Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 85 86 87 88 89 90 91 92 93 ... 116
Перейти на страницу:

Ponownie odpalono pochodnie, ponownie cała grupa obeszła las, krzaki i brzeg wokół obozowisk i ponownie bez efektu.

Poza tym, że znowu ktoś zniknął.

Po następnym ataku pozostał jeden świadek. Roztrzęsiony mężczyzna bez hełmu i broni wpadł w krąg światła innego ogniska i zaklinał się, że puszcza ożyła i na jego oczach zabiła troje ludzi. Mówił o parze oczu, które nagle zalśniły w gęstwinie liści, i wojownikach, którzy padali jeden po drugim, strzelając fontannami spienionej krwi, nie zdążywszy nawet unieść mieczy, o świście stali, której nie było widać. Bredził, że przez puszczę zawiał wiatr, który sprawił, że liście zamieniały się w ostrza. Że Wielki Aaken nie jest już jedynym, który posiadł pieśni bogów.

Strach stopniowo zamieszkał wzdłuż całego pierścienia oblegających. Dołożono do wielkich ognisk, zapalono wszystkie pochodnie.

Dzika pieśń muzykantów umilkła.

Zapadła cisza, przerywana tylko pluskiem wody w jeziorze i krzykiem lelków. Łucznicy bezradnie przepatrywali mrok, kierując broń za spadającymi liśćmi, chwiejącymi się gałęziami i napinając cięciwy na każdy szelest. Kilka razy strzały posypały się z wizgiem, mknąc gdzieś w ciemność, ale bez żadnego efektu.

Nikt nie kwapił się pójść w las sprawdzić, czy coś trafiono.

Młody wojownik poszedł zmienić wartownika stojącego na brzegu. Tej nocy jednak strażnik nie obserwował odległego grodziska. Stał z mieczem kurczowo zaciśniętym w garści, z wyrazem napięcia na twarzy, wpatrując się w gęstwinę lasu, cały czas mając za plecami jezioro.

Chłopak zawołał go z daleka — bez efektu. Dopiero kiedy podszedł na dwa kroki i oświetlił wartownika pochodnią, wrzasnął przeraźliwie, bo zobaczył, że tamtemu w poprzek szyi otwiera się szpara jak drugie, czarne usta. Szarpnął strażnika za ramię i gdy woj zwalił mu się w ramiona całym ciężarem, okazało się, że stał dzięki włóczni wbitej między łopatki i zatkniętej drzewcem w mokry piasek plaży.

Młody wojownik opowiadał później, że widział potwora — monstrum o kształtach człowieka, ale zrodzone z ziemi i porośnięte liśćmi oraz gałęziami. Stwór nie miał w ogóle rysów twarzy, wydawał się kukłą z błota, widać było tylko parę lśniących oczu. Patrzył na młodego Węża przez chwilę, a potem odwrócił się i zniknął wśród nocy.

Po prostu rozpłynął się w ciemnościach.

Wartownicy zauważyli przybysza, gdy pojawił się na plaży — ciemna sylwetka, idąca sztywnym krokiem wzdłuż jeziora.

Najpierw rzucono pochodnie, które spadły parę metrów od jego nóg. Nikt nie rozpoznał mężczyzny, ale było przynajmniej widać, że idzie sam.

Potem, kiedy podchodził już do furty, podpalono maźnicę i uniesiono ją nad wałem na długim żurawiu. Migotliwy płomień płonącej terpentyny i smoły rzucił krąg bladego światła pod bramą.

Gdy wszedł w ten krąg, tuż pod jego stopami w piasek wbiła się pierwsza ostrzegawcza strzała.

Miecz wysunął mu się z dłoni raczej niedbale, jak rzecz zbędna i bezużyteczna. Spadł na wymieszany ze żwirem, mokry piach. Przybysz sięgnął powoli pod pachę po długi, wymyślny nóż, cisnął go obok miecza, a potem rozłożył szeroko ręce na boki, pokazując dłonie w rozedrganym blasku maźnicy, i podniósł twarz do stojących nad bramą Ludzi Ognia. Miał przymrużone oczy, powieki lekko drgały. Zobaczyli też, że całe ciało, twarz i ubranie jest pokryte kopciem, krwią oraz wyschłym błotem i okręcone gałęziami przytrzymywanymi przez krzyżujące się na piersi rzemienie.

Milczeli.

I on milczał, stojąc z rozłożonymi rękoma pod łopocącym, bladym płomieniem maźnicy.

Z wnętrza grodu rozległo się wściekłe rżenie i kwiczenie konia, potem łomot, jakby wierzchowiec usiłował rozwalić boks.

Daleko, na drugim brzegu jeziora huknęło przeraźliwie, aż stojący na częstokole przysiedli odruchowo. Na mechanizmie spustowym odwróconej w przeciwną stronę katapulty przepalił się sznur i oszczep śmignął prosto w stertę beczek i gąsiorów ze zdobyczną smoczą oliwą. W ciemnościach wykwitł nagle pomarańczowy płomienisty grzyb, który rozlał się po brzegu plamą huczącego ognia. Pomalował taflę jeziora i brzeg migotliwym blaskiem. Z oddali podniósł się rozpaczliwy krzyk z wielu gardeł. W ciemnościach pojawiło się kilka miotających się dziko sylwetek, zmienionych w płomieniste kukły, pędzących do jeziora.

— Nitj’sefni! — wrzasnął ktoś wysoko na palisadzie. Mężczyzna o łysej, tatuowanej czaszce oparł się o belki częstokołu i wrzasnął po raz drugi.

— Ulf! Ulf Nitj’sefni! — wrzeszczał Grunf Kolczaste Serce. — Ulf! Który syn kozy strzelił mu pod nogi!? Ulf! Ulf!

Kiedy pędził w dół po drewnianych stopniach, nie słychać było kroków, bo dźwięk tonął w skandowanym wzdłuż częstokołu imieniu i łoskocie toporów walących o okucia tarcz.

— Ulf! Ulfj Ulf!

Drakkainen jednak tego nie słyszał, bo leżał już twarzą na mokrym żwirze z rozkrzyżowanymi ramionami, zupełnie bez ruchu.

* * *

Otwieram oczy prosto w sufit. Belkowany sufit z heblowanego drewna, przecięty legarami. Leżę na wznak na szerokim łożu, przykryty czystym, lnianym prześcieradłem, w jasnym pomieszczeniu i nie wiem, gdzie jestem.

Ostatnie, co pamiętam, to marsz w dół zbocza w kierunku gródka Grunaldiego zajętego przez Węży.

Siedziałem, paliłem fajkę pod drzewem, a potem zobaczyłem, co się dzieje wokół drewnianego dworu. Na tym koniec.

Nie wiem, co dalej.

Amnezja?

Pomieszczenie jest prawie puste, przestronne. Światło wpada przez małe okna, wyłożone okrągłymi, szklanymi gomółkami.

Kręci mi się w głowie, za minutę wybuchnie w niej ból. Ciężki, podobny do kaca, czai się już za powiekami i gdzieś pod potylicą.

Poruszam delikatnie każdym mięśniem po kolei, od palców u nóg po mięśnie twarzy. Chyba nie jestem ranny i nie jestem związany. Przebiegam językiem po zębach, ale wydaje się, że mam wszystkie.

Nic nie pamiętam. Sądząc po kosztownych oknach, to raczej nie jest gródek nieszczęsnego Grunaldiego. Idiotyczna myśl, że trafiłem w troskliwą gościnę u Węży, raczej nie znajdzie potwierdzenia.

Nadal nie ruszam się przez chwilę, ale w końcu pozwalam sobie na czujne spojrzenie po izdebce. Jestem jednak sam.

Odrzucam prześcieradło i ostrożnie siadam na łóżku.

Jestem nagi.

I w pewnym sensie umyty. Wytarto mnie czymś, może wilgotnymi gałgankami, ale brud wżarł się w linie papilarne, utkwił w skórze, gdzieniegdzie, na przykład pod pachami, na bokach i karku została brunatnozielona skorupa. Gdzie indziej z kolei jestem umyty z niezwykłą wprost starannością.

Brud przypomina resztki kamuflażu. Sporządzonego starannie z gliny, roślinnego soku, sadzy z tłuszczem i chyba krwi. Zdaje się, że były tam nawet jakieś wzory rozcinające. Został sporządzony starannie i z rozmysłem. Musiałem rozgnieść odpowiednie liście, wygotować z nich sok, rozmieszać tłuszcz na pastę z gliną, potem precyzyjnie nanosić na całe ciało maskujące wzory. To trwa, a niczego takiego nie pamiętam.

W ogóle nic nie pamiętam.

Siadam na rzeźbionym łożu i widzę, że pod ścianą leży moje siodło, moje sakwy i toboły, a obok łuk, nóż i miecz, które miałem przy sobie.

Rozgryzłem jagody. Przypominam sobie cierpki, musujący smak uderzający w nozdrza i mózg niczym wybuch fajerwerków.

1 ... 85 86 87 88 89 90 91 92 93 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)