Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 80 81 82 83 84 85 86 87 88 ... 116
Перейти на страницу:

Wstałem i poszedłem sprowadzić na dół juczne onagery.

Kiedyś gospodarstwo musiało być spokojnym i przytulnym miejscem do mieszkania. Budynki były małe, ale otulone krzewami, które rodziły owoce i ocieniały wszystko parasolem liści, w niewielkiej zagrodzie zapewne beczały kowce, a pośrodku podwórca stała nakryta specjalną klapą studnia. Teraz rośliny schły na wyścigi, owoce zmieniły się w puste skorupy, które kruszyły się w dłoniach, w głębokiej studni był tylko piasek i nikt tu nie mieszkał.

Dopiero gdy sprowadziłem zwierzęta na pokryty wyschłą na kamień gliną podwórzec, zrozumiałem dlaczego.

Starzec siedział opodal wejścia na wygodnej ławie, pod trzcinowym daszkiem, po którym wiły się niedawno likworośle. Jego oczy znikły, a skóra skurczyła się i wyschła na podobieństwo żółtawego pergaminu, odsłaniając dziwnie długie zęby. Usta były otwarte i wypełniał je kamień. Zbyt wielki, by można go normalnie wepchnąć, zwłaszcza nie łamiąc mu zębów. — Bardzo dobre miejsce — stwierdził Hacel, widząc mój nieruchomy wzrok. — Z pewnością uchodzi za przeklęte. Jak widać, był tu jakiś Czyniący.

Odczekał chwilę pod moim pytającym spojrzeniem, po czym uśmiechnął się tryumfująco.

— Trzeba patrzeć wokół — wyjaśnił. — Nie trzeba zatrzymywać wzroku na jednej rzeczy, która wydaje się ważna albo straszna, tylko zobaczyć wszystko naraz.

— Nie popisuj się — powiedział Brus. — Na ścianie obok jest napis. Nie widać go już dobrze, ale gdy się przyjrzeć, można odczytać.

Istotnie. Dostrzegłem machnięty niedbale symbol Podziemnego Łona i koślawe znaki, rozmazane i krzywe, jakby pisał je pijany.

„Handel to chciwość. Woda nie jest moja. Woda należy do Matki. Matka krmi swe deci. Nech wszystto stae się edny".

— I wiemy wszystko — oznajmił Hacel. — Był sobie drobny kupiec. Ta okolica żyje z karawan i niczego innego, bo tu za bardzo nic nie wyrośnie. Zbudował sobie niewielki dom, o kilka godzin marszu od miasta, gdzie jest drogo i hałaśliwie i kręcą się różne dziwne typy. Może miał ładną córkę, kto wie. Wykopał sobie studnię, a w tej okolicy to sztuka. I wystarczyło. Studnia, ładny dom, jakiś mająteczek. Matka tego nie pochwala. Wszystkie dzieci są jednym. Nie może być tak, że ktoś sobie wykopie studnię i ma, a ktoś inny nie. Zresztą co miał zrobić? Wziąć tę studnię pod pachę i zanieść do miasta? A wodę i tak mu zabrali. Sposobem Czyniących. A może studnia wyschła.

Milczałem.

— To się nazywa „kara gwoździ" — dodał po chwili. — Wbija się w człowieka duże hufnale, ale tak, by za szybko nie umarł. Normalnie, młotem, jak w belkę. Tylko zwykle robią to na jakimś placu, żeby wszyscy się napatrzyli. Każą też takiemu pisać prawdy Pramatki własną krwią. Na koniec sadza się go i wbija gwóźdź prosto w czaszkę. — Popukał się palcem w szczyt głowy. — Myślę, że to zrobili jeszcze przed przewrotem. Na pokaz. Dlatego zdążył tak wyschnąć. I był tu Czyniący. Ten kamień to przekleństwo. Ponoć rośnie w ustach temu, kto przeciwstawia się prawu Podziemnej. Słyszałem, że dobry Czyniący potrafi zrobić taki figiel na odległość, jeśli zna czyjeś imię.

— Była susza — powiedział niespodziewanie Brus. — Zrozpaczeni ludzie robią różne rzeczy. Może odpędził innych, którzy chcieli się tylko napić? Może rzeczywiście był chciwcem? Kto wie, co tu się naprawdę stało?

Nie odpowiedziałem, patrząc na niego. Od pewnego czasu Brus robił takie uwagi. Na postojach albo w trakcie drogi. Nagle i znienacka wygłaszał coś, co było godne fanatycznego Amitraja, albo odsuwał od siebie mięso czy piwo. Czasem jedynie szukał na siłę usprawiedliwień dla wyznawców Pramatki. Do tropicieli też odnosił się wzgardliwie. Potem to równie nagle mijało i Brus znów był Brusem. Nie wiedziałem, czy budzi się w nim przeklęty kapłan Czekedej, czy to tylko moja podejrzliwość.

— Zwierzęta do obory, bagaże do środka, Hacel pierwsza warta — rozkazał dowódca. — Wejdźmy do środka. Nawet jeśli to miejsce jest opuszczone, to dalej ma tak wyglądać. Przyszedł czas, żebyśmy porozmawiali, synu Oszczepnika. Tohimonie.

Wnętrze było mroczne i chłodne, jedynie przez dziury w dachu wpadało trochę światła. Niski stół pośrodku i ławy wzdłuż ścian wykpiono tak, jak same zabudowania: z wyschniętej na kamień gliny zmieszanej z sieczką.

N’Dele rozniecił niewielki ogień na palenisku, wyjął z worka orzechy i tygle. Benkej zasłonił wejście derką i zapalił małą lampę.

Usiedliśmy przy niskim stole, przy którym kiedyś nieszczęsny handlarz siadywał ze swoją rodziną wokół miski hyszmyszu z kaszą.

— Pytanie brzmi: co dalej — odezwał się chrypiący głos Snopa. — Doszliśmy. Do Nahilgył zostało parę godzin marszu. Muszę wiedzieć, co dalej, żeby móc działać. Mamy wejść do miasta, ot tak sobie? I po co?

— Dalej — odezwał się Brus — jest tak, że odprowadziliście nas, jak nakazał kai tohimon uciekinierów, Knot, syn Kowala. Należy wam się cześć i podziękowanie. A teraz wy wracacie do reszty Kirenenów, a my robimy to, co nam przeznaczono. We dwóch mniej zwracamy uwagę i mamy większe szanse. Cztery ostrza więcej niczego tu nie zmienią.

— Synu Piołunnika, wybacz, ale ja chcę mówić z Nosicielem Losu, nie z tobą — odparł tropiciel. — Mam swoje agiru. To on jest tu okuninem, dowódcą polowym. To jemu mam służyć i to on jest Nosicielem Losu, nie ty. Zrozum, że teraz nie jesteś już jedynym przybocznym syna Oszczepnika. Jeśli jego misja polega na dojściu do Nahilgył, upewnimy się, że tam bezpiecznie dotrzecie, i odejdziemy. Jeśli zaś jest tak, jak mi powiedział, że idziecie w Erg Krańca Świata, to my idziemy z wami. Mamy przykazane: pomóżcie mu spełnić misję, cokolwiek to jest. Tak mi rozkazano i temu będę posłuszny. Mosu kando!

Patrzyli na mnie obaj. Nieruchomo i pytająco. Brus miał w oczach gniew, Snop upór. Wszystko zależało od tego, co powiem. Ja — dowódca. Nagle bycie cesarzem wydało mi się o niebo łatwiejsze niż bycie polowym dowódcą. Miałem przed sobą nie armie, tymeny wojska i prowincje, ale znanych mi ludzi, gotowych rzucić się sobie do gardeł z powodu, który nie został wyjawiony i który znali tylko oni. I było jeszcze moje słowo. Słowo dowódcy, które sprawi, że zrobią, co powiem, choćby im się to nie podobało.

— To czas, kiedy należy dokonać wyboru agiru — rzekłem. — Moment, kiedy Kirenen suwerennie decyduje się przyjąć obowiązek lub nie. Sądziłem dotąd, że macie jedynie doprowadzić nas do Nahilgył. Knot potrzebuje wszystkich ludzi, jakich może znaleźć. Gdybyśmy mieli dalej przedzierać się przez kraj, to Brus miałby rację. We dwóch byłoby nam łatwiej. Ale jeśli uda nam się zrobić to, co zamierzamy, i przejdziemy pustynię, opuścimy ziemię Pramatki i znany nam świat. Znajdziemy się w dzikich krajach i nie będziemy musieli się już ukrywać ani przemykać. W takiej sytuacji lepiej podróżować w sześciu. Powiem otwarcie: nie chce mi się wierzyć w te wszystkie obrzędy Pytania, los wyznaczony przez Wiedzących i inne rzeczy. Ale nie mam wyjścia. Robię to, co muszę. Jest zupełnie możliwe, że po prostu zginiemy beznadziejnie w piaskach pustyni i tyle wyniknie z tych wszystkich przepowiedni. Dlatego będzie tak, że jeśli tropiciele zdecydują się na taki los, to zabieramy ich, Brusie. W sprawach związanych z samą misją będziesz decydował ty, w sprawach związanych z walką i przeżyciem syn Cieśli, chyba że postanowię inaczej. Najważniejsze rozkazy podejmuję ja. Kto decyduje się iść ze mną dalej, zostaje. Kto nie, może odejść teraz, przemierzyć ponownie góry i dołączyć do Kirenenów idących z Knotem, synem Kowala. To dotyczy wszystkich. Możecie zastanawiać się, dopóki nie wypiję naparu. Mosu kandol Zapadło milczenie.

1 ... 80 81 82 83 84 85 86 87 88 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)