Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 83 84 85 86 87 88 89 90 91 ... 116
Перейти на страницу:

Jechaliśmy w milczeniu. Patrzyłem na przepełnione rozpaczą oczy kobiet i dzieci i wtedy wróciło do mnie uczucie, które Rzemień nazywał „cesarskim wstydem". Coś mi mówiło, że to ja powinienem dać tym ludziom jeść. Sięgnąłem do sakwy, a wtedy Brus wjechał nagle pomiędzy mnie a głodujących i odepchnął mojego wierzchowca bokiem swojego.

— Przestań! — syknął. Ledwo go słyszałem w zgiełku. — Nie przez ciebie głodują, a ty nakarmisz zaledwie paru. Jeśli pokażesz, że rozdajesz jedzenie, rozerwą nas na strzępy. Rozdasz wszystko i skażesz się na śmierć. Co będziesz jadł na pustkowiach Krańca Świata? Kamienie? Spójrz, ilu ich jest! W czym są lepsi ci, którzy zdołają się do ciebie dopchać?

Zmilczałem.

Nie byłem już cesarzem. Nie mogłem przysłać tu wojska, by otoczyło źródła i przywiozło wozy durry. Sam miałem ledwo garść prowiantu, który niczego tu nie mógł zmienić, najwyżej to, że ktoś słabszy dostanie nożem z powodu paska mięsa albo kawałka sera. Ci ludzie uciekali z kraju Pramatki. Uciekali od skopka wody i miski kaszy, które mieli tam podobno codziennie dostawać od dobrotliwej prorokini. Woleli tu głodować, wyprzedawać resztki ocalałego majątku, kładąc bezcenne naczynia, biżuterię i kosztowne przedmioty razem z butami i płaszczami na postrzępionych matach, a potem ruszać w głąb pustyni. Byle dalej. Byle gdzie indziej, gdziekolwiek, gdzie nie słychać zewu Czerwonych Wież.

Przestałem patrzeć im w oczy.

Było tak, jak mówił Brus. Przywykłem, choć część mojego serca umarła. Skamieniała.

— Teraz nie ma tu większego bogactwa niż durra, suszona koźlina, kasza czy fasola — powiedział Benkej. — Złoto nic nie znaczy, podobnie cnota. Możesz mieć pannę z wysokiego rodu za bochenek chleba albo miarkę durry. Za wędzony ser nawet dwie naraz. Jacyś obwiesie grają w kości na placki chleba równie dobrze jak na złote szekle. Liczy się tylko to, z czym można iść w pustynię. Ten, kto ma zapasy i dwa baktriany, może zostać bogaczem, ale co z tego, skoro i tak potem świątynia mu wszystko zabierze. Za cesarza w pustyni były stacje etapowe, studnie, gdzie dawali darmową wodę i można było kupić zapasy, nawet stało kilka gospód. Teraz nie ma nic. Tylko kamienisty szlak na południe i ruiny.

Przy bramie miejskiej nie było straży. Widywało się natomiast grupki groźnie wyglądających pstrokatych oberwańców, obwieszonych bronią nie gorzej niż my. Wszyscy aż dzwonili od złota i kosztowności, a ich brudne kaftany i portki uszyto z najlepszych tkanin. Siedzieli pod ścianami w podcieniach i przed najwyraźniej czynnymi gospodami albo snuli się po prostu po ulicach. Zwracaliśmy uwagę. Przerywali rzucanie kości, wesoła historyjka i rubaszny rechot zamierały nagle wpół słowa, odprowadzały nas nieprzyjemne spojrzenia pełne drapieżnego namysłu.

— Chodzi o juczne onagery — odezwał się Snop. — Tworzyć „grot", miecze w dłoń, onagery do środka szyku. Marszem ubezpieczonym.

Zgrzytnęła stal, zmieniliśmy ustawienie wierzchowców, tworząc trójkątny szyk. Najpierw jechał Snop, potem Hacel i ja, trójkąt zamykali Brus, Benkej i N’Dele. Onagery dreptały wewnątrz.

Demonstracja wystarczyła, nikt nas nie zaczepił, nawet kiedy wędrowaliśmy wąskimi uliczkami. Słońce ledwo musnęło horyzont, pokazując brzeg swojego kręgu, i miasto tonęło w głębokim cieniu.

Główny plac zobaczyłem tylko z daleka, w perspektywie kilku uliczek. Zasieki z zaostrzonych żerdzi, żołnierze „Żmijowego" tymenu w pełnym bojowym rynsztunku i pustka. A nad tym proporce — „Ogień pustyni wypali zło!", „Niech wszystko stanie się jednym".

— Jednym łajnem — warknął Benkej pod nosem. — Jeszcze tu wrócę i zatkam ci ten podziemny kiep pochodnią, posępna suczy.

Słońce pokazało się do jednej trzeciej i od strony Wieży popłynęło przejmujące zawodzenie rogów. Dźwięk przeniknął mnie aż do brzucha i obudził strach. Przypomniałem sobie podziemia wieży w Aszyrdym i zrobiło mi się zimno.

Benkej splunął na ziemię, ostentacyjnie wsadził w zęby fajkę, skrzesał ogień o ostrze pałasza i wypuścił kłąb wonnego bakhunowego dymu.

Nie wiem, jak długo tak jechaliśmy przez zaułki pełne śpiących pod ścianami ludzi, którzy za jedyne posłanie mieli własne toboły, i straciłem kompletnie orientację. Jednak Brus i Benkej prowadzili pewnie, jakby spędzili w tym mieście dzieciństwo.

Gospoda stała na przedmieściach, dalej zapewne kiedyś rozciągał się pierścień miejskiego pustynnego ogrodu, a w nim stały domostwa zamożnych obywateli. Teraz były tam wyschłe krzaki i niekończące się koczowisko, w którym zaczynał się snuć dym z setek palenisk rozpalonych z suszonego łajna, gdzie usiłowano pichcić coś na początek dnia.

Gospoda jednak zachowała się w przyzwoitym stanie, za murem zostały nawet stoły tkwiące wśród resztek ogrodu.

Siedziało tam kilkunastu zbrojnych pogryzających leniwie placki i popijających korzennym piwem. Paru siedziało na ziemi, ktoś grał na bębenku. Z wnętrza dobiegał zapach świeżo zrobionego naparu z korzeniami i ziołami, tak jak parzył go N’Dele.

Stanęliśmy rzędem przed niskim murem, patrząc na siedzących wewnątrz w milczeniu.

Nikt niby nie zrobił zaczepnego gestu. Ludzie przed gospodą spoglądali na nas dzikimi, pięknymi twarzami barwy miedzi, o lśniących tygrysich oczach i tylko niedbale każdy przesunął sobie oręż bliżej, oparł lekko dłoń na rękojeści albo poluzował ostrze w pochwie.

— Lepiej ja pomówię — odezwał się N’Dele. — To moi rodacy. Z wami nie będą chcieli za bardzo gadać.

— Dobrze — odparł Brus. — Wygląda na to, że N’Goma jest w środku. Powiedz, że chcemy przekazać N’Gomie Mpenenzi pozdrowienia od wujka Tygrysa, który tak o niego dbał. Teraz wujek choruje i chce jeszcze pozdrowić go raz przed śmiercią.

N’Dele zsiadł z konia i otworzył sobie bramę.

Zaczęło robić się gorąco. Wszechobecne w mieście muchy otoczyły nas chmurą. Wierzchowce tupały niecierpliwie, smagały ogonami i odganiały je łbami, a my staliśmy nieruchomo, bok w bok, mierząc Kebiryjczyków siedzących w ogrodzie obojętnym wzrokiem.

N’Dele podszedł do siedzących i dotknął pięścią ust, potem czoła. Odpowiedziano mu takim samym gestem.

Rozmawiali długo, w powodzi kebiryjskich słów, z których niewiele zrozumiałem, ale wyglądało na to, że się kłócą. Bębenek przestał grać.

W końcu ktoś podniósł się i zniknął wewnątrz gospody za zasłoną paciorków, a my czekaliśmy. Upał zaczynał być trudny do zniesienia. Benkej położył się na szyi konia i pogładził ją z boku, szepcząc coś wierzchowcowi do ucha.

Czekaliśmy.

— Njambe N’Goma pomówi z dwoma z was — odezwał się wreszcie posłaniec, patrząc na nas zza muru. — Możecie wprowadzić konie do ogrodu.

I w ten sposób ja i Brus weszliśmy za grzechocącą zasłonę paciorków do mrocznego wnętrza.

W środku było chłodno, w powietrzu unosiły się kłęby ciężko pachnącego dymu, a całe pomieszczenie wypełniały haftowane poduszki. Ogromny Kebiryjczyk ubrany w luźną, białą szatę leżał na boku, pykając z fajki. Na niskim stoliku stały przed nim srebrne czarki, inkrustowany tygiel z parującym naparem i kosztowny dzbanek palmowego wina. Wokół leżały dziewczęta odziane tylko w biżuterię błyszczącą delikatnie w mroku.

Staliśmy w milczeniu.

— Dotarły mnie wczoraj plotki — odezwał się leniwie N’Goma. Jego miedziana twarz lekko połyskiwała jak prawdziwy metal. — Plotki o dalekim krewnym, o którym sądziłem, że dawno umarł. A jednak żyje i przypomniał sobie o mnie. Wujek Tygrys... Miałem nadzieję, że więcej o nim nie usłyszę.

1 ... 83 84 85 86 87 88 89 90 91 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)