzył sa­kiew­kę i prze­li­czył mo­ne­ty – nie bra­ko­wa­ło ani mie­dzia­ka. Sam był zło­dzie­jem i ro­zu­miał pew­ne za­sa­dy, ale ci Nes­bord­czy­cy mie­li na­praw­dę dziw­ne po­czu­cie ho­no­ru. Do­brze cho­ciaż, że wy­sa­dzi­li go ze stat­ku przed wyj­ściem w mo­rze.

I przy­wią­za­li do pala, skon­sta­to­wał ze zdu­mie­niem, gdy pró­bo­wał ru­szyć w stro­nę por­tu. Cien­ki, moc­ny sznu­rek, za­dzierz­gnię­ty za pas i przy­wią­za­ny do słu­pa, miał za­pew­ne uchro­nić go przed sto­cze­niem się do wody i uto­nię­ciem. Jed­nak ten Hor­gers to po­rząd­ny ban­dy­ta, po­my­ślał, prze­ci­na­jąc za­bez­pie­cze­nie.

Molo na­dal ko­ły­sa­ło się po­dej­rza­nie, a świe­cą­ce pro­sto w twarz słoń­ce draż­ni­ło oczy. Poza tym wszyst­ko było w po­rząd­ku.

Tę część por­tu, a w szcze­gól­no­ści molo, od­da­no do użyt­ku przed nie­speł­na dwo­ma mie­sią­ca­mi. Na­zwa­no je gór­no­lot­nie i zde­cy­do­wa­nie na wy­rost „mo­lem skó­rza­nym”, a mia­ło słu­żyć jako miej­sce cu­mo­wa­nia okrę­tów lu­dów pół­noc­nych wysp. Nes­bord­czy­cy, Fer­len­go­wie, Sek­ki, Fa­osi i inne na­cje, pły­wa­ją­ce prze­waż­nie od­kry­ty­mi, wie­lo­wio­sło­wy­mi lang­ski­pa­mi, do­sta­ły wresz­cie wy­dzie­lo­ny dla sie­bie ka­wa­łek por­tu.

Zgod­nie z za­my­słem Rady Miej­skiej po­wi­nien to być spo­sób na od­dzie­le­nie tych bar­ba­rzyń­ców od bar­dziej cy­wi­li­zo­wa­nych ar­ma­to­rów i za­pew­nie­nie więk­sze­go spo­ko­ju w por­cie. Wie­le ta­wern ucier­pia­ło z po­wo­du zbyt go­rą­cej krwi przy­by­szów z pół­no­cy, na do­da­tek ża­den ka­pi­tan nie lubi, gdy bur­ta w bur­tę cu­mu­je z nim pi­rac­ki okręt pe­łen uzbro­jo­nych po zęby sza­leń­ców, ma­ją­cych naj­wy­raź­niej ocho­tę to­wa­rzy­szyć mu w na­stęp­nym rej­sie. A pra­wo mor­skie mó­wi­ło, że tyl­ko pi­rat zła­pa­ny na go­rą­cym uczyn­ku może zo­stać uka­ra­ny, więc pro­ce­der miał się cał­kiem nie­źle. Szcze­gól­nie że ra­bu­sie wy­bie­ra­li swo­je ofia­ry w taki spo­sób, by nie na­ra­zić się zbyt­nio mia­stu, dla któ­re­go han­del mor­ski był ni­czym krew w ży­łach. Pon­kee-Laa było naj­więk­szym mia­stem na za­chod­nim wy­brze­żu kon­ty­nen­tu, a tu­tej­szy port, wy­bu­do­wa­ny za cza­sów świet­no­ści Im­pe­rium Me­ekhań­skie­go, był naj­więk­szym por­tem ca­łe­go cy­wi­li­zo­wa­ne­go świa­ta. Je­śli chcia­ło prze­trwać, nie mo­gło so­bie po­zwo­lić na to­le­ro­wa­nie pi­rac­twa. Nie mo­gło jed­nak rów­nież za­mknąć por­tu dla dłu­gich ło­dzi lu­dów pół­no­cy, zwłasz­cza kie­dy przy­wo­zi­ły na swych po­kła­dach fu­tra, fisz­bin, am­brę, zło­ty bursz­tyn i inne cen­ne to­wa­ry.

1 ... 81 82 83 84 85 86 87 88 89 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)