Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Tak, mogłem się sam domyślić – powiedział Mat, upijając łyk ale z kufla, który Kathana postawiła przed nim. Nie było takie złe, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak paskudnie wszystko smakowało ostatnimi czasy. To było jedynie odrobinę paskudne.
Kathana tymczasem podeszła do stołu, gdzie mężczyźni grali w kości, domagając się od nich, aby więcej jedli, ponieważ coś jej wyglądają blado. Dziw nad dziwy, że Jame w tych okolicznościach nie ważył tyle, co dwa konie. Niemniej najwyraźniej była rozmowna, a więc może od niej uda mu się wydobyć informacje, których potrzebował.
– Wydaje mi się, że w Ebou Dar nie ma już tylu pojedynków co kiedyś – zagaił do niej Mat, gdy przechodziła obok.
– To przez nowe prawo Seanchan – wyjaśniła Kathana – które zadekretowała nowa Imperatorowa, oby żyła wiecznie. Nie zakazała całkowicie pojedynków i cholernie dobrze, że tego nie zrobiła. Eboudarianie nie zbuntują się w tak głupiej sprawie, jak jakaś inwazja, ale kiedy odebrałoby im się możliwość pojedynkowania, wówczas dopiero by się działo. Tak czy siak, pojedynki mogą się obecnie odbywać jedynie w obecności rządowego urzędnika. Nie można się pojedynkować, jeśli najpierw nie odpowie się na setkę rozmaitych pytań i nie wniesie opłaty. W ten sposób odebrano pojedynkom całą spontaniczność.
– Ale równocześnie uratowano wiele żywotów – wtrącił Jame. – Wciąż można zginąć od czyjegoś noża, jeśli ma się dostatecznie dużo determinacji. Ale każdy otrzymał parę chwil, podczas których może ochłonąć i zastanowić się.
– W pojedynkach nie chodzi o to, żeby się zastanawiać – protestowała Kathana. – Niemniej przypuszczam, że dzięki temu nie muszę się martwić, iż mi twoją śliczną buzię potną na ulicy.
Jame parsknął, opierając dłoń na rękojeści miecza. Rękojeść, co Mat dopiero teraz zauważył, oznaczona była godłami czapli – choć oczywiście nie widział, czy są one również na ostrzu. Zanim zdążył zadać następne pytanie, Kathana odmaszerowała i zaczęła się pastwić nad klientami, który rozlewali ale po stole. Wyglądała na kogoś, kto po prostu nie potrafi dłużej ustać w jednym miejscu.
– Jaka pogoda na północy? – zapytał Jame, jego wzrok wciąż pozostawał wbity w przestrzeń przed nim.
– Paskudna – odparł zgodnie z prawdą Mat. – Jak wszędzie.
– Ludzie mówią, że zbliża się Ostatnia Bitwa – ciągnął dalej Jame.
– Zaiste.
Jame odkaszlnął.
– Jeżeli tak, to nadszedł zły czas, żeby angażować się w politykę, jak myślisz?
– Masz przeklętą rację, zły czas – powtórzył Mat. – Ludzie powinni przestać bawić się w swoje gierki i zacząć spoglądać na niebo.
Jame wreszcie przyjrzał mu się.
– To prawda. Powinieneś sam zastosować się do swoich słów.
„Światłości” – pomyślał Mat. – „Musi mnie uważać za jakiegoś szpiega”.
– To jest silniejsze ode mnie – powiedział na głos. – Czasami ludzie słyszą tylko to, co chcą słyszeć. – Włożył do ust kawałek mięsa, które smakowało tak dobrze, że aż było to niespodzianką. Posiłek w dzisiejszych czasach był jak tańce, na które przyszły tylko brzydkie dziewczyny. Ten wszakże należał do najlepszych z najgorszych, jakie miał nieszczęście ostatnimi czasy jadać.
– Mądry człowiek mógłby nadstawić ucha na słowa prawdy – ciągnął dalej Jame.
– Najpierw trzeba ją znaleźć – replikował Mat. – A to trudniejsze, niż większości się wydaje.
Za plecami usłyszał prychnięcie Kathany, która zdążyła tymczasem wrócić do nich.
– „Prawda” to coś, o czym mężczyźni rozmawiają po barach, gdy są tak pijani, że nie pamiętają, jak mają na imię. Czyli coś, o czym nie rozmawia się w dobrym towarzystwie. Ja bym za bardzo się przy niej nie upierała, podróżny.
– Na imię mam Mandevin – przedstawił się Mat.
– Nie wątpię – odparła Kathana. I wtedy przyjrzała mu się uważniej. – Mówił ci ktoś, że powinieneś nosić kapelusz? Dobrze by pasował do brakującego oka.
– Doprawdy? – suchym tonem odparował Mat. – Oprócz karmienia mężczyzn przemocą udzielasz także rad odnośnie mody?
Smagnęła go po karku ręcznikiem do wycierania naczyń.
– Jedz.
– Posłuchaj, przyjacielu – odezwał się Jame, nachylając do Mata. – Wiem, kim jesteś i po co tu przybyłeś. Fałszywy bandaż skrywający oko mnie nie oszuka. Masz w rękawach noże do rzucania, a do tego sześć przy pasie, jeśli dobrze policzyłem. Nigdy nie spotkałem jednookiego, który potrafiłby trafić w drzwi stodoły. Ona nie jest celem tak łatwym, jak się wam, cudzoziemcom, wydaje. Nigdy ci się nie uda dostać do pałacu, nie wspominając już o przedarciu się przez straże. Idź, poszukaj sobie lepiej jakiejś uczciwej pracy.
Mat zagapił się na tamtego. Uznał go za skrytobójcę? Uniósł dłoń, ściągnął bandaż i odsłonił pusty oczodół.
Jame zamilkł, wpatrzony w niego.
– Ktoś nasyła na Tuon zabójców? – zapytał z całkowitym spokojem.
– Nie wolno ci wypowiadać jej imienia w ten sposób – skarciła go Kathana, już unosząc ręcznik do następnego smagnięcia.
Mat nie patrząc, sięgnął ręką za siebie i złapał koniec ręcznika. Równocześnie ani na moment nie oderwał spojrzenia od oczu Jame’a, nawet nie mrugnął.
– Ktoś nasyła na Tuon zabójców? – powtórzył, nie zmieniając tonu nawet na jotę.
Jame skinął głową.
– W zdecydowanej większości są to obcy niezorientowani w panujących zwyczajach. Kilku przewinęło się przez tę karczmę. Tylko jeden przyznał się, po co tu przybył. Widziałem jego krew wsiąkającą w zapylony grunt terenów pojedynkowych.
– Wobec tego mogę cię wliczyć w poczet swych przyjaciół – powiedział Mat, wstając. Sięgnął do tobołka, wyciągnął zeń kapelusz i wsadził na głowę. – Kto za tym stoi? Kto ich tu nasyła, kto wyznaczył nagrodę za jej głowę?
Stojąca w pobliżu Kathana przyjrzała się Matowi w kapeluszu i z zadowoleniem pokiwała głową. Potem, jakby tracąc pewność siebie, zmrużyła oczy.
– To nie jest tak, jak myślisz – wyjaśnił Jame. – On nie najmuje najlepszych skrytobójców. To są obcy, bez szans na powodzenie.
– Nie dbam o to, jakie mają szanse – zirytował się Mat. – Kto za tym stoi?
– On jest zbyt ważny, żebyś…
– Kto? – cicho spytał Mat.
– Generał Lunal Galgan – odpowiedział Jame. – Głównodowodzący seanchańskiej armii. Nie potrafię cię rozszyfrować, przyjacielu. Jesteś skrytobójcą czy tropisz skrytobójców?
– Nie jestem żadnym przeklętym skrytobójcą – powiedział Mat, naciągając kapelusz na czoło i biorąc do ręki tobołek. – Nigdy nie zabiłem nikogo, kto by na to nie zasługiwał… nie zasługiwał w sposób tak jawny i głośny, że niemożliwe byłoby, jak sądzę, nie zareagować na jego żądanie. Jeżeli mam cię poharatać, przyjacielu, będziesz wiedział, co nastąpi i będziesz wiedział, dlaczego. Obiecuję ci.
– Jame – syknęła Kathana. – To on.
– Co teraz? – zapytał Jame, gdy tymczasem Mat przeszedł obok niego, zarzucając sobie owinięte płótnem ashandarei na ramię.
– Ten, którego szukały straże! – mówiła Kathana. Spojrzała na Mata. – Światłości! Każdemu żołnierzowi w Ebou Dar przykazano, aby cię wypatrywał. Jak udało ci się przejść przez bramy miasta?
– Dzięki szczęściu – rzekł Mat i wyszedł.
– Na co czekasz? – zapytała Moiraine.
Rand odwrócił się w jej stronę. Znajdowali się w namiocie dowodzenia sił Lana w Shienarze. W nozdrzach czuł woń dymu z płonących pól, podpalonych przez wojska Lana i lorda Agelmara, wycofujące się z Przełęczy.
Palili kraj, którego woleliby raczej bronić. Taktyka desperacka, ale dobra. To był ten rodzaj totalnej taktyki, przed którą wzdragali się Lews Therin i jego ludzie w Wieku Legend, przynajmniej z początku. Potem musieli za to słono zapłacić.