Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
– I jest też druga część tego powiedzenia – Daghena przerwała jej w pół słowa. – Strzała wypuszczona na wiatr często nie wraca do kołczanu. Kha-dar mówi, że mamy uważać. Że to bardzo niebezpieczne zadanie. Jakbyśmy same nie wiedziały. Jesteś gotowa, Kailean?
– Oczywiście. Ale nazwij mnie choć raz swoją drogą Inrą, a cię zatłukę. Zrozumiałaś, wasza wysokość?
– Oczywiście, moja droga, oczywiście.
– Za kilka dni wyruszacie. Generał da wam eskortę, należną wysoko urodzonym, a ja przez ten czas nauczę was kilku rzeczy. I nikomu ani słowa. Zobaczymy się wieczorem.
Odwrócił się i wyszedł. Tak po prostu.
ZACHÓD
Sztylet i morze
Światło na klindze miecza
Ten dzień zapowiadał się wyjątkowo parszywie. Słońce wschodziło powoli, ozłacając kolejne dzielnice miasta, przepędzając cienie i szczury do kanałów oraz z wyjątkową złośliwością nadając wszystkiemu szlif nowości i piękna. Po bladobłękitnym niebie łagodny wietrzyk pędził kilka różowych obłoczków, przypominających przerośnięte bezy. Morze marszczyło się drobnymi falkami, a wiejąca od niego bryza była chłodna i orzeźwiająca.
Koszmar.
Altsin leżał na deskach drewnianego molo i gapił się w dół. Woda była zdumiewająco czysta, mógł więc sięgnąć wzrokiem kilka stóp w głąb. Bardzo starał się skoncentrować na tym, co widzi. Każdy sposób był dobry, by odwrócić uwagę od tego, co działo się z jego żołądkiem, który co prawda zrezygnował już chyba z prób buntu, lecz wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że to tylko krótkotrwały rozejm, a nie kapitulacja. W chwili, gdy to pomyślał, kolejny skurcz targnął jego przeponą i woda zabarwiła się na zielono. Stado rybek, od dłuższego czasu korzystających z darmowej przekąski, rozprysło się w panice na wszystkie strony. Gotów był przysiąc, że te, które nie zdążyły, zatrzepotały rozpaczliwie i w drgawkach wypłynęły na powierzchnię.
Zamknął oczy. Między uszami przetaczał mu się balast średniej wielkości galeonu, a na dodatek mewy postanowiły właśnie, że to najlepsza chwila, by obwieścić światu swoje ptasie istnienie. I chyba wszystkie darły się nad jego głową.
Spojrzał z nienawiścią w stronę miasta, gdzie nad dachami jednej z dzielnic bogaczy, Pofeeru, pojawił się właśnie złocisty dysk.
Niech cię szlag, pomyślał, mogłoby przynajmniej padać.
Szarpnęło nim raz jeszcze. Leżał przez chwilę nieruchomo, mając nadzieję, że może zaraz straci przytomność albo chociaż umrze. Niestety, Eyffra – Prządka Losu, miała wobec jego osoby inne plany i po kolejnym ataku torsji doszedł do wniosku, że tak łatwo się nie wymiga. Powoli, bardzo powoli spróbował wstać, słup, którego używał jako podpory, mimo iż wbity dwadzieścia stóp w dno, kołysał się teraz podejrzanie na wszystkie strony. Podobnie jak cała reszta świata. Zgiął się wpół i udekorował deski zielonożółtym „czymś”. Wydawało się, że drewno zasyczało.
Paradoksalnie, po tym ostatnim wyczynie poczuł się lepiej, molo przestało się chwiać, mewy troszkę przycichły, a słońce jakby przygasło. Stanął pewniej na nogach i poświęcił chwilę na sprawdzenie stanu swojej odzieży. Kolejna miła niespodzianka. Co prawda ubranie było przepocone i cuchnęło nieprzyjemnie, ale ani na czarnych spodniach, ani na niebieskiej koszuli z bardzo drogiego, hertydzkiego płótna, ani też, za co zaraz zaczął dziękować bogom, na nowiutkiej, skórzanej kamizelce, wytłaczanej w pokręcone wethyjskie wzory, nie było śladu wczorajszej zabawy. Tylko czubek lewego buta był ozdobiony czymś kolorowym, lepkim i paskudnym. Żadna strata.
Na dodatek miał też oba sztylety, pas, sakiewkę, srebrny łańcuszek i stalową bransoletę wysadzaną opalami. A to już zakrawało na cud.
Spojrzał w miejsce, gdzie wczoraj cumowały „Dawer” i „Yonaderuk”. Oba nesbordzkie langskipy znikły, zapewne Horgers wyszedł w morze przed świtem, korzystając z dobrej pogody i odpływu.
Altsin sięgnął za pas, mapy nie było, co prawda pamiętał, jak wczoraj wręczał ją żółtobrodemu piratowi, dobrze jednak było się upewnić. Za dwa-trzy dni pewna mittarska galera znajdzie się w poważnych tarapatach.
Otworzył sakiewkę i przeliczył monety – nie brakowało ani miedziaka. Sam był złodziejem i rozumiał pewne zasady, ale ci Nesbordczycy mieli naprawdę dziwne poczucie honoru. Dobrze chociaż, że wysadzili go ze statku przed wyjściem w morze.
I przywiązali do pala, skonstatował ze zdumieniem, gdy próbował ruszyć w stronę portu. Cienki, mocny sznurek, zadzierzgnięty za pas i przywiązany do słupa, miał zapewne uchronić go przed stoczeniem się do wody i utonięciem. Jednak ten Horgers to porządny bandyta, pomyślał, przecinając zabezpieczenie.
Molo nadal kołysało się podejrzanie, a świecące prosto w twarz słońce drażniło oczy. Poza tym wszystko było w porządku.
Tę część portu, a w szczególności molo, oddano do użytku przed niespełna dwoma miesiącami. Nazwano je górnolotnie i zdecydowanie na wyrost „molem skórzanym”, a miało służyć jako miejsce cumowania okrętów ludów północnych wysp. Nesbordczycy, Ferlengowie, Sekki, Faosi i inne nacje, pływające przeważnie odkrytymi, wielowiosłowymi langskipami, dostały wreszcie wydzielony dla siebie kawałek portu.
Zgodnie z zamysłem Rady Miejskiej powinien to być sposób na oddzielenie tych barbarzyńców od bardziej cywilizowanych armatorów i zapewnienie większego spokoju w porcie. Wiele tawern ucierpiało z powodu zbyt gorącej krwi przybyszów z północy, na dodatek żaden kapitan nie lubi, gdy burta w burtę cumuje z nim piracki okręt pełen uzbrojonych po zęby szaleńców, mających najwyraźniej ochotę towarzyszyć mu w następnym rejsie. A prawo morskie mówiło, że tylko pirat złapany na gorącym uczynku może zostać ukarany, więc proceder miał się całkiem nieźle. Szczególnie że rabusie wybierali swoje ofiary w taki sposób, by nie narazić się zbytnio miastu, dla którego handel morski był niczym krew w żyłach. Ponkee-Laa było największym miastem na zachodnim wybrzeżu kontynentu, a tutejszy port, wybudowany za czasów świetności Imperium Meekhańskiego, był największym portem całego cywilizowanego świata. Jeśli chciało przetrwać, nie mogło sobie pozwolić na tolerowanie piractwa. Nie mogło jednak również zamknąć portu dla długich łodzi ludów północy, zwłaszcza kiedy przywoziły na swych pokładach futra, fiszbin, ambrę, złoty bursztyn i inne cenne towary.