Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
— A więc porozmawiam z nim, Danny, dobrze? — odezwał się Sean Fein.
Żelazny Koń skinął głową i wyszedł bez słowa.
— Dla ciebie chemia jest świętym ładem i zaczarowaną pięknością — zauważył Vincenzo Giuliani w dniu, w którym postanowił, że Sean poleci na Rakhat. — Ludzie po prostu muszą wszystko spieprzyć, prawda, ojcze Fein?
Nie było powodu, by zaprzeczać temu spostrzeżeniu.
Sean Fein miał zaledwie dziewięć lat, kiedy otrzymał pierwszą niezapomnianą lekcję głupoty. Ruch, który uczynił z niego sierotę, narodził się na Filipinach w 2024 roku, roku jego narodzin, ale kiedy osiągnął szczyt swojego rozwoju w 2033 roku, Sean byłjuż na tyle dojrzały, by się nim zainteresować. Mogło się wydawać, że to szaleństwo ominie Belfast, którego mieszkańcy wciąż byli skupieni na różnicach między katolikami i protestantami; któż by dostrzegał tu i tam Żyda w tym ceglanym labiryncie nienawiści!
Lecz pod koniec drugiego tysiąclecia od Ukrzyżowania pojawiło „się oczekiwanie na drugie przyjście Chrystusa, a kiedy nie spełniły się owe millenarystyczne nadzieje, rozeszły się pogłoski, że to wina Żydów, bo dotąd się nie nawrócili.
— Nie przejmuj się — powiedział Seanowi ojciec w wieczór przed zamachem bombowym. — To nie ma nic wspólnego z nami.
Rozgoryczenie było w Belfaście cnotą, ale Maura Fein miała filozoficzne podejście do życia i łatwo pogodziła się z wdowieństwem. Sean zapytał ją kiedyś, dlaczego po ślubie nie przeszła na judaizm.
— Tym, co mnie tak pociąga w Jezusie, Sean, jest gotowość Boga do zstąpienia między pogrążonych w ciemności ludzi, których po prostu nie może tak zostawić. Jest w tym jakaś cudowna niefrasobliwość, coś w rodzaju Bożego szaleństwa… ten wspaniały, zbawczy gest boskiej szczodrobliwości wobec odwiecznej, upartej głupoty ludzkiej! To właśnie podoba mi się w Bogu.
Sean nie odziedziczył po matce pogody ducha, ale przejął jej wiarę w Boże szaleństwo. Stanął pod sztandarem Pana, nie dbając o konsekwencje, a później pogodził się z tym, że ta wiara wiedzie go teraz na inną planetę, na której już niejeden, ale dwa rozumne gatunki partaczyły dzieło stworzenia.
Obdarzyłeś ich wolną wolą, myślał nieraz, patrząc na krucyfiks, i sam zobacz, do czego to Cię doprowadziło! Znudziłeś się fizyką? Rośliny też były za bardzo przewidywalne? Cóż to za dramat, kiedy duża ryba zjada małą rybkę, tak? I co wymyśliłeś na Ziemi? Albo na tym Rakhacie, jeśli już o tym mówimy…
Sean urodził się w świecie, w którym przekonanie o istnieniu innych rozumnych gatunków było trwałe i powszechne. Miał czternaście lat, kiedy z Rakhatu napłynęły pierwsze raporty misji jezuickiej, a siedemnaście, kiedy w tajemniczy sposób przestały napływać. Dwadzieścia dwa lata, kiedy usłyszał o skandalach i tragediach związanych z postacią Emilia Sandoza. Wcale go to nie zaskoczyło ani nie oburzyło. Tacy ludzie i im podobni to problem Boga, a Wszechmocny kocha ich i wie, co z nimi zrobić.
Lecz jeśli nawet Sean Fein, chemik i kapłan, rzadko znajdował powody, by pochwalać skutki Bożego kaprysu obdarzenia rozumem kilku dziwnych gatunków tu i tam, to zawsze potrafił podziwiać mechanikę zastosowaną w tym wielkim spektaklu. Żelazo i mangan, wymyte deszczem ze skały, kłębiące się wraz z wapniem i magnezem w pradawnych mlecznych morzach. Małe, zwinne molekuły — azotu, tlenu, wody, argonu, dwutlenku węgla — tańczące w atmosferze, wirujące, odbijające się od siebie, które „wątła siła grawitacji gromadziła wokół planety w otoczkę rzadkiej mgły”, jak pisał psalmista chemii Bill Green, „jak jakiś niewidzialny pasterz gromadzący swe niewidzialne stado”. Cjanobakterie — te sprytne małe cholerstwa — które odkryły, jak przerwać podwójne wiązania utrzymujące tlen w drobinach dwutlenku węgla, które potrafiły wykorzystać węgiel i kilka innych oceanicznych elementów do wyprodukowania peptydów, polipeptydów, wielocukrów, uwalniając i odrzucając tlen jako niepotrzebny produkt uboczny. Sean przyjmował wiernie słowa z Księgi Rodzaju: Niech stanie się światłość, aby napędzać system, a cała biosfera ożyje. Boża chemia, tak to nazywał Green, z jej roztańczonymi, cudzołożącymi jonami, z jej pogmatwanymi, rozpustnymi ligninami roślinnymi i celulozą, z rogożowatymi hemami i porfirynami, ze spiralami protein, zwijającymi się i rozwijającymi.
„Zanurz się w oceanie materii”, wzywał francuski jezuita Teilhard de Chardin. „Skąp się w jej gorejących wodach, bo one są źródłem twojego życia”. To była chwała, którą Sean Fein potrafił doceniać, to był przebłysk Bożej Inteligencji, którą mógł wielbić bez zastrzeżeń.
— Ludzie, których najbardziej ci żal, to głupcy tęskniący za sprawiedliwością i sensem, a nie za przyszłym światem — powiedział mu ojciec generał. — Ale Bóg wszczepił nam szacunek dla miłosierdzia i sprawiedliwości, zatem to bardzo ludzkie tęsknić za nimi, tu i teraz. Może to głupie, ale to robimy. Ta misja ma ciebie czegoś nauczyć, Sean. Współczucia dla głupców? Może nawet szacunku? Naucz się tego i idź dalej.
— Talngwy to chyba najwyższa bogini, tak? — zapytał Sean Sandoza, kiedy inni wyszli z mesy po spokojnym śniadaniu.
Emilio postawił kubek z kawą na stole, serwery protez zamruczały cicho. Wciąż było coś nie tak z jednym z elektroelastycznych siłowników, ale nauczył się, jak sobie z tym radzić.
— Nie sądzę. Odniosłem wrażenie, że jest personifikacją przewidywania lub prorokowania, sądząc po kontekście. Supaari nie był religijny, ale jej imię wciąż powtarzał. Niezwykłe było działanie tego leku. Czuł się prawie jak produkt Al, odpowiadający na żądania informacji, nawet rozwiązujący czasem problemy. Z drugiej strony wydawało mu się niemożliwe nauczenie się czegokolwiek. Podejrzewał, że to brak chęci dominowania lub osiągnięcia biegłości.
— Są inne bóstwa — powiedział Seanowi. — Mądrość… albo może Przebiegłość, także żeńskiego rodzaju. Nie bardzo wiedziałem, jak to przetłumaczyć. Wspomniał też raz o bogini Chaosu. To jedna z Klęsk.
— Bóstwa żeńskie — powiedział Sean, marszcząc czoło. — To dziwne, prawda? W społeczeństwie zdominowanym przez samców?
— Prawdopodobnie przez obecną kulturę przeziera starszy system wierzeń. Religia jest na ogół konserwatywna.
— To prawda. Zwłaszcza dla ciebie. — Sean spojrzał w bok i zamilkł na chwilę. — Czy zastanawiałeś się kiedy, dlaczego ortodoksyjni Żydzi uważają, że pochodzenie dziedziczy się po matce? To dziwne, prawda? Cały Stary Testament pełen jest męskich potomków. Dwanaście plemion z dwunastu synów Jakuba. Ale Jakub miał też córkę. Pamiętasz? Dinę. Tę, która została zgwałcona. — Sandoz nie zareagował. — A jednak nie ma plemienia Diny. W całej Torze jest tylko dziedziczenie przez ojca!
— Religia jest konserwatywna. Więc dlaczego? Kiedy oświadczono, że Żydem jest dziecko żydowskiej matki?
— Nigdy nie znosiłem metody sokratejskiej — stwierdził spokojnie Sandoz, ale posłusznie odpowiedział: — W czasach pogromów, aby usankcjonować kozackie bękarty.
Tak, aby żadne dziecko nie zostało odrzucone jako półŻyd albo jako w ogóle nie-Żyd. Chwała rabinom. — Przez całe dzieciństwo Sean słyszał pytanie: „A więc kim właściwie jesteś?” Cokolwiek odpowiedział, wywoływało śmiech. — No i tak. Żeby usankcjonować dzieci zrodzone z gwałtu, kiedy gwałty były tak częste, że rabini musieli odrzucić dwadzieścia pięć stuleci tradycji, aby sobie z tym poradzić. Dobre dziewczynki i złe dziewczynki. Dziewice i dziwki. Młode i stare. Pobożne, obojętne i niewierzące. Wszystkie zgwałcone. — Spojrzał na Sandoza spokojnymi, niebieskimi oczami. — I żadna z nich nigdy nie doczekała się przeprosin od Boga ani od skurwysyna, który ją przeleciał.