Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Mężczyźni nosili długie kamizelki równie jaskrawo barwione – zapewne po to, żeby ukryć plamy krwi od ran odnoszonych w walkach na noże. Nie warto wyrzucać dobrej kamizelki tylko dlatego, że poprzedni właściciel został zabity za to, iż zapytał, jaka jest pogoda. Chociaż kiedy Mat tak sobie szedł, jakoś nie widział wokół siebie nożowych pojedynków. Fakt, w tej części miasta nigdy nie zdarzały się równie często jak w Rahadzie, ale bywały dni, że dwóch kroków nie mógł zrobić, żeby nie natknąć się na parę mężczyzn z obnażonymi ostrzami. Tego dnia nie bił się nikt.
Widział natomiast Eboudarianki – łatwo było je rozpoznać po oliwkowej cerze – paradujące w seanchańskich sukniach. Wszyscy byli bardzo grzeczni. Równie grzeczni co sześciolatek, który usłyszał, że w kredensie jest jabłecznik.
Miasto było niby takie samo, ale jednak inne. Odrobinę inna panowała w nim atmosfera. I nie dlatego tylko, że w zatoce nie stały okręty Ludu Morza. Najwyraźniej chodziło o obecność Seanchan. Odkąd opuścił miasto, zapanowało w nim nowe prawo. Jakie?
Zaprowadził Oczko do stajni, która zdała mu się dostatecznie szacowna. Przekonał go o tym jeden rzut oka na stojące w środku zwierzęta: były zadbane, a wiele z nich znakomitego chowu. Lepiej zaufać stajni, która przyjmuje dobre zwierzęta, choć zazwyczaj właściciel nieco więcej sobie liczy.
Zostawił Oczko w środku, wziął swój tobołek, wciąż owiniętym płótnem ashandarei podparł się jak kosturem. Wybór odpowiedniej tawerny był równie trudny jak wybór odpowiedniego wina. Trzeba znaleźć przybytek stary, ale nienaruszony zębem czasu. Czysty, ale nie nazbyt czysty – lśniąca niczym złoto tawerna zdradzała braki klienteli. Mat nie znosił miejsc, gdzie ludzie siedzą w ciszy i piją herbatę, odwiedzając je głównie po to, żeby się pokazać.
Nie, dobra tawerna musi nosić ślady użycia niczym dobre buty. Musi też sprawiać solidne wrażenie – znowuż jak buty. Póki nie pachnie jak dobre buty… Najlepszym miejscem na zbieranie informacji był Rahad, jednak jego kaftan był zbyt dobry na wizytę w nim, a poza tym nie miał zamiaru przekonywać się na własnej skórze, co Seanchanie tam wyprawiali.
Wsunął głowę przez drzwi karczmy noszącej miano „Zimowego Kwiecia” i natychmiast zawrócił, odchodząc szybkim krokiem. Straż Skazańców w mundurach. Nie chciał podejmować nawet najmniejszego ryzyka, że natknie się na Furyka Karede. Następna karczma była zbyt rzęsiście oświetlona, kolejna zbyt ciemna. Po jakiejś godzinie poszukiwań – i wciąż w zasięgu wzroku ani jednego pojedynku – zaczął już tracić nadzieję. I wtedy usłyszał odgłos kości grzechoczących w kubku.
W pierwszej chwili aż podskoczył, sądząc, że to te przeklęte kości, które czasami toczyły się w jego głowie. Na szczęście chodziło o zwykłe kości do gry. Przeklęte, cudowne kości. Odgłos ścichł za moment, uniesiony wiatrem na zatłoczoną ludzką ciżbą ulicę. Ręką ściskając sakiewkę, z jukami przewieszonymi przez ramię, przepchnął się przez tłum, mamrocząc niewyraźne przeprosiny. W bocznej uliczce zobaczył godło wiszące nad drzwiami.
Podszedł bliżej, odczytał wybitą miedzianymi literami nad drzwiami nazwę karczmy: „Doroczna Burda”. Godło przedstawiało klaszczących ludzi, a grzechot kości mieszał się z woniami wina i ale. Mat wszedł do środka. Tuż za drzwiami natknął się na Seanchanina o okrągłej twarzy, który opierał się swobodnie o ścianę. Przy pasie miał miecz. Obrzucił Mata nieufnym spojrzeniem. Cóż, Mat nigdy nie spotkał silnorękiego, który nie patrzyłby identycznym spojrzeniem na każdego z wchodzących. Sięgnął do kapelusza, żeby pozdrowić tamtego, ale oczywiście kapelusza nie było na głowie. Czasami czuł się bez niego jak nagi.
– Jame! – zawołała stojąca za barem kobieta. – Nie patrzysz na klientów groźnym wzrokiem, co?
– Tylko na tych, którzy na to zasługują, Kathana – odkrzyknął tamten z silnym seanchańskim akcentem. – A pewien jestem, że to jest właśnie taki przypadek.
– Jestem tylko pokornym podróżnym – tłumaczył Mat – szukającym miejsca, gdzie można trochę pograć w kości i napić się wina. Nic więcej. Z pewnością zaś nie szukam kłopotów.
– I dlatego masz w ręku drzewce broni? – zapytał Jame. – Zamaskowane płótnem?
– Och, daj już spokój – powiedziała kobieta, Kathana. Przeszła przez wspólną salę i wzięła Mata za rękaw kaftana, ciągnąc w kierunku baru. Była drobna, ciemnowłosa i miała znakomitą cerę. Niewiele starsza od niego, niemniej rozsiewała wokół zdecydowanie macierzyńską atmosferę.
– Nie zwracaj na niego uwagi. Nie sprawiaj tylko kłopotów, a wtedy nie będzie miał powodów, żeby cię skaleczyć, zabić albo cokolwiek innego między tymi dwoma skrajnościami.
Usadziła Mata na stołku, a sama zaczęła krzątać się za barem. We wspólnej sali było ciemno, ale była to przytulna ciemność, przyjazna. Pod jedną ze ścian ludzie grali w kości, w dobrą grę. Dobra gra była wtedy, gdy śmiano się przy niej i w dobroduszny sposób klepano przegrywających przyjaciół po plecach. Żadnych nawiedzonych oczu ludzi przegrywających swe ostatnie pieniądze.
– Musisz coś zjeść – oświadczyła Kathana. – Wyglądasz jak człowiek, który od tygodnia nie miał w ustach nic pożywnego. Jak straciłeś oko?
– Byłem członkiem straży przybocznej pewnego lorda z Murandy – odparł Mat. – Straciłem je w zasadzce.
– Całkiem niezłe kłamstwo – skomentowała jego słowa Kathana, szybkim ruchem stawiając przed nim talerz. – Lepsze od większości, jakie słyszę. Powiedziałeś to z pełnym przekonaniem. Omalże ci uwierzyłam. Jame, będziesz jadł?
– Muszę pilnować drzwi! – odkrzyknął.
– Światłości, człowieku. Myślisz, że ktoś je ukradnie? Dawaj tutaj.
Jame narzekał, ale posłusznie podszedł do baru i usiadł na stołku obok Mata. Kathana podsunęła mu kufel ale, a on podniósł go do ust ze spojrzeniem wbitym w przestrzeń przed sobą.
– Obserwuję cię – mruknął do Mata.
Mat nie miał już pewności, czy karczma faktycznie jest dlań stworzona, ale równocześnie pewny był, że nie uniesie z niej głowy, jeżeli nie skosztuje przyrządzonego przez kobietę jedzenia. Spróbował – było całkiem niezłe. Ona tymczasem podeszła do jednego ze stołów i napominała któregoś z gości, machając mu przed oczyma palcem. Wyglądała na kogoś, kto gotów byłby robić wyrzuty drzewu, że wyrosło w niewłaściwym miejscu.
„Ta kobieta” – myślał Mat – „nie powinna nigdy znaleźć się w jednym pomieszczeniu z Nynaeve. A przynajmniej ja powinienem być wówczas poza zasięgiem głosu”.
Wśród szelestu sukien Kathana pojawiła się z powrotem. Na jej szyi wisiał małżeński nóż, choć Mat przyglądał się jedynie przez kilka sekund, w końcu sam był przecież żonaty. Suknię miała podpiętą do góry z jednej strony na modłę gminu z Ebou Dar. Kiedy wróciła za bar i zaczęła szykować jedzenie dla Jame’a, Mat zauważył, że ten przygląda się jej z czułością. Postanowił zaryzykować:
– Od dawna jesteście małżeństwem?
Jame przez chwilę mierzył go wzrokiem.
– Nie – odrzekł na koniec. – Od niedawna jestem po tej stronie oceanu.