Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Hacel zeskoczył z siodła, podszedł do dziewczyny, po czym sięgnął po leżący na ziemi bukłak. Odkorkował go, powąchał, unosząc lekko dół zasłony, a potem wręczył jej i zrobił zachęcający gest dłonią. Złapała ustnik dygocącymi rękoma i upiła odrobinę. Hacel szarpnął niecierpliwie workiem, dziewczyna zakrztusiła się, ale wypiła kilka solidnych łyków. Teraz tropiciel przejął bukłak i łyknął, przepłukał usta i wypluł siarczyście na kamienie. Odczekał chwilę, skinął głową i rzucił worek Snopowi.
Patrzyłem, nic nie rozumiejąc, miałem wrażenie, że rozgrywa się przede mną jakiś spektakl.
Snop zeskoczył na ziemię z bukłakiem w dłoni, a Hacel ponownie dosiadł konia. Patrzyłem, jak nasz dowódca podchodzi do misy i obojętnie rozgarnia grzechocące tam przedmioty, które wyglądały niczym garść świecącego żwiru lub potłuczone szkło. Wyciągnął korek i przełknął trochę wina, po czym ujął pochodnię i oświetlił dziewczynę.
Uniosła dygocące ręce do mosiężnych zapinek sukni, ale nie mogła sobie z nimi poradzić. Snop sięgnął po swój krótki nóż i rozciął jej suknię, a potem chwycił za ramię i pchnął lekko w kierunku czegoś, co przypominało chlewik.
Krzywe drzwi zamknęły się za nimi ze skrzypieniem, a my czekaliśmy, siedząc w siodłach i nie odzywając się ani słowem. Z chlewika dobiegały nas stęknięcia i jęki dziewczyny, trwało to jakiś czas, potem zapadła cisza.
Chrząknąłem w zakłopotaniu i wbiłem wzrok w łeb mojego konia, który zastrzygł uszami i parsknął pytająco. Usłyszałem stłumiony krzyk dziewczyny, który przerodził się w przerażający, krótki wrzask, jakiego nie mogło wydać ludzkie gardło.
Zmartwiałem w siodle i w jednej chwili uświadomiłem sobie, że tropiciele to ludzie, którzy kiedy znajdą się w swoim żywiole, stają się zupełnie bezkarni. Są jak wściekłe wilki. Nie dogodziła mu? A może po prostu tropiciel miał taki kaprys? Może tylko lubił zabijać?
A jednak byli Kirenenami. Przydzielono ich do mnie, byli w jakimś sensie moimi ludźmi, więc poczułem się zdradzony. Zbrukany. Jakby bezmyślna zbrodnia Snopa obryzgała i mnie.
Otworzyły się drzwi, Snop wyszedł, wycierając ostrze miecza wiechciem słomy, po czym rzucił komuś bukłak i przykląkł przy misie z klejnotami. Nabrałem ochoty, żeby ściąć go tu i teraz, póki klęczy ze zwieszoną głową i nikt na mnie nie patrzy. Potem pogonię do bramy i dalej, do Nahilgył.
Zacisnąłem dłoń na rękojeści miecza, a wtedy z chlewika wyszła dziewczyna. Cała i zdrowa, usiłowała doprowadzić do porządku rozciętą z przodu i utytłaną błotem oraz nawozem weselną suknię.
Snop wsypał kamienie do sakiewki, po czym wybrawszy dwa klejnoty, rzucił je dziewczynie i znów zniknął w chlewiku. Kiedy wrócił, niosąc skrwawione martwe jagnię, które przytroczył do siodła, poczułem się jak głupiec.
Dziewczyna została z tyłu, a my ruszyliśmy ku otwartej znienacka drugiej bramie. Obok znajdowała się taka sama budka strażnicza jak na wjeździe, ale ciemna, zaryglowana od środka i martwa, jakby nikt nigdy w niej nie mieszkał. Gdy wyjechaliśmy na trakt, brama zamknęła się bezszelestnie za nami, usłyszałem podzwanianie łańcucha.
Przejechaliśmy.
Nie odezwałem się aż do brzasku, kiedy znaleźliśmy osłonięte miejsce i zatrzymaliśmy się na popas. Było mi głupio.
— Tam w kiszłaku... — Przełknąłem ślinę. — Sądziłem, że zabiłeś tę dziewczynę. Co tam się stało?
— Przez wieś przejechali górscy rozbójnicy — wyjaśnił. — Nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni. Klejnoty, wino i dziewczyna były po to, by zostawili wieś w spokoju.
— A po co zarżnąłeś jagnię?
— Zachował się jak prawdziwy zbój — parsknął Brus. — Po prostu musiał coś ukraść. Jakby tam nie było jagniąt, to odlałby się na ulicy albo potłukł czyjeś garnki.
— Lepiej, że zarżnąłem jagnię niż dziewczynę. Moje go-hanmi nie jest już w najlepszym stanie i właściwie wszystko mi jedno. Chodzi jednak o to, żeby nie zdziczeć od wojny. Mimo wszystko dziękuję za zaufanie, tohimonie.
— Wybacz — powiedziałem sucho. — Ale nie znam cię, a widziałem już niejedno. Tak to wyglądało.
— I co byś zrobił? Jechał dalej pod eskortą szaleńca?
— Nie wiem, przywykłem już, że wojna to tryumf konieczności. Chociaż tu żadnej konieczności nie było.
— Mylisz się. Nie było konieczności zabijać dziewczynę, ale była, żeby zrobić coś zbójeckiego. Twój przyboczny ze mnie drwi, lecz ma rację. Zresztą nie widzę, byście obaj gardzili tym mięsem.
Góry się skończyły, zmieniły w łagodne pagórki i samotne skały. Zjechaliśmy ze szlaku i powędrowaliśmy na przełaj pustkowiem, a po dwóch dniach zobaczyliśmy w oddali zabudowania, jakby wzgórza pokrywała drobna wysypka. Wstawał świt.
— Nahilgył — oznajmił Snop. — Teraz dopiero zrobi się ciekawie.
— O czym mówisz? — spytałem.
— Tu mieliśmy dotrzeć. Spotkasz tu swoje przeznaczenie?
Wzruszyłem ramionami. Sam nie wiedziałem, co dalej. Szczerze mówiąc, tak przywykłem już do drogi, że nie wyobrażałem sobie, iż można po prostu gdzieś dojść.
— Nahilgył to tylko etap — odparłem. — Mamy kogoś spotkać, a potem ruszać dalej. W Nahel Zym. Za Erg Krańca Świata.
Gdzieś z tyłu Brus parsknął z irytacją.
Daleko szlakiem ciągnęła grupka ludzi, maleńkich stąd niczym mrówki, bliżej jakiś dzieciak w luźnej koszuli poganiał kilka beczących kowiec.
— Ukryjmy się — mruknął Snop. — Ruch tu jak w Święto Latawców.
Zsiedliśmy z koni i weszliśmy między wyschłe krzewy i skały. Odległe miasto zniknęło nam z oczu.
Zatrzymaliśmy się w opuszczonym gospodarstwie stojącym w kępie schnących krzewów. Kilka ulepionych z gliny chat o zapadniętych słomianych dachach, ustawionych w czworobok wokół studni.
Obserwowaliśmy siedzibę przyczajeni wśród skał, ale wśród krzewów i dziwacznych drzew podobnych do pęków pierzastych liści nic się nie poruszało.
Snop mlasnął cicho, po czym zrobił parę szybkich gestów. Benkej i Hacel zdjęli z pleców łuki, zsunęli się po piaszczystym zboczu na brzuchach, bezgłośnie jak węże.
Tam, gdzie znikli, przez chwilę tylko kołysały się źdźbła, a potem nie było nic widać ani słychać.
Czekanie nie trwało długo, lecz szarpało nerwy. Wraz ze słońcem wstawał upał, skądś pojawiły się wielkie, lśniące muchy. Starałem się leżeć tak nieruchomo jak pozostali, ale przeklęte owady pchały się do oczu i ust. Powoli, tak jak mnie uczyli, sięgnąłem nad otwór kaptura, rozpiąłem muślin i opuściłem go na twarz. Tropicieli prawie nie było widać, mimo że znajdowali się ode mnie o kilka kroków. N’Dele półsiedział niemal wrośnięty w ostre jak brzeszczoty, wąskie liście i trzymał przed sobą poziomo łuk, oparty majdanem o kolano, zupełnie nieruchomy, niczym martwy, wpatrując się w budynki mimo much pełzających mu po wargach i policzkach barwy miedzi. Nawet grot jego strzały mierzącej w gospodarstwo na dole został poczerniony sadzą, by nie zalśnił w blasku poranka.
Hacel pojawił się zupełnie swobodnie na środku podwórza z mieczem schowanym do pochwy, wyprostował dłoń i machnął nią przed sobą, jakby pogładził niewidzialną deskę.
Krzaki i kępy trawy wokół mnie ożyły, zmieniając się w tropicieli. Kebiryjczyk spędził muchy z twarzy i zdjął strzałę, Snop gwizdnął cicho na wierzchowce, które podniosły się z piachu, po czym ujął dwa z nich za tręzle. Ktoś przeciągnął się, aż zatrzeszczało mu w kościach.
— Ten znak mówił: „spokój" — mruknął do mnie Brus. — Tak się mówi, zarówno gdy gdzieś jest zupełnie pusto, jak i wtedy, kiedy wszystkich się pozabija. Tak czy inaczej panuje wtedy spokój.