Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 80 81 82 83 84 85 86 87 88 ... 210
Перейти на страницу:

— Wy­star­czy. — Ce­sarz mach­nął ręką. — Nie ob­cho­dzą mnie fa­na­be­rie ka­pła­nów. Ja­kie jest ry­zy­ko kon­flik­tu mię­dzy Ver­dan­no a Sah­ren­dey na dziś?

— Żad­ne, Wa­sza Wy­so­kość. To ra­czej opór… tra­dy­cji. Ale wśród Ver­dan­no wie­lu do­wód­ców do­strze­ga ko­niecz­ność po­sia­da­nia wła­snej jaz­dy. Wid­mo­we Wil­ki mogą być rdze­niem, za­cząt­kiem wo­zac­kiej ka­wa­le­rii, a prze­cież nie ude­rzą one na swo­ich przy­bra­nych ro­dzi­ców. Zresz­tą, więk­szość z nich uwa­ża się wła­śnie za Sah­ren­dey i wal­czy na ich po­łu­dnio­wej gra­ni­cy, wspie­ra­na przez ta­bo­ry i ry­dwa­ny Wo­za­ków. Nie. Nie bę­dzie żad­ne­go kon­flik­tu. A i sam Ama­ne­we Czer­wo­ny ma pro­blem, bo na jego zie­mie co­raz bar­dziej na­ci­ska­ją ple­mio­na wier­ne Yawe­ny­ro­wi. Jak mó­wi­łem, tam­tej­sze gra­ni­ce są płyn­ne i cza­sem wy­star­czy kil­ka dni, by prze­su­nę­ły się o wie­le mil. Poza tym, choć ta wia­do­mość nie jest wca­le pew­na, po­dob­no Sah­ren­dey stra­ci­li po bi­twie u bro­du Las­sy spo­rą część swo­ich ple­mien­nych du­chów. Nie po­wró­ci­ły do rzeź­bio­nych słu­pów, a ich obec­ność za­wsze była czę­ścią siły tam­tej­szych ple­mion. Tyle wie­my z ra­por­tów na­szych lu­dzi, Wa­sza Wy­so­kość.

— To by mnie aku­rat nie zmar­twi­ło. Im mniej wa­łę­sa­ją­cych się po świe­cie du­chów, tym le­piej. Ale osła­bie­nie Sah­ren­dey nie jest nam w tej chwi­li na rękę.

Przez chwi­lę ce­sarz w za­my­śle­niu bęb­nił pal­ca­mi po ba­lu­stra­dzie ota­cza­ją­cej po­dest, a jego wzrok błą­dził po wschod­niej czę­ści mapy.

— Daj­cie czte­ry, nie, pięć czer­wo­nych przy gra­ni­cy Sah­ren­dey z Se-koh­land­czy­ka­mi.

Kil­ka po­ma­lo­wa­nych na czer­wo­no ko­ni­ków ru­szy­ło do ata­ku na rząd oło­wia­nych bra­ci.

— Luwo.

— Tak, pa­nie.

— Mamy ja­kieś cza­ar­da­ny u So­wy­nen­na Dyr­ni­ha?

— Szy­ku­ją się do prze­pro­wa­dze­nia wo­zac­kie­go by­dła przez jego zie­mie. W tej chwi­li jest ich tam mniej wię­cej ty­siąc koni.

Gra­ni­ce ziem zbun­to­wa­ne­go Syna Woj­ny, ja­kąś czwar­tą część Ste­pów wi­docz­nych na ma­pie, ozna­czał rząd ko­ni­ków tyl­ko maź­nię­tych na grzbie­tach czer­wo­ną far­bą. Gen­trell za­czy­nał wy­ła­py­wać kod. Dyr­ni­ha nie uwa­ża­no za so­jusz­ni­ka rów­nie pew­ne­go, co Wo­za­cy. Dla­te­go głów­nej gra­ni­cy Me­ekha­nu, Amer­thy, wciąż strze­gły kar­ne sze­re­gi oło­wia­nej kon­ni­cy.

— Po­ślij­cie jesz­cze z ty­siąc. Z su­ge­stią dla na­sze­go dro­gie­go So­wy­nen­na, że do­brze by było wy­wrzeć pe­wien na­cisk na wschod­nie ple­mio­na Yawe­ny­ra. To po­win­no od­cią­żyć Sah­ren­dey.

Pierw­szy Szczur ski­nął gło­wą. Jak tyl­ko na­ra­da się skoń­czy, zo­sta­ną wy­da­ne roz­ka­zy. I ru­szą, ścież­ka­mi ma­gicz­nej łącz­no­ści, by w kil­ka go­dzin prze­być set­ki mil i roz­po­cząć małą wo­jen­kę. Nie, nie wo­jen­kę. W ję­zy­ku dy­plo­ma­cji na­zy­wa­ło­by się to ra­czej „wła­ści­wym za­ak­cen­to­wa­niem na­szych ocze­ki­wań”.

Im­pe­rial­na ka­wa­le­ria roz­lo­ko­wa­na na Wscho­dzie była po­dzie­lo­na na oło­wia­ne puł­ki po czte­ry ko­nie, każ­dy ozna­czo­ny wła­snym nu­me­rem. Dzie­sięć puł­ków przy sa­mej gra­nicz­nej rze­ce, wzmoc­nio­nych sza­ry­mi ko­ni­ka­mi bez nu­me­rów, za­pew­ne miej­sca­mi kon­cen­tra­cji wol­nych cza­ar­da­nów i sił so­jusz­ni­czych ple­mion, i dwa­dzie­ścia – po­li­czył szyb­ko – dwa­dzie­ścia trzy puł­ki ja­kieś sto mil za nią, zgru­po­wa­ne w dwie nie­du­że kon­ne ar­mie. I masa pie­szych re­gi­men­tów sto­ją­cych w dru­giej li­nii za jaz­dą. Kre­gan-ber-Ar­lens mó­wił praw­dę, gdy wspo­mi­nał, że jest go­to­wy na ko­lej­ną woj­nę z ko­czow­ni­ka­mi. Na oko po­ło­wa ar­mii sta­ła na me­ekhań­skim brze­gu Amer­thy.

Każ­dy szpieg wro­gi Im­pe­rium od­dał­by obie nogi, żeby rzu­cić okiem na tę mapę.

To tłu­ma­czy­ło środ­ki bez­pie­czeń­stwa roz­cią­gnię­te wo­kół pa­ła­cu.

Na oczach Szczu­ra je­den ze sług za po­mo­cą dłu­gie­go kij­ka od­wró­cił kil­ka koni sto­ją­cych na gra­ni­cy księ­stew­ka So­wy­nen­na Dyr­ni­ha łba­mi na wschód. Do­ło­żo­no też do nich jed­ne­go zwy­kłe­go ko­ni­ka, re­pre­zen­tu­ją­ce­go wol­ne cza­ar­da­ny.

— Do­brze. — Ce­sarz ski­nął gło­wą i uśmiech­nął się, ale tak, że Gen­trel­lo­wi na­gle zro­bi­ło się bar­dzo, ale to bar­dzo zim­no. — A te­raz, jak już wspo­mi­na­li­śmy wcze­śniej, omów­my wy­da­rze­nia na Pół­no­cy. Ka­za­łem za­cze­kać z tym na Trze­cie­go, że­by­śmy nie mu­sie­li po­wta­rzać wszyst­kie­go po dwa razy. Luwo?

Pierw­szy sku­lił się, zma­lał. Gen­trell do­pie­ro te­raz za­uwa­żył, że za­miast zwy­kłej czer­ni asw-No­da­res za­ło­żył spodnie i ko­szu­lę w ciem­nym gra­na­cie, wło­sy też miał w nie­ła­dzie, jak­by za­po­mniał ich wy­po­ma­do­wać. Mina, któ­rą kan-Owar wi­dział wcze­śniej, może i była miną kota, któ­ry opił się śmie­ta­ny, ale za to te­raz kot wie­dział już, że ta śmie­ta­na nie była dla nie­go.

Pół­noc?

Gen­trell przy­po­mniał so­bie. Kom­pa­nia Gór­skiej Stra­ży, do któ­rej wy­sła­no dru­ży­nę Szczu­rów i dziew­czy­nę po­cho­dzą­cą zza Mro­ku. Mie­li ra­zem po­wę­dro­wać z po­wro­tem w Mrok, szu­ka­jąc Key’li Ka­le­venh. Tej sa­mej, któ­ra po­noć pra­wie zo­sta­ła zro­dzo­nym na polu bi­twy ana’bo­giem i któ­ra wy­ra­sta­ła te­raz na obiekt kul­tu u Wo­za­ków.

Cho­le­ra.

Je­śli świat był jed­nym wiel­kim go­be­li­nem, to cza­sem dało się do­strzec, jak łą­czą się w nim nici.

Na pół­no­cy pła­sko­rzeź­by, mniej wię­cej w jed­nej trze­ciej od jej za­chod­niej kra­wę­dzi, Szczur do­strzegł pla­mę czer­ni. Tuż za Wiel­kim Grzbie­tem. Wcze­śniej wziął ją za zwy­kły brud, ale te­raz…

Ce­sarz po­kle­pał go po ra­mie­niu. Niby przy­jaź­nie, ale Trze­ci nie dał się na­brać. Im­pe­ra­tor był wście­kły. Tak wście­kły, że chy­ba tyl­ko obec­ność sług nie po­zwa­la­ła mu rzy­gnąć ste­kiem wy­zwisk. W koń­cu re­gu­ły za­cho­wa­nia wpa­ja­ne od dzie­ciń­stwa me­ekhań­skiej ary­sto­kra­cji mó­wi­ły, że jed­ną z naj­gor­szych rze­czy jest stra­cić twarz przed służ­bą.

Było aż tak źle?

— Pa­trzysz we wła­ści­we miej­sce, Trze­ci. Mniej wię­cej tam znaj­du­je się prze­łęcz, zwa­na przez we­ssyr­skich gó­ra­li Świ­staw­ką Dress. Nie­zła na­zwa, choć roz­wa­żam zmie­nie­nie jej na Głu­po­ta asw-No­da­re­sa. Albo na Ostat­ni Błąd Szczu­ra. Co ty na to?

Pani! Wiel­ka i Ła­ska­wa Mat­ko. Przez gło­wę Gen­trel­lo­wi prze­mknę­ły usły­sza­ne kil­ka dni temu sło­wa – oso­bi­sta od­po­wie­dzial­ność.

— Ta prze­łęcz to je­dy­na dro­ga pro­wa­dzą­ca przez ma­syw Wiel­kie­go Grzbie­tu na da­le­ką pół­noc, na zie­mie aher­skich ple­mion miesz­ka­ją­cych w kró­le­stwie Pani Lodu. I tam wła­śnie do­wódz­two Gór­skiej Stra­ży wy­sła­ło Szó­stą Kom­pa­nię. I tam wy­sła­li­ście, Nora wy­sła­ła, dru­ży­nę Szczu­rów, żeby ich zgar­nę­ła i po­pro­wa­dzi­ła sie­cią ma­gicz­nych te­le­por­tów z po­wro­tem w Ole­ka­dy. Ha, i po­my­śleć, że ja tu mar­twię się o spro­wa­dze­nie do Me­ekha­nu La­skol­ny­ka, hę? A mój Wy­wiad We­wnętrz­ny prze­rzu­ca ma­gią całe kom­pa­nie woj­ska z jed­nej stro­ny Im­pe­rium na dru­gą.

1 ... 80 81 82 83 84 85 86 87 88 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)