Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
N’Dele postawił przede mną blaszaną, baniastą czarkę o podwójnych ścianach i nalał naparu z pyrkocącego tygla.
Pociągnąłem łyk. Napar Kebiryjczyka był inny niż przywykłem, pachniał egzotycznie jakimiś korzeniami i melasą, ale smakował mi.
Snop spojrzał, jak wypijam łyk i odstawiam czarkę na stół, po czym otulił pięść dłonią i uniósł ją do czoła.
— Agiru kano! — powiedział.
— Agiru kano! — odezwał się jak echo Kebiryjczyk i dodał: — Endo, n’wenzi.
— Agiru kano! — powtórzył Benkej ze swojej ławy, wąchając napar w czarce.
Brus milczał przez chwilę. Przez kilka uderzeń serca.
— Oczywiście zawsze będę u twojego boku, tohimonie. Ale zanim powiem agiru, powiem coś jeszcze. Zrozumcie mnie. Porwaliście nas na szlaku. Wbiliście kebiryjskie igły w głowę mojego tohimona. Jest między wami człowiek, który już raz zdradził swój naród. Teraz chcecie iść z nami na koniec świata i tak zdecydował syn Oszczepnika, któremu służę od czasu, kiedy jeszcze był niedorostkiem. Nie znam was. Ale odtąd będę wam ufał. Tak zdecydował tohimon. — Agiru kano!
— To o mnie chodzi — odezwał się Benkej. Zasalutował pięścią. — Tohimonie, pozwól mi mówić z twoim przybocznym, bo tak nie możemy iść w pustynię. Będzie patrzył podejrzliwie za każdym razem, gdy kucnę za skałą.
Skinąłem głową. Tropiciel podszedł do stołu i postawił na nim jedną nogę, po czym oparł się na udzie i spojrzał Brusowi prosto w twarz.
— Słuchaj mnie, synu Piołunnika. To prawda, nie urodziła mnie niewiasta z żadnego klanu waszego narodu. Jestem Amitrajem. Z wielkiego miasta niedaleko stąd. Z przeklętego Sauragaru, o którym mówią, że jest miastem zła. Pochodzę z niskiej kasty, z plemienia Karahai. Ale nigdy nikogo nie zdradziłem, a już zwłaszcza przeklętej Pramatki. Urodziłem się w kraju cesarza Baraldina Tendżaruka. A cesarz powiadał: Benkej, możesz sobie być Karahimem, możesz być księżycowym psem, co ma ogon między nogami, ale ja mówię: wstań i zrób coś pożytecznego. Naucz się czegoś i zarób na siebie. Jesteś człowiekiem nie gorszym od żadnej niewiasty i nie gorszym od żadnego Efraima czy Sindara. Tyle będziesz wart, ile zdziałasz w życiu. Pojmij niewiastę, jeśli znajdziesz taką, co cię zechce, i spłodź dzieci. Nie rób tego i tamtego, nie kradnij i nie krzywdź innych. Ale co do reszty, radź sobie, jak umiesz. Proste prawa. W kraju cesarza każdy był dobry. I Amitraj, i Kirenen, i Nassimczyk, i Kebiryjczyk, i każdy. I to był mój władca. Takie prawo poważam. Mam w zadku pomysły, by wszystko i wszyscy stawali się jednym. Nie są jednym. Każdy jest inny. Jeden jest wysoki, drugi mądry, trzeci leniwy, czwarty odważny. Ktoś zdrowy, ktoś chory. Ktoś bogaty, ktoś biedny. Jeden sobie radzi, drugi nie. Tak toczy się życie. Można sobie poradzić, tylko jeśli jest się wolnym. Ludzie nie rodzą się niewolnikami i nie rodzą się jednakowi. Nawet Amitraje. Dlatego jestem i zostanę poddanym cesarza, który pozwalał mi układać życie jak chcę, mówić co chcę, jeść co chcę i chędożyć kiedy chcę. Nigdy nie wrócę do zagrody dla Karahimów. Nie pokłonię się przed Kodeksem Ziemi. Pluję na Kodeks Ziemi! To jest księga dla kowiec, które potrzebują Oświeconych, żeby za nich myśleli. Każą moim rodakom być jak mrównice. Jak bezmyślne robaki. Chcą ich zmieniać tak, by wszyscy byli jednakowi. Tylko że nie można wydłużyć niskiego ani dodać rozumu głupiemu. Można jedynie obciąć tego, co wyrósł, ogłupić tego, co myśli, i zrujnować bogatego. Tylko w ten sposób mogą stać się jednym. Nie da się zrobić tak, by wszyscy byli bogaci. Łatwo natomiast wszystkich uczynić biednymi. A komu się nie podoba, to rozwalą mu łeb motyką i oddadzą świętej ziemi. Ziemia nie jest święta. To tylko błoto pod naszymi stopami. Nie będę kłaniał się błotu. Wolę być ostatnim poddanym cesarza i walczyć u boku Kirenenów. Wolę Iść Pod Górę na spotkanie waszego Stworzyciela niż być bezmyślnym robakiem, którego wypluła ziemia i który ma się stać ziemią. Nie noszę klanowego noża. Nie potrzebuję, bo nie jestem Kirenenem. Ale noszę nóż tropiciela, który mi wystarczy, i to jest mój klan. Jestem askaro waszej armii, bo to była kiedyś armia cesarska. Kiedyś zostanę może okuninem. Ale zawsze będę żył tak, jak uczył cesarz. Sam radzę sobie ze światem, własnymi rękami. To wszystko. Może kiedyś nauczysz się mi ufać, synu Piołunnika. A może kiedyś ja się nauczę ufać tobie. To nie ja mówię nagle przy ognisku, że wyznawcy Podziemnej nie znają samotności ani niepewnego losu. To nie ja mówię, że wolno przebijać ciało starca gwoździami, nawet jeśli odmówił komuś wody. Chcę iść u twojego boku, tohimonie. Ale jeśli powiesz, że i ty nie możesz ufać Amitrajowi, odejdę z powrotem do naszych ludzi za górami. Wrócę do tohimona Knota. Mosu kando!
— Słyszałem cię — powiedział Brus. — Wybacz. Powiem jeszcze raz. Nie znam cię. Ale poznam i wtedy będę wiedział. Mówiłem, co myślę. I mówiłem, że ci zaufam. Zrozum jednak, co czuję.
— Benkej idzie z nami — rzuciłem. — Tak postanowiłem.
— Agiru kano! — szczeknął Benkej tonem służbisty i wrócił na swoją ławę.
— Jeszcze raz pytam, co teraz? — odezwał się Snop. — Rozkazuj, tohimonie.
— Brusie?
— Agiru... — mruknął Brus. — W mieście powinno być dwóch ludzi. Kebiryjczyków. To bracia. Bracia Mpenenzi. Prowadzą przez pustynię karawany soli i handlują z ludźmi-niedźwiedziami. Daleko. Tamci kupują sól i skóry kamiennych wołów. Płacą kosztownościami i kruszcem, który dostają od ludzi z wilczych okrętów. Mamy przyłączyć się do karawany i wraz z nimi przejść Pustynię Krańca Świata. A potem iść w dzikie krainy wilczych okrętów.
— Dokąd? — spytałem spokojnie.
— Nie mogę tego powiedzieć za wcześnie — oznajmił Brus. — Wybacz, tohimonie, ale tak nakazał cesarz.
— Pięknie — wycedził Snop. — A jeśli zginiesz, to co mamy robić?
— Taki los, jak ten przepowiedziany przez Wiedzących, sam się obróci. Niczego nie wolno przyspieszyć. Jeżeli jednak tak się stanie, kierujcie się na północ. Aż do morza. Odpowiedź da morze i niebo.
— Nie wierzę — oznajmił Snop i lekko odepchnął się od stołu.
— Boś nie miał do czynienia z tymi waszymi Hekimu, Wiedzącymi, synu Cieśli — odezwał się N’Dele. — A ja tak. To naprawdę musiał być obrzęd Pytania. Oni uważają: los jest pajęczyna, a chcą, żeby nas poprowadził. Jeśli Brus powie za dużo, naturalnie my idziemy na skróty i wtedy nic z tego nie będzie. Olimwenga usuri.
— Słyszałem, co powiedziałeś — mruknął Snop. — Ci bracia mieszkają w mieście? Widziałeś, co tu robią z kupcami. Mogli ich wysłać do Domu Mężczyzn, żeby sadzili bulwy w piachu, albo pogłaskać motyką po łbie. Jak ich miałeś znaleźć? Pod szyldem „Kantor przemytników soli"?
— Nie wiem, dlatego muszę iść do Nahilgył i sam sprawdzić. Zwykle jeden z nich rusza z karawaną, drugi czeka. Powinien siedzieć w gospodzie. Jeśli obaj żyją, jeśli istnieją gospody, jeśli jeszcze wędrują karawany.
— To Zewnętrzny Krąg — odezwał się Benkej. — Nawet za poprzedniej dynastii, kiedy był Kodeks Ziemi, tu się jakoś handlowało. Karawany chodziły. Chociaż nie słyszałem, żeby ktoś szedł aż na Erg Krańca Świata. Chodzili na południe. Szlakiem Nahel Zymu do Jarmakandy, Kandaru i jeszcze dalej.