Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Oto nasza zasługa.
Kolejne światełka gasły w stajni, a gdy nadeszła jej kolej, wyszczerzyła się do kha-dara i wystąpiła na środek.
* * *
– Generał Laskolnyk chce dać koczownikom zajęcie, tak, żeby nie mogli nawet pomyśleć o ataku na Imperium. A Verdanno dadzą im wystarczająco dużo powodów do zmartwień. – Szczur mówił to gładkim, pełnym szczerości tonem, którym ludzie zawsze okłamują innych. – Ale zanim dojdzie do tego... hm, buntu, mamy inny kłopot. Te zabójstwa mogą podburzyć miejscową szlachtę przeciw nam. Przeciw decyzji cesarza, mówiąc ściśle. Już niektórzy powarkują, że zamiast ścigać sprawców, przysyła się do prowincji bandę dzikusów, co to nawet własnych domów nie potrafią budować. Jeszcze kilku najemników utopionych w beczkach, a będziemy mieli otwarty i prawdziwy bunt.
Załogę wieży, z wyjątkiem okaleczonego nieszczęśnika, znaleziono w beczkach na wodę na dole budynku. Ktoś ich potopił jak kocięta. Pięciu dorosłych, silnych mężczyzn.
– Szczury są po to, żeby zapobiegać takim problemom. – Czarny Kapitan wlepił wzrok w twarz Ekkenharda.
– Mamy za mało ludzi, generale. Nigdy nie potrzebowaliśmy ich tu zbyt wielu. Law-Onee słynęło z bezwzględnej lojalności miejscowej szlachty. Teraz nagle wszędzie podnoszą się głosy przeciw tronowi. To nie przypadek. Na dodatek Ogary poszarpały naszą siatkę dość mocno. To, co się dzieje – wzruszył ramionami – nie ma żadnego sensu, żadnego wytłumaczenia. Te mordy, te plotki, jakoby Wozacy mieli dostawać za darmo ziemię, z której wywłaszczona zostanie część osadników, te opowieści o meekhańskich dzieciach, które Verdanno składają w ofierze Laal. To nie Stepy, Szarowłosa nie jest tu mile widzianą boginią. Potrzebujemy informacji.
– I co ja mam z tym zrobić? Wymyślić ci coś?
– Nie. Pan, generale, nie może nic zrobić, moi agenci, ci, którzy pozostali przy życiu, też nie. Ale one mogą.
One? Jakie one? Kailean mimowolnie rozejrzała się po komnacie, spodziewając się, że zaraz otworzą się drzwi i wejdzie tu ktoś jeszcze. Po chwili zrozumiała, że obaj patrzą na nią i Daghenę.
– My?
– Tak. Wy. Nikt was tu nie zna. Ani moje Szczury, ani agenci Ogarów. Możecie wjechać do zamku Cywrasa-der-Malega, najpotężniejszego z miejscowych hrabiów, i powęszyć.
Wymieniły z Dag spojrzenia. Ten Szczur wyglądał nawet sympatycznie, a tu proszę, jednak szalony.
– Niby jak? – Kailean starała się mówić powoli. – Jak, na litość Pani, mamy wjechać do tego zamku? Jako kto? Służba? Kuchenne? A może mam udawać szlachciankę, a ona moją pokojówkę? A hrabia przyjmie nas jak zaginione córki?
Ekkenhard uśmiechnął się radośnie i nagle dotarło do niej, że ani nie żartował, ani nie jest szalony.
– Trafiłaś prawie w środek tarczy, moja droga. Z tym, że to ona będzie księżniczką, a ty jej służącą, a raczej damą do towarzystwa i nauczycielką języka. Tutejsza szlachta zna koligacje wszystkich meekhańskich rodów do trzystu lat wstecz, więc nie uda się zamienić cię w jakąś baronównę czy hrabiankę. Poza tym, z całym szacunkiem, nie wyglądasz. Ale ona, twoja towarzyszka, wygląda jak urodzona na wozie, ciemna karnacja, wystające kości policzkowe, migdałowe oczy. Może udawać, przyjąć rolę verdańskiej księżniczki, z bocznej gałęzi królewskiego rodu, ale jednak książęcej krwi. Rozmawiałem z radą obozu i są gotowi potwierdzić tę historię. Księżniczka Gee’nera z rodu Frenwelsów i jej towarzyszka i nauczycielka języka, Inra-lon-Weris. Nazwisko tak popularne na Wschodzie, że gdziekolwiek rzucić kamieniem, tam się trafi w jakąś lon-Weris. Księżniczka miała kaprys odwiedzić miejscowego magnata, bo, wyobraźcie sobie, nudzi się w podróży. A hrabia z pewnością nie odmówi, bo nawet barbarzyńska księżniczka to jednak zaszczyt. A gdy już będziecie w jego zamku, sprawdzicie, czemu większości zabójstw dokonano nie dalej niż trzydzieści mil od niego.
Popatrzyły na siebie i obie zaśmiały się głośno. Daghena wykonała jakiś swój plemienny gest.
– Ty, Szczurze, musiałeś upaść na głowę. Ja wozacką księżniczką? Na nic lepszego cię nie stać?
Spoważniał w jednej chwili i Kailean wiedziała, że głupi czy nie, będzie realizował swój plan.
– Widziałem tych ludzi, których utopiono w beczkach. Oni sami do nich weszli. Dobrowolnie. Ten nieszczęśnik, którego spotkaliście pod wieżą, sam wyłupił sobie oczy i sam odgryzł język. I cały czas próbuje się zabić. Nie dziwię mu się, ale jest w jego determinacji coś więcej niż tylko szaleństwo okaleczonego człowieka. A ja jestem w tej chwili najwyższym rangą Szczurem w prowincji i nie mam nikogo, kogo mógłbym posłać do hrabiego, a dałbym sobie łeb obciąć, że to ma coś z nim wspólnego. Więc poślę was, w nadziei, że nie pozwolicie się zdemaskować i zabić, choć wiem, że to łowienie potwora na przynętę z dzieci. A wy zrobicie, o co proszę.
– Bo?
– Bo Laskolnyk zaaprobował mój plan, a wy złożyłyście mu przysięgę. Nie Imperium, tylko jemu. I wolę nie wiedzieć, co jest w tym człowieku takiego, że wszyscy mu ufają i są gotowi dla niego walczyć i ginąć, ale skoro tak, wykorzystam to. Zrozumiałyście? Powiedział, że będziecie jego strzałą na wietrze, cokolwiek miałoby to znaczyć.
Powoli skinęły głowami. Jeśli Laskolnyk wiedział, sprawy wyglądały inaczej. Kailean uśmiechnęła się do Dagheny.
– Pamiętasz tę zabawę? Jeden na jednego w wysokiej trawie?
– Pewnie. Raz czy dwa w to grałam. Mała przyjemność.
Szpieg wodził między nimi wzrokiem.
– O czym mówicie?
– O stepowych podchodach. – Kailean uśmiechnęła się lekko. – Dwóch ludzi poluje na siebie, kryjąc się w wysokich trawach. Żaden z nich nie wie, gdzie jest wróg. Wreszcie jeden napina łuk i wypuszcza strzałę w niebo. Jest szansa, że przeciwnik spłoszy się, drgnie, uniesie nagle głowę, by śledzić lot pocisku, i tym samym zdradzi pozycję. Desperackie posunięcie, ale czasem skuteczne i...