Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
I zapach maciejki.
Kiedy wstaję, znowu kręci mi się w głowie, jestem słaby jak dziecko.
Do bagaży pełznę na czworakach, drżącymi palcami odpinam klapy, wyciągam manierkę, kubek, potem apteczkę w postaci skórzanej, rozkładanej sakwy.
Mogłem gdzieś pełznąć w obłędnym widzie, naćpany magią i nieprzytomny. Ale rozgniatać w czymś liście, przygotowywać kamuflaż? Nie zgubić niczego, nawet miecza i noża?
Wrzucam do kubka dwie tabletki kompleksu regeneracyjnego, w izbie nie ma wody, a manierka jest pusta. Obok łóżka stoi jednak gliniany dzban zatkany wciśniętym do środka okutym rogiem. Piwo. Ktoś troskliwy zadbał o moje przebudzenie. To dobrotliwe przekonanie, że budzący się człowiek przede wszystkim powinien huknąć sobie piwa, przywodzi na myśl Ludzi Ognia. Rozpuszczam tabletki w piwie, zapach cytrusów miesza się niezachęcająco z ciężką, kozłową wonią moszczu. Trzęsą mi się ręce.
Nie mam większych ran na ciele, widzę jednak parę blizn, których nie znam. Niezliczone drobne ranki, szramy i skaleczenia są zaognione, lecz nie powinno z tego być zakażenia.
Gdzieś pod tym skacowanym oszołomieniem czuję zadrę. Coś, jak zapomniany koszmar.
Wypijam łyk dziwacznie smakującego toniku i nagle widzę, że jedna z ran na ręku, podłużny esowaty strup zaczyna się ruszać. Pęka na moich oczach, ze środka wydostaje się wijąca mała skolopendra barwy świeżej krwi.
Z kolejnej wystaje czerw. Wypełza pulsującymi ruchami z mojego ciała i spada na podłogę. Potem następny i następny.
Krzyczę i otrzepuję się histerycznie, robaki wychodzą z mojego ciała jeden po drugim, spadają na deski i rozpełzają się po komnacie.
Wrzask zmienia się w spazmatyczny kaszel, padam na kolana i zwijam się w skurczach, wymiotuję kaskadą jakichś białych, kulistych owoców wielkości piłek golfowych. A potem widzę, że to oczy.
Ludzkie oczy, które patrzą na mnie oskarżycielsko.
Spoglądam na swoje dłonie, całe pokryte lepką, gorącą krwią i parują żelazistym smrodem surowizny.
Leżące na podłodze oczy drgają przez chwilę, a potem nagle ze środka wykluwają im się czarne, cienkie nóżki, upodobniając je do pajęczaków.
Cofam się aż pod ścianę, dygocąc ze zgrozy, i usiłuję sobie przypomnieć, czy mam w jukach cokolwiek przeciwko schizofrenii. Jestem jednak na Midgaardzie, tu każde szaleństwo może stać się ciałem i każde może być rzeczywiste.
Kontroluję oddech.
Ignoruję dygocące nogi, ręce parujące od świeżej krwi, oczy pełznące ku mnie z chrobotem nóżek po drewnianej podłodze, wijące się to tu, to tam robaki, które wygryzły sobie drogę z wnętrza mojego ciała.
Oddycham.
I przejmuję kontrolę nad sytuacją. Na siłę. Wbrew faktom. Jakbym ujeżdżał rozszalałego konia.
Oddycham. Wciągam powietrze przez nos, wypuszczam ustami. Ugniatam skronie, uderzam się kilka razy w twarz.
— Perkele kukka... niitty... — szepcę bezwiednie. Oczy pełzną do mnie po podłodze, słyszę skrobanie czarnych, chitynowych odnóży. Szept zamienia się w krzyk.
Skrobanie ustaje.
Otwieram oczy.
Nie ma ślepiopająków, nie ma czerwi ani plam krwi. Podłogę porastają kwiaty. Uproszczone, syntetyczne, trochę jak stworzone przez cukiernika atrapy z bezy lub pianki. Gdyby paprotki mrozu na szybie były przestrzenne, tak by wyglądały.
Kwiaty sublimują w parę, migocącą niczym mikroskopijny diamentowy pył, który rozprasza się w powietrzu.
Nie mam już krwi na rękach, na podłodze została tylko sycząca plama regenerującego napoju z piwem.
Przez jakiś czas siedzę na łóżku, później znajduję w bagażach świeżą paczkę „Half and Half" i nabijam fajkę.
Czekam, aż ręce przestaną mi drżeć.
A potem wyciągam z juków świeże ubranie.
Małe, wycięte półkoliście, drewniane drzwi ustępują ze skrzypieniem, wypuszczając mnie na wąskie schody.
U stóp schodów na przykrytej skórą skrzyni półleży wielki mężczyzna o łysej czaszce. Mimo że schodzę jak najciszej, budzi się i zrywa na równe nogi.
Przecięta spiralami tatuażu twarz, rozjaśniona nagle szerokim, wilczym uśmiechem wydaje się prawie przystojna.
— Żyjesz! — krzyczy tubalnie Grunf Kolczaste Serce. Jedna wielka łapa miażdży moje przedramię jak imadło, druga otula kark. Odpowiadam tym samym gestem, stykamy się na chwilę czołami.
— Żyje! — wrzeszczy Grunf gdzieś w głąb domostwa. — Żyje! Ulf żyje!
— Jak długo spałem? — Głos mam taki, jakby gardło wypolerowano mi papierem ściernym. Słyszę bieganinę i nawoływania.
— To trzeci dzień — odpowiada Grunf. — Czekaliśmy na zmianę! Bali się! Pod drzwiami widać było światło, które potem zgasło, słychać było rżenie koni i wycie wilków. Gdy Atleif zajrzał do środka, to opadły go nietoperze! Ale zwiewał! Już skald zaczął nucić piosenkę o styrsmanie, którego we własnym dworze straszą nietoperze! Krew się lała pod drzwiami, a potem znikła. Posłali już po kapłana. Ale ty żyjesz!
— Jagody mi zaszkodziły — mówię. — Gdzie tu jest łaźnia?
— Jak cię przyniosłem — opowiada sternik — i sprawdziliśmy, że dychasz, to baby omal się nie pobiły, która cię będzie obmywać. W końcu zamknęły się z tobą w łaźni we trzy.
— Przy okazji pokażesz mi, które — cedzę. — Trzeba będzie to powtórzyć, bo nic nie pamiętam.
Paleniska w łaźni są jeszcze gorące, jest też kilka kotłów wrzątku.
Najpierw chlustam wodą na kamienie i siedzę w kłębach gorącej pary, smagając skórę witkami, potem zanurzam się w cebrze z lodowatą wodą, później dodaję trochę ciepłej i biorę normalną kąpiel. Trwa to z godzinę, ale po raz pierwszy od miesięcy jestem czysty.
Po parówce i kąpieli czuję się lepiej, chociaż wciąż kręci mi się w głowie i jestem słaby jak niemowlę.
Dziewczyna czeka na mnie przed łaźnią. Młoda, o smagłej twarzy i ciemnofioletowych włosach związanych w koński ogon. Ma pełne usta, wypukły nos i wilgotne, sarnie oczy pod wyrazistymi brwiami.
— Grunaldi mówił, że najpierw będziesz spał, potem się kąpał, a potem jadł. Powiedział, że przedtem nie wolno ci przeszkadzać. Nawet Atleif czeka. Chyba jesteś kimś znacznym. Zastawili stół jak na Powrót Słońca i czekają. Już dwa dni tak czekają.
— Grunaldi?! — przerywam, chwytając dziewczynę za ramiona. — Powiedziałaś: Grunaldi? On żyje?!
— Pewnie, że żyje. Ściągnął tu ze swoimi na zimę, tak jak wielu innych. Zabrali dzieciaki, zapasy, stada, konie i łodzie. Nie zostawimy niczego Wężom, a na wiosnę ich pobijemy. Wepchniemy z powrotem w te ich góry.
— Zaraz... — Siadam osłabły z ulgi na jakiejś skrzyni. — To znaczy... że nie zabili Grunaldiego... że tamci Węże...
Patrzy na mnie z troską, lekko przechylając głowę.
— Gdzie są stajnie?!
— Stajnie... — powtórzyła. — Grunaldi też mówił, że tak będzie. Że najpierw polecisz witać się ze swoim koniem. Podobno z nim gadasz... Aleś ty dziwny. Szkoda. Taki wielki chłop, a mnie się zdaje, żeś chyba słaby na głowę. Następny cudak. Co za czasy...
Moje nerwy nie są w najlepszym stanie, bo ciągle się wzruszam. Najpierw w stajni, tuląc głowę do czoła rżącego upiornie Jadrana. Słyszę te jego głupstwa buczące w rezonatorze: Jadran czekał, Jadran tęsknił, Jadran już nie puści Vuka, Jadran był sam... Teraz Jadran i Vuko razem, razem..., gładzę go po szyi i czuję, że gorące łzy płyną mi po twarzy. Na szczęście nikt nie widzi. Jest tylko duszny aromat stajni, chrzęst słomy pod kopytami i półmrok.
Jasne, przywiązuję się do zwierząt. Przywiązuję się też do ludzi. Ale zwykle trudno mnie wzruszyć. Chyba coś ze mną nie za dobrze.