Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 84 85 86 87 88 89 90 91 92 ... 116
Перейти на страницу:

— Słyszysz może po raz ostatni — powiedział Brus. — Nie byłoby cię tutaj, gdyby nie ten wujek. Nie byłoby poduszek ani dziewcząt. Nie miałbyś pierścieni na palcach, njambe N’Gomo.

— To się już skończyło — odrzekł N’Goma. — Jutro już nie byłoby nikogo, kto mógłby usłyszeć te pozdrowienia. Wracamy do kraju. Do Kebiru. N’Beni już pojechał. Koniec. Nie będzie więcej interesów z wujkiem Tygrysem.

— Co się z tobą dzieje, njambe N’Gomo? — zapytał Brus. — Chcesz odejść, kiedy jeszcze stoi Nahilgył? Kiedy w Zewnętrznym Kręgu kupuje się miarkę złota za miarkę durry? Nie poznaję cię.

— I nic dziwnego, skoro wcale mnie nie znasz, krewny Tygrysa. Na co złoto komuś, kto ma gwoździe w czaszce? Ja mam dłuższe uszy niż inni. Słyszę, co nocami mówią wasze bębny. Słucham pieśni o binliku piechoty pustynnej i dwóch binhonach jazdy na rydwanach, które ciągną tu z Sauragaru. Nie może być osady, gdzie Kodeks Ziemi nie sięga dalej niż na główny plac. Archimatrona chce wyjść ze swojej wieży. Urkahan stracił cierpliwość. Nie chce zarządzać jednym placem. Nie będzie żadnych wędrówek ludów do Jarmakandy. Szlak zostanie zamknięty. Ludzie zostaną podzieleni i odesłani tam, gdzie potrzebuje ich Pramatka. Niektórzy prosto do jej świętego łona albo do jaskini pod wieżą. Reszta do uświęconego znoju na roli. Wszystko stanie się jednym. Jak myślisz, czy ci, którzy czekają na cud w namiotach wokół miasta, o tym nie wiedzą? Wielu już nie kupuje prowiantu, wody i baktrianów, bo wiedzą, że nie zdążą. Rydwany są szybkie, a ich kosy nie znają litości. Już kupuje się tylko ambriję i to jak najmocniejszą. Już nie wpychają do fajek bakhunu, ale czarną żywicę snów. Już gżą się na ulicach niczym oszalałe zwierzęta w rui. Wiedzą. Tylko boją się przyznać. Chcą jeszcze przez chwilę pożyć, zanim wszystko spłynie krwią i stanie się jednym. Ja już miałem jechać. Spędziłem tu ostatnią noc, żegnając się z moimi dziewczętami. Dałem im wolność, co mi tam. Pramatka i tak je wyzwoli. Wszystkich wyzwala. Wiesz, ile odeszło? Żadna. Ale wiele z nich wypiło dziś w nocy drętwą wodę. Odchodzą w noc.

I nie chcą się budzić. I ja też odchodzę, tylko wypiję ostatni łyk palmowego wina, dopalę fajkę i przełknę ten napar. Gdybyś przybył, kiedy słońce będzie na trzy palce, już by mnie nie było. Żegnam się z Amitrajem. Spojrzę ostatni raz i pochłonie mnie pustynia, tak samo jak wypluła. Żal mi. Porzuciłem mój piękny dom i ogród, tu wokół mnie zasypiają moje dziewczęta. Żal. To były piękne lata. Zebrałem tyle pięknych rzeczy, a teraz wszystkie zmienią się w brudną sól. Olimwengu usuri. Wiesz co? Żal mi też wujka Tygrysa. Spełnię jego ostatnią prośbę.

— Strasznie dużo słów — powiedział Brus. — Będziesz musiał na nowo przywyknąć do kebiryjskiej powściągliwości. Wujek Tygrys prosi, byś przyjął sześciu ludzi i powędrował z nimi szlakiem soli do kraju ludzi-niedźwiedzi. Tam, gdzie chodziły twoje karawany.

— Jak na konającego wujek Tygrys ma czuły słuch. Mówiłem, że wracam do domu. I jestem z Gombany. Tam mówi się dużo i pięknie.

— Wujek Tygrys wie, że jesteś mądry. Na co komu w Kebirze tyle brudnej soli? Każdy wie, że sprzedałeś wszystko. Nie poszedłbyś też południowym szlakiem, który zaraz przeorają rydwany „Żmijowych". Ludzie-niedźwiedzie zapłacą ci za sól i skóry kamiennych wołów więcej, niż był wart cały ten twój majątek. Chcesz jechać za Erg Krańca Świata. Jesteś najlepszym żeglarzem pustyni, jaki istniał. Wiem, że masz stamtąd własny szlak na południe. Daleko od rydwanów. Tam, gdzie nikt się nie zapuszcza. Zabierz więc sześciu wojowników więcej. Przecież twoi siostrzeńcy nie wystarczą do ochrony, a za erg nikt poza nimi nie będzie chciał iść. Tylko my. Wiesz, ile w spokojniejszych czasach wzięłoby sześciu prawdziwych tropicieli? A tak możesz mieć nas za darmo.

— Umiecie jeździć na ornipantach? Zniesiecie upał, który topi kamień? Skoro tak, zgoda. Ale ruszamy zaraz. Kiedy tylko wypiję ostatnią kroplę wina, obejmę ostatnią nałożnicę i uronię ostatnią łzę. Poczekajcie w ogrodzie. Pozwólcie mi się pożegnać z Amitrajem.

Rozdział 9

Dom Ognia

Błogosławieni gościnę dający! Gość wszedł;

gdzie ma on zasiąść?

Spieszno bardzo jest temu, kto koło ogniska

ratunku szukać musi.

Hávamál — Pieśni Najwyższego

Słońce ciemnieje, ziemia osuwa się w morze,

spadają z nieba jasne gwiazdy,

szaleją dymy i ogień, co życie ożywiał,

płomieni żar wysoko strzela pod niebo.

Vőluspá

To nie było rzetelne, regularne oblężenie. Raczej rodzaj nękającej blokady. To tu, to tam wokół jeziora płonęły ogniska i stały namioty, niewielkie oddziały Ludzi Węży pojawiały się i znikały, po lasach snuły się kraby. Jedni odchodzili, przybywali inni. Chodziło raczej o to, żeby Ludzie Ognia, którzy schronili się za wałami swojej głównej siedziby, nie mogli swobodnie poruszać się po okolicy, wypasać stad ani polować. Kiedy tracili cierpliwość i wytaczali się w znaczniejszej sile za mury swojej sadyby, Węże rozpierzchali się, znikali, wsiąkali w puszczę. Bitwę podejmowano jedynie wtedy, gdy zza bramy Domu Ognia wychodziły grupy mniejsze niż dwudziestu zbrojnych.

Jednocześnie nie atakowano ziemno — drewnianych częstokołów Domu Ognia, nie przypuszczano szturmów. Na co dzień tylko z rzadka ostrzeliwano domostwa, szyjąc z bezpiecznej odległości w niebo, tak by strzały spadały w obrębie palisady. Czasem stojące to tu, to tam arkabalisty pluły w gród głazami bądź okutymi żerdziami. W odpowiedzi trebuszety Ludzi Ognia z łoskotem miotały w stronę obozowisk Węży dzbany smoczej oliwy, na skalistym brzegu jeziora i przed ścianą lasu rozbryzgiwał się płynny płomień, pożar huczał przez jakiś czas, pozostawiając po sobie czarną plamę pogorzeliska. O kilkadziesiąt kroków od wałów twierdzę otaczał cały pierścień takich nieregularnych plam.

Wielkich strat jednak po żadnej ze stron nie było.

Nocami rozlegało się ponure zawodzenie zakutych w członowane blachy krabów albo dzikie rzępolenie muzykantów.

Dopóki w lasach trafiali się jeńcy, przywlekano ich na brzeg jeziora, by nagim podrzynać gardła w blasku wielkich ognisk, a ich sercami karmić święte węże. Po takich przedstawieniach ostrzał potrafił trwać i pół nocy, rozwścieczeni Ludzie Ognia przypuszczali wtedy kilka dzikich szturmów, choć bez większego rezultatu. Węże cofali się zawczasu w puszczę i w górę rzeki, by rano powrócić znowu.

Robili to, czego nauczył ich Wielki Aaken. Siali strach i terror. Oni byli Wężami. Reszta świata karmą dla Węży.

Tamtej nocy jednak wszystko się zmieniło.

Ktoś poszedł po chrust do lasu i nie wrócił.

Czekający w obozowisku usłyszeli tylko przeraźliwy wrzask. Dwoje wojowników siedzących najbliżej dobyło mieczy i pognało w miotaną wiatrem i spłukiwaną mżawką ciemność. Byli w głębi serca radzi, że coś się dzieje.

Nikt ich więcej nie widział.

Dopiero po paru chwilach tuż obok ogniska spadły dwie odrąbane głowy.

Tym razem w puszczę popędziło kilkunastu Węży, pilnując jeden drugiego, pokrzykując do siebie w ciemnościach i świecąc pochodniami. Nie znaleźli nikogo ani niczego, nawet ciał towarzyszy. Obeszli cały teren wokół obozu, trzymając się blisko siebie, dźgając włóczniami krzaki i zaglądając za każdy wykrot.

Nic.

Po krótkim czasie dwadzieścia kroków dalej, w kolejnym obozowisku rozległ się przeraźliwy wrzask. Strzały wytrysnęły z ciemności, trafiając kilkoro siedzących wokół ognia. Stary żerca padł twarzą w rozżarzone węgle z przeszytym gardłem, potem siedząca obok dziewczyna trafiona z ciemności prosto w oko, później jeszcze troje innych.

1 ... 84 85 86 87 88 89 90 91 92 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)