Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Na widok czekających na mnie przy długim stole Ludzi Ognia zaciskam szczęki i udaje mi się zachować zimną krew. Ściskam tylko kolejne bicepsy i karki, przytulamy się do siebie czołami, ktoś wrzeszczy, rozlewając wino do podstawionych rogów, kobiety chichoczą i pokazują mnie sobie palcami.
Pękam na sekundę, kiedy przyprowadzają mi kuśtykającego siedmiolatka w skórzanej czapeczce o poważnej twarzy. To Tarfi. Syn Grunaldiego, który nie stał się krabem. Tarfi ściska mi przedramię i bezskutecznie usiłuje dosięgnąć karku.
— Uratowałeś mnie — powiada. — Nie zapomnę ci tego, Nitjsefni.
Brzmi to jakby już dowodził czterema wilczymi okrętami.
— To zaszczyt — odpowiadam. — Pamiętaj do czasu, aż będziesz styrsmanem.
Zaciskam wciąż szczęki i jakoś to idzie. Udaje mi się nie rozpłakać.
Samego Grunaldiego na razie nie ma, ktoś mi mówi, że rano poszedł na zwiad z kilkoma swoimi ludźmi.
Zgodnie jednak z tym, co przewidział Ostatnie Słowo, umieram z głodu i teraz zamierzam jeść. Długi stół, ciągnący się aż do ozdobnego krzesła, na którym siedzi młody Atleif, jest istną wystawą kulinarną.
To najwykwintniej zastawiony stół, jaki tu widziałem. Wędzone ryby, pieczona dziczyzna i drób, wielkie, poczerniałe od wędzenia szynki, kiełbasy, kiszone warzywa, żółte kołacze, sam ser występuje w trzech rodzajach.
Rwę chleb, rozłamuję na pół pieczonego ptaka, chrupię cebulę.
A potem nagle przypominam sobie podobny stół i chóralny krzyk przerażonych ludzi. To jak błysk. Jak wyładowanie flesza.
Widzę młodego wojownika Węży o białym niczym papier, zbryzganym krwią obliczu, którego ciskam na zastawiony stół między tace i srebrne dzbany, jego ciało sunie na plecach, roztrącając cynowe naczynia, widzę zakrwawione ostrze, spadające jak bicz na wrzeszczące twarze kobiet i mężczyzn, widzę krew bryzgającą na ściany.
To ułamek sekundy, kiedy zastygam z ustami pełnymi mięsa i nadgryzionym udźcem w ręku.
Błysk gaśnie, pozostaje jedynie wspomnienie sali wypełnionej panicznym wrzaskiem, wyciągniętych ku mnie bezradnych, pokrwawionych rąk.
Wspomnienie, którego nie znam, ale czuję, że jest prawdziwe.
I straszne.
Uderzenie przemija, dochodzę jakoś do siebie. Jestem w stanie przepłukać skurczone gardło zimnym piwem, rosnący mi w ustach kłąb jedzenia daje się w końcu zepchnąć do żołądka.
Domagają się opowieści. Nudzą, proszą, wreszcie skandują.
Więc opowiadam. O Drzewie, o wędrówce przez góry, o dolinie smoków, o żyjącym w sercu góry Pieśniarzu, zwanym Bondswif Oba Niedźwiedzie. O spalonych osadach. O uroczyskach. A nade wszystko o obłąkanym Pieśniarzu zwanym Aaken, który zamierza podbić świat. Który gromadzi sól, mięso, pieśni bogów i poddanych. O korowodach ślepców i upiorów zmierzających do jego siedziby. Historia zaczyna się przygodowo, więc reagują żywiołowo, jak kinowa publiczność gdzieś w Madrasie. Dziwnie żywiołowo. Śmieją się, pokrzykują, chwytają za broń, jęczą ze zgrozy lub wydają okrzyki przerażenia.
Siedzący z boku na podwyższonym stołku długowłosy blondyn usiłuje mi akompaniować na dziwacznej cytrze, improwizując coś w rodzaju muzyki filmowej. Ale stopniowo milkną. Muzyka gra coraz bardziej nieśmiało, wreszcie opowiadam w głuchej ciszy. Kobiety pochlipują, woje bledną i zgrzytają zębami.
Kończę, kiedy dochodzę do miejsca, w którym zobaczyłem sadybę Grunaldiego Ostatnie Słowo. Nie wiem, co było dalej. Nie wiem i boję się wiedzieć.
Bo tuż pod moimi powiekami drzemią obrazy upiornej, krwawej masakry.
Młody Atleif klaszcze w dłonie, każe przynieść więcej piwa i miodu.
— Jedna rzecz w tym, co opowiedział Ulf, jest ważna dla nas wszystkich, aleście jej nie zauważyli, choć macie przed oczami — powiada. — A jest ona taka, że Ulf wciąż żyje i siedzi tu przed nami. Łatwo przerazić się potwornego Pieśniarza, który ma moc zaklinania ludzi w drzewa i który mieszka w zamku z kręcących się ostrzy. Ale spójrzcie: człowiek, którego ten Pieśniarz chciał zabić, wciąż siedzi z nami przy stole. Nie na wiele zdały się pieśni bogów i moce uroczyska. Łatwo stracić ducha, myśląc o obłąkanych Wężach, którzy pociągną na nas wiosną. O dzieciach zmienionych w żelazne potwory i smokach, które ruszą na nasze ziemie. Ale patrzcie: od miesiąca stoją wokół Domu Ognia, tymczasem ten mąż przeszedł wczoraj przez ich pierścień. Pozabijał wielu Węży i spalił ich strzechy, nawet jeśli sam nie wie, jak to się stało. Więc ani ten Aaken, ani Węże nie są niepokonani. Na wszystko w życiu jest sposób — tak mawiał mój ojciec, Atli. Jest wiele rzeczy niebezpiecznych, ale z każdą odważny mąż obdarzony szczęściem potrafi sobie poradzić. Schroniliśmy się za wały Domu Ognia nie dlatego, że boimy się Węży. Tylko dlatego, że każdy z osobna nie obroni pojedynczych sadyb, kiedy zwali się na nie cała siła. Ale i też dlatego, że możemy usiąść pospołu i ten sposób znaleźć.
Atleif przepija do nich swoim srebrnym rogiem, przemowa przynosi swój skutek. Podnosi ich na duchu. Młodzieniec gdzieś stracił poprzednią trzpiotowatość. Teraz to wódz, przytłoczony odpowiedzialnością za plemię. Krzemienny Koń rośnie.
Znów rozlega się muzyka, ktoś przynosi bębny, ktoś dźwiga dudy. Na razie się bawimy. Wznosimy rogi mętnawego piwa, rwiemy rumiane mięso i żyjemy. Wciąż żyjemy. Uczta trwa.
Piję wraz z innymi, ciągnę piwo długimi łykami jak wodę i usiłuję zabić drzemiące na dnie duszy wspomnienie.
Wspomnienie, które nie dotyczy walki. Dotyczy mordu. Widzę uciekających przede mną ludzi, słyszę własny wściekły ryk przypominający ryk bestii. To wraca.
W krótkich przebłyskach.
Ktoś przepija do mnie, śmieje się i unosi dzban, a ja nagle widzę podobny srebrny dzban we własnej dłoni, pogięty i zbryzgany krwią, którym tłukę zmasakrowaną twarz mężczyzny siedzącego za stołem. Mężczyzny, który nie może się ruszyć, bo moja stopa miażdży mu gardło.
Krótkie przebłyski, w których jestem wyjącą bestią.
Czymś jak Grendel nawiedzający dwór Beowulfa.
Przeraża mnie to, więc zalewam wspomnienie piwem. Nie dlatego, że zarąbałem iluś Węży. Dlatego, że odbyło się to poza mną. W tych wspomnieniach mam wrażenie, jakbym patrzył na wszystko gdzieś z boku. Zepchnięty do roli biernego obserwatora. Nie miałem najmniejszej kontroli nad tym, co robię.
Wraca Grunaldi, padamy sobie w ramiona i czuję się, jakbym spotkał dawno niewidzianego krewnego. Widzę, że autentycznie cieszy się na mój widok, i znowu ściska mnie w gardle.
O zmroku wychodzę z innymi na dziedziniec popatrzeć, jak młodzi tańczą Taniec Ognia. Dwór Atleifa to istne arcydzieło ciesielstwa, wszędzie wznoszą się skomplikowane podcienia, schody i krużganki, wszystko precyzyjnie wycięte z drewna i ozdobione skomplikowanym wzorem oplotów. Jedyny ślad oblężenia to prowizoryczne daszki z grubych desek postawione na słupach, które pozwalają chodzić po dziedzińcu bez nieba nad głową. Chyba musiały się przydawać, bo wciąż tkwią w nich strzały Węży.
Staję oparty o ścianę w krużganku, w towarzystwie dzbana i okutego srebrem rogu, zapalam fajkę. Dziewczęta i młodzieńcy wychodzą na dziedziniec w dwóch rzędach, niemal nadzy, wymalowani w czarne, czerwone i żółte zygzaki, niosąc w dłoniach łańcuchy zakończone kulami uplecionymi z lin. Chłopcy z dość oczywistych względów mają przepaski, dziewczęta jedynie chustki ciasno owinięte dookoła głowy. Po kolei zanurzają łańcuchy w otwartym na chwilę glinianym dzbanie, a potem stają w kręgu. Końce łańcuchów zaczynają dymić, wreszcie wybuchają pryskającym, żółtym ogniem. Tancerze rozkręcają łańcuchy, płomienie śpiewają, rozmazują się w koła i zygzaki, tańczący owijają nimi własne ciała, przeskakują przez kręgi i ósemki ognia wirujące w ich dłoniach.