Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
— Brusie... — powiedziałem. — Nie pójdziesz sam. Znieruchomiał nad workiem, z którego wyciągał szatę Sindara.
— Tohimonie, nie wiadomo, co tam się dzieje. Nie możesz...
— Wiem. Pójdziesz razem z Amitrajem. Spojrzał na mnie wzrokiem pełnym grozy i żalu.
— Benkej zna obyczaj lepiej niż my. Co więcej, urodził się w Zewnętrznym Kręgu i to nawet w Sauragarze. Pójdziecie, będziecie chronić się wzajemnie i razem wrócicie. Obaj. Nie chcę widzieć, że wraca jeden. Czekamy do jutra rano. Potem idziemy wam na pomoc.
Brus zacisnął kilka razy szczęki i westchnął.
— Agiru kano — mruknął niechętnie.
Benkej wstał bez słowa i poszedł po swoje juki. Byli gotowi bardzo szybko. Brus w szacie Sindara, z kijem i w kapeluszu podróżnym na głowie, Benkej w jakimś nieokreślonym, burym stroju i zbyt krótkich, postrzępionych portkach, okręcony pustynnym płaszczem i w kapturze na głowie. Mógł uchodzić za kogoś z niższej kasty, wieśniaka albo i żebraka. Nieprzyciągający uwagi, nijaki człowieczek.
A potem znikli. Wtopili się w suche liście i odeszli bezgłośnie, a myśmy zostali, żeby liczyć muchy siadające na glinianej polepie, drzemać i zmieniać warty.
— Sól i skóry kamiennych wołów... — powiedział Snop w zamyśleniu. — Towar strategiczny. Nawet za cesarza te skóry były liczone co do jednej i w całości kupowane przez armię. Nikomu nie wolno było sprzedawać ich cudzoziemcom. Jeśli zdołali je wywozić wtedy, to może i teraz sobie jakoś radzą.
Westchnąłem. Chciałem w to wierzyć, ale pamiętałem opustoszałe uliczki miasta po rządami Czerwonych Wież. Ludzi mieszkających pod jednym dachem niczym zwierzęta gospodarcze, mężczyzn we wspólnych sypialniach i kobiety pod czułą kuratelą Pramatki. W tym świecie nikt nie mógł nawet iść, ot, tak sobie, ulicą. Albo wykonywał polecenia i miał tu swoje miejsce w codziennym życiu, albo był w podróży i wówczas ogłaszał to proporcem uczepionym pleców. Nikt tu nie miał prawa mieć żadnych własnych spraw. Jak Brus i Benkej mieli zakraść się gdziekolwiek? Wmieszać w tłum? W to, że przemytnicy żyją, przestawałem wierzyć z każdą chwilą.
Kiedy wychodziłem ostrożnie z budynku, nie mogłem nie patrzeć na zasuszonego trupa siedzącego za stołem, z gwoździem wbitym w czaszkę.
Przestałem więc wychodzić i siedziałem na ławie pod ścianą, patrząc, jak wąski pasek słońca prześwitujący wzdłuż derki wędruje po podłodze.
Siedziałem i bawiłem się krótkim pałaszem zwiadowcy, cały czas ważąc w dłoni okręconą rzemieniem rękojeść.
Usiłowałem zachowywać spokój, lecz w środku wszystko zwijało mi się w supły. Nie przypuszczałem przedtem, że tak trudno jest czekać na kogoś, kogo posłało się w paszczę niebezpieczeństwa.
N’Dele zabrał nóż i spuścił trochę soku z pni schnących palm za domem. Napełnił dwa bukłaki, pogwizdując cicho, jakby gospodarz nie siedział kilka kroków od niego w postaci wyschniętego truchła.
— Z tych drzew już nic nie będzie — wyjaśnił. — I tak umierają, skoro woda odeszła. A my za parę dni będziemy mieli palmowe wino. Trochę to mętne, ale powinno się jeszcze zrobić. Pachnie dobrze.
Pokiwałem głową, lecz nic nie odpowiedziałem.
Wrócili późnym wieczorem. Tak samo niepostrzeżenie, jak wyszli. Usłyszałem tylko cichy świst Snopa, który siedział na warcie, i wyskoczyłem z budynku.
— Spokojnie, Ardżuk — powiedział Brus i uśmiechnął się dawnym wilczym uśmiechem. — Żyjemy. Dajcie nam naparu i coś do jedzenia. Kupiliśmy dwie tykwy korzennego piwa.
— Miasto nie wygląda tak źle — tłumaczył potem, żując suszone mięso i popijając. — A wszystko dzięki temu, że rządzą nim rozbójnicy. Władza Pramatki praktycznie nie sięga poza główny plac. Kapłanki siedzą zamknięte w wieży i nie wyściubiają nosa, w Domu Kobiet mieszka najwyżej kilkanaście niewiast. Wojsko pilnuje tylko tego placu i budynku, w którym mieszka urkahan. Reszta to jeden bałagan. Tłumy uchodźców siedzących dookoła miasta, stada baktrianów, pustynni koczownicy, cudzoziemcy, wszystkie ludy imperium, nawet Amitraje. Wszyscy chcą się wyposażyć na drogę w pustynię i iść na południe. Uciekają z Amitraju. Do Jarmakandy albo Nassimu. W życiu nie widziałem takiego chaosu. Mógłbyś wjechać Tygrysim Wozem z proporcami i eskortą i nikt nie zwróciłby uwagi.
— A co z przemytnikami? — zapytałem
— Przybyliśmy w ostatniej chwili. Jest tylko jeden z nich. N’Goma Mpenenzi. Sprzedał już dom, sprzedał już wszystko, co miał, i teraz zbiera ostatnią karawanę w wąwozie za miastem. Wiemy gdzie i musimy być tam jutro o pierwszym brzasku.
Wyruszyliśmy jeszcze nocą, przed godziną koguta, kiedy mrok wydawał się najgłębszy. Przepełniały mnie nadzieja i niepokój. Nocą śniłem o świecie widzianym oczami upiora. Upiora, który przepływał rzekę, kucając na grzbiecie bawołu, w świetle krwawego księżyca. Patrzyłem, jak roiho przebywa czarną, spienioną wodę na karku przerażonego zwierzęcia, a tuż przy brzegu wbija mu nagle szpony w szyję i skacze na brzeg potężnym susem. Gdy Brus wyrwał mnie ze snu, przyjąłem to z ulgą.
— Broń możemy mieć na wierzchu, tak jest nawet lepiej — tłumaczył Benkej. — Obwieśmy się wszystkim, co mamy, a natychmiast otoczy nas szacunek. Poza głównym placem wszędzie jest pełno bandytów. Spory rozwiązuje się nożem, porządek panuje tylko tam, gdzie jest wielu zbrojnych. Każdy chodzi przynajmniej z pałą. Ale za to handel idzie na wszystkie strony, można palić bakhun, można napić się ambriji i zagrać w kości. Są nawet wesołe niewiasty, co to handlują ogniem z brzucha. Wszystko wolno, lepiej niż za cesarza. Wspaniałe miasto. Byle nie leźć na główny plac i okoliczne ulice. Tam są proporce Matki, jest pusto, łyso i strasznie.
— Ciągnął mnie do domu uciech — wtrącił Brus. — Jakbym na pożegnanie tego kraju koniecznie musiał zabrać na pamiątkę szpetną chorobę. Te gamratki wyglądały niczym upiory uroczyska.
— Gdybym wiedział, że już ci wszystko odpadło ze starości, to bym dał spokój. W pustyni będziesz chędożył baktriany i swój bukłak.
Wydobyliśmy z juków wszelkie mordercze żelastwo, jakie mogliśmy znaleźć, i pojechaliśmy rzędem prosto do miasta, wyglądając niczym banda maruderów. Broń przytroczyliśmy tak, jak to robią rozbójnicy i buntownicy. Możliwie wygodnie i możliwie swobodnie — na plecach, na ramieniu, przy łydce albo za pasem, byle nie tak, jak nosi wojsko. Dopilnowaliśmy też, by każdy wyglądał inaczej.
Ci, co chcieli iść południowym szlakiem, otaczali miasto szerokim kręgiem. Wszędzie stały szałasy i namioty, dziesiątki wozów i wózków, za krzywymi murkami z kamieni leżały w ścisku pokraczne, garbate baktriany, najróżniejsze towary wykładano wzdłuż szlaku wprost na matach. Przy podmiejskim źródle, podobnym teraz do błotnistego bajora, tłoczyło się mnóstwo ludzi i co chwila wybuchały bójki. Kiedyś wokół tych źródeł istniał pustynny ogród. Szumiały krzewy i drzewa, pluskały strumienie. Kwitły kwiaty, rosły warzywa i owoce. Teraz wszystko pożarto i zerwano, a to, co nie nadawało się do jedzenia, połamano, zdeptano i porąbano na opał. Pustynny ogród zmienił się w pokryte spękanym błotem pustkowie, gdzie straszyły suche pnie i połamane gałęzie. Wyglądało na to, że większość ludzi przez cały dzień zajmuje się albo zdobywaniem wody, albo jej noszeniem. Wszędzie snuły się tłumy z najróżniejszymi naczyniami — dzbanami, tykwami, wiadrami. I nikomu nie przeszkadzało, że w stawie pływały dwa trupy.
Tak jak mówił Benkej, na widok naszego arsenału tłum się rozstępował, ale nie do końca. Wszędzie jak wyschnięte gałęzie wyciągały się do nas ręce tych, którzy głodowali. Ręce trzymające żebracze miski albo ręce puste, chwytające za ubrania i końskie rzędy. Jechaliśmy wśród lamentu i zawodzenia tych, którym było już wszystko jedno, którzy od wielu dni jedli rozpacz i popijali piaskiem.