Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
— Słyszysz może po raz ostatni — powiedział Brus. — Nie byłoby cię tutaj, gdyby nie ten wujek. Nie byłoby poduszek ani dziewcząt. Nie miałbyś pierścieni na palcach, njambe N’Gomo.
— To się już skończyło — odrzekł N’Goma. — Jutro już nie byłoby nikogo, kto mógłby usłyszeć te pozdrowienia. Wracamy do kraju. Do Kebiru. N’Beni już pojechał. Koniec. Nie będzie więcej interesów z wujkiem Tygrysem.
— Co się z tobą dzieje, njambe N’Gomo? — zapytał Brus. — Chcesz odejść, kiedy jeszcze stoi Nahilgył? Kiedy w Zewnętrznym Kręgu kupuje się miarkę złota za miarkę durry? Nie poznaję cię.
— I nic dziwnego, skoro wcale mnie nie znasz, krewny Tygrysa. Na co złoto komuś, kto ma gwoździe w czaszce? Ja mam dłuższe uszy niż inni. Słyszę, co nocami mówią wasze bębny. Słucham pieśni o binliku piechoty pustynnej i dwóch binhonach jazdy na rydwanach, które ciągną tu z Sauragaru. Nie może być osady, gdzie Kodeks Ziemi nie sięga dalej niż na główny plac. Archimatrona chce wyjść ze swojej wieży. Urkahan stracił cierpliwość. Nie chce zarządzać jednym placem. Nie będzie żadnych wędrówek ludów do Jarmakandy. Szlak zostanie zamknięty. Ludzie zostaną podzieleni i odesłani tam, gdzie potrzebuje ich Pramatka. Niektórzy prosto do jej świętego łona albo do jaskini pod wieżą. Reszta do uświęconego znoju na roli. Wszystko stanie się jednym. Jak myślisz, czy ci, którzy czekają na cud w namiotach wokół miasta, o tym nie wiedzą? Wielu już nie kupuje prowiantu, wody i baktrianów, bo wiedzą, że nie zdążą. Rydwany są szybkie, a ich kosy nie znają litości. Już kupuje się tylko ambriję i to jak najmocniejszą. Już nie wpychają do fajek bakhunu, ale czarną żywicę snów. Już gżą się na ulicach niczym oszalałe zwierzęta w rui. Wiedzą. Tylko boją się przyznać. Chcą jeszcze przez chwilę pożyć, zanim wszystko spłynie krwią i stanie się jednym. Ja już miałem jechać. Spędziłem tu ostatnią noc, żegnając się z moimi dziewczętami. Dałem im wolność, co mi tam. Pramatka i tak je wyzwoli. Wszystkich wyzwala. Wiesz, ile odeszło? Żadna. Ale wiele z nich wypiło dziś w nocy drętwą wodę. Odchodzą w noc.
I nie chcą się budzić. I ja też odchodzę, tylko wypiję ostatni łyk palmowego wina, dopalę fajkę i przełknę ten napar. Gdybyś przybył, kiedy słońce będzie na trzy palce, już by mnie nie było. Żegnam się z Amitrajem. Spojrzę ostatni raz i pochłonie mnie pustynia, tak samo jak wypluła. Żal mi. Porzuciłem mój piękny dom i ogród, tu wokół mnie zasypiają moje dziewczęta. Żal. To były piękne lata. Zebrałem tyle pięknych rzeczy, a teraz wszystkie zmienią się w brudną sól. Olimwengu usuri. Wiesz co? Żal mi też wujka Tygrysa. Spełnię jego ostatnią prośbę.
— Strasznie dużo słów — powiedział Brus. — Będziesz musiał na nowo przywyknąć do kebiryjskiej powściągliwości. Wujek Tygrys prosi, byś przyjął sześciu ludzi i powędrował z nimi szlakiem soli do kraju ludzi-niedźwiedzi. Tam, gdzie chodziły twoje karawany.
— Jak na konającego wujek Tygrys ma czuły słuch. Mówiłem, że wracam do domu. I jestem z Gombany. Tam mówi się dużo i pięknie.
— Wujek Tygrys wie, że jesteś mądry. Na co komu w Kebirze tyle brudnej soli? Każdy wie, że sprzedałeś wszystko. Nie poszedłbyś też południowym szlakiem, który zaraz przeorają rydwany „Żmijowych". Ludzie-niedźwiedzie zapłacą ci za sól i skóry kamiennych wołów więcej, niż był wart cały ten twój majątek. Chcesz jechać za Erg Krańca Świata. Jesteś najlepszym żeglarzem pustyni, jaki istniał. Wiem, że masz stamtąd własny szlak na południe. Daleko od rydwanów. Tam, gdzie nikt się nie zapuszcza. Zabierz więc sześciu wojowników więcej. Przecież twoi siostrzeńcy nie wystarczą do ochrony, a za erg nikt poza nimi nie będzie chciał iść. Tylko my. Wiesz, ile w spokojniejszych czasach wzięłoby sześciu prawdziwych tropicieli? A tak możesz mieć nas za darmo.
— Umiecie jeździć na ornipantach? Zniesiecie upał, który topi kamień? Skoro tak, zgoda. Ale ruszamy zaraz. Kiedy tylko wypiję ostatnią kroplę wina, obejmę ostatnią nałożnicę i uronię ostatnią łzę. Poczekajcie w ogrodzie. Pozwólcie mi się pożegnać z Amitrajem.
Rozdział 9
Dom Ognia
Błogosławieni gościnę dający! Gość wszedł;
gdzie ma on zasiąść?
Spieszno bardzo jest temu, kto koło ogniska
ratunku szukać musi.